jesień

jesień

piątek, 25 września 2015

Trawnik odnaleziony :-)

Nie dosiałam ani ziarenka. Wystarczyło kilka deszczowych dni, żeby step zamienił się w zielony dywan (ach jak ja kocham takie banalne określenia; moim faworytem jest "biały puch"). Dywan składa się nie tylko z trawy, posiadam także wiele bardzo dorodnych mniszków i innych skarbów. Ale z daleka wygląda całkiem dobrze.

Poza tym powojnik przypomniał sobie, że nie kwitł w tym roku. Mam posadzone ze cztery rodzaje, ale ten jeden zdominował całą pergolę, w dodatku wcale nie wiem, czy nie jest to jakaś dzika sadzonka...
Jeden z modrzewi usechł latem, jak widać, ale mam nadzieję że też zmartwychwstanie. W końcu trawa, modrzew, powojnik i mięta to bardzo odporne niby-nie-chwasty.

W tym roku nie radzę sobie z jesienią. Może się jeszcze przyzwyczaję, ale na widok sandałów i letnich sukienek chce mi się płakać.

niedziela, 13 września 2015

Pomiędzy deszczami

Las wrześniowy. 

Całkiem zielony, mało jesienny, jak zawsze uspokajający.

środa, 9 września 2015

Jak nie stracić dobrego nastroju w taką pogodę

Nie mam bladego pojęcia ;-) Nie jest łatwo. Pada, wieje i zimno. Niech sobie pada - po kilku dniach albowiem okazało się, że jednak posiadamy trawnik... Warzyw nic już nie uratuje, na dynie i cukinie już za późno. Ha! Trudno. Za to z pomidorów robię keczupy, leczo, sosy i soki, tyle ich mam. Swoją drogą, nigdy już nie kupię keczupu w sklepie, nieważne jakiej firmy. Domowy jest milion razy lepszy - nie ma tej obrzydliwie glutowatej struktury, nie jest przesłodzony, no i z całą pewnością wiem, z czego się składa. I mogę sobie zrobić jaki tylko chcę - łagodny, pikantny, ziołowy, czosnkowy a nawet bym mogła arbuzowy gdyby mi coś na mózg padło. Na razie nie padło. Padł za to dobry nastrój, zresztą padł już latem, ale latem jakoś wstawał a teraz mu się nie chce. Walczę więc ze smutkiem, lękiem, irytacją i poczuciem beznadziejności. Na razie jakoś idzie, choć wcale nie piję. Może zacznę, gdy wszystko inne zawiedzie. 

A na poprawę nastroju - wspomnienie sprzed kilku dni - restauracja Warownia w Pszczynie. Nie, to nie restauracja. To naprawdę o wiele więcej. Czułam się tam jak średniowieczna dziewka i było to wspaniałe uczucie. A jak tam karmią! O mamo! Kto może, niech tam się natychmiast teleportuje, nie będziecie żałować. Albo chociaż pooglądajcie ich stronę ;-) tutaj.

A jeśli to nie pomogło, to proszę - szeroki uśmiech dla wszystkich czytelników :-)

środa, 2 września 2015

Pierwszowrześniowa ambiwalencja

No oczywiście że stres, wyzwanie logistyczne, niedospanie. Ale z drugiej strony...ileż można wytrzymać z dziećmi w domu? Ileż można się bujać z zaległościami z pracy?

Zdjęcie znalazłam u Zimna. Jakże trafne.