jesień

jesień

niedziela, 27 grudnia 2015

Film w sam raz na święta :-)

Ostatnio w kinie byłam z Lubym jakieś 6 lat temu, więc gdy trafiła się możliwość  (czytaj opieka do dzieci w postaci rodzinki), bardzo starannie przejrzałam repertuar kin. I zaskoczyłam samą siebie - zamiast "Listów do M." zdecydowałam się na "Most szpiegów" Spielberga. Wcale nie jestem fanką tego reżysera. Ale było warto. Aktorstwo przepyszne. Kostiumy, zdjęcia - wspaniałe, klimat lat 1950., panowie w kapeluszach i garniturach,  panie w sukienkach i starannie wyondulowanych włosach. Fabuła zainspirowana faktami. Film trwał prawie 2 i pół godziny a nie nudziłam się ani trochę, chociaż dużo w nim "gadania" a mało strzelania :-)
Niezła odskocznia od świątecznego przesłodzenia.


wtorek, 22 grudnia 2015

Czytamy i pierniczymy :-)

Złapane na gorącym uczynku :-) Zwiększamy poziom czytelnictwa w Polsce:


Upiekłam dzikie ilości ciasteczek. Światło do zdjęć kiepskie, więc tylko jedna fotka na dowód:

Oprócz pierniczków mam jeszcze kruche ciastka oraz czekoloadowo-kawowe z pomarańczową nutą. W sieni (mieszczuchy mówią "wiatrołap") dojrzewa miodownik z piwem oraz irlandzki keks z piwem i wódką. (Nie, żebym była pijaczką. Tak jakoś wyszło). Przegryza się świąteczny bigos z wędzonymi węgierkami, winem (znowu alkohol?!), jabłkiem, grzybami suszonymi, koncentratem pomidorowym, mięsem z łopatki wieprzowej, żeberkiem i choriso. W lodówce dwa rodzaje śledzi, jutro zrobię trzecie. Święta za pasem. Co więcej - w tym roku święta u nas. Stresujące to, ale i radosne wydarzenie. 
Śnieg już był. Powiedział "cześć" i odszedł, na Alaskę, zdaje się. Tłumaczę dzieciom, że Święty w tym roku nie przyjedzie saniami, lecz samochodem. Ewentualnie na reniferze, na oklep. Znajomi ze Śląska nie mają takich problemów, bo u nich prezenty przynosi Aniołek, a ten, jak wiadomo, wyposażony jest w "sprzęt" uniwersalny.
Przerzuciłabym się na Instagram, gdyby nie to, że nie mam konta (na fb też nie mam, a żyję, niesamowite!). Ale układ: zdjęcie plus dwa zdania bardzo mi pasuje. Bo ja małomówna jestem.
Pozdrawiam grudniowo.

środa, 2 grudnia 2015

Pogodowe PMS

Pogoda, jak kobieta przed miesiączką, bywa mocno niezrównoważona emocjonalnie.
W poniedziałek powiało (dosłownie i w przenośni) grozą. Burza o tej porze roku to nieczęste zjawisko. Żeby było bardziej dramatycznie, burza była z gradem.
Zobaczcie, jak było pięknie (i strasznie zarazem):

Następnie zaświeciło piękne słońce, jakieś pół godziny później.

Wtorek przywitał nas śnieżycą, która pod koniec dnia zmieniła się w deszcz.

A dzisiaj, czyli w środę, pochmurno i chłodno, ale sucho. Zwariować można.

Najpiękniej, gdy leży śnieg, ale wcale mi do niego nie tęskno. Jestem kierowcą, więc śnieg to tylko utrapienie. W żaden sposób nie potrafię się nim cieszyć, choć naprawdę bym chciała.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Porządny listopad

Ponuro, aż miło! :-)

Ja naprawdę lubię listopad.

wtorek, 10 listopada 2015

Elektryfikacja wsi

A dokładniej - światłowodyzacja, ale czuję się trochę jak mieszkaniec wsi z lat 1950. (albo i późniejszych), który mógł zamienić świeczkę na żarówkę. Mógł czy musiał? Bo ja mam internet w domu i w zasadzie nie potrzebuję światłowodów. Ale to przecież dla mojego dobra, będę miała szybki internet. Jak szybki? No, szybszy. Czy potrzebuję szybszego? Ano nie potrzebuję. Ale będę miała. Trzeba iść z duchem czasu, postępowym być! Dlatego założyliśmy gaz, po raz pierwszy ryjąc działkę. Drugie rycie było teraz. Trzecie - w przyszłym roku, bo kanalizacja. Nie ma więc sensu zagospodarowywanie wąskiego a długiego kawałka działki wzdłuż podjazdu. A szkoda. Nie lubię bałaganu i źle się czuję czekając. Nienawidzę tymczasowości a muszę ją znosić - na razie musi tak być. Nie cierpię słowa "na razie".

Przyznać trzeba, że ta "elektryfikacja wsi" przebiega bardzo sprawnie, panowie są szybcy, dokładni i sprzątają po sobie.

To już zdjęcie archiwalne, dwa dni później wszystko było wyrównane. Drżałam o wrzosy, ale na szczęście pozostały nietknięte. Tyle, że znowu musimy siać trawnik. Oczywiście wiosną, teraz nie ma sensu. Na razie musi być tak jak jest. Wrrr.

poniedziałek, 26 października 2015

Jesień w ogrodzie

Przeziębienia ciąg dalszy, przyszedł czas na zatoki.Nawet byłam u lekarza, usłyszałam że jestem chora i mam iść na zwolnienie! No wiecie co? Świnia, nie lekarz! Ja nie umiem nie pracować!

Ale - tak z drugiej strony - mam trzy dni wolnego, dzieci w placówkach oświatowych, Miły w pracy a ja w domu... Od 8.00 do 15.00 czas dla mnie... Niespodziewanie spełniło się moje marzenie o wolnym czasie. Już mam plany: nadrabianie zaległości pracowych, sprzątanie, pranie i praca w ogrodzie ;-))))))))))))))))

Jesień oswojona. Jest pięknie! Żółto:

Czerwono:
 Kolorowo:

I łyso:
No i ciemno, rzecz jasna. Ale nie przeszkadza mi to.

piątek, 23 października 2015

Jesień w pracy


Oswajam jesień, choć nie jest łatwo. Zaakceptowałam (z bólem) to, że już nie będę chodzić w letnich sukienkach. Ostatnio u nas wciąż pada, więc nie jest łatwo utrzymać dobry nastrój, choć na razie jeszcze jest pięknie więc jakoś się udaje. W ciemnym i szarym listopadzie być może będzie trudniej.
Dużo czasu spędzam w pracy, choć jestem także firmą transportową dla moich dzieci oraz szefową kuchni i konserwatorem powierzchni płaskich. Oraz praczką, mamą, księgową, żoną... Jestem wyczerpana.

A poza tym dopadło mnie przeziębienie. Jesień na całego, panie dzieju.

poniedziałek, 5 października 2015

Ekstremalna metamorfoza :-)


Własne winogrona + kilka godzin w piekarniku (100 stopni) = super ekologiczne rodzynki.
Mają jedną wadę - pestki.
Ciekawe, jaka będzie ich trwałość.

sobota, 3 października 2015

Gościu, siądź pod mym liściem a odpoczni sobie!

Mieliśmy go wyciąć, uratowała go "cieniotwórczość". Idealne miejsce na hamaki latem. 

Rozrósł się jak szalony a w tym roku odwdzięczył orzechami. Dużą ilością orzechów.

Nie radzę sobie z jesienią w tym roku. Nie mogę się przyzwyczaić do zimna... Czy włączaliście już ogrzewanie domowe? Ja dwa razy. Ostatnio mieliśmy już mały przymrozek o świcie. Nie napawa mnie to radością, choć niedawno twierdziłam, że uwielbiam jesień... Może mi się zwoje przegrzały podczas tegorocznych upałów i stałam się innym człowiekiem?


piątek, 25 września 2015

Trawnik odnaleziony :-)

Nie dosiałam ani ziarenka. Wystarczyło kilka deszczowych dni, żeby step zamienił się w zielony dywan (ach jak ja kocham takie banalne określenia; moim faworytem jest "biały puch"). Dywan składa się nie tylko z trawy, posiadam także wiele bardzo dorodnych mniszków i innych skarbów. Ale z daleka wygląda całkiem dobrze.

Poza tym powojnik przypomniał sobie, że nie kwitł w tym roku. Mam posadzone ze cztery rodzaje, ale ten jeden zdominował całą pergolę, w dodatku wcale nie wiem, czy nie jest to jakaś dzika sadzonka...
Jeden z modrzewi usechł latem, jak widać, ale mam nadzieję że też zmartwychwstanie. W końcu trawa, modrzew, powojnik i mięta to bardzo odporne niby-nie-chwasty.

W tym roku nie radzę sobie z jesienią. Może się jeszcze przyzwyczaję, ale na widok sandałów i letnich sukienek chce mi się płakać.

niedziela, 13 września 2015

Pomiędzy deszczami

Las wrześniowy. 

Całkiem zielony, mało jesienny, jak zawsze uspokajający.

środa, 9 września 2015

Jak nie stracić dobrego nastroju w taką pogodę

Nie mam bladego pojęcia ;-) Nie jest łatwo. Pada, wieje i zimno. Niech sobie pada - po kilku dniach albowiem okazało się, że jednak posiadamy trawnik... Warzyw nic już nie uratuje, na dynie i cukinie już za późno. Ha! Trudno. Za to z pomidorów robię keczupy, leczo, sosy i soki, tyle ich mam. Swoją drogą, nigdy już nie kupię keczupu w sklepie, nieważne jakiej firmy. Domowy jest milion razy lepszy - nie ma tej obrzydliwie glutowatej struktury, nie jest przesłodzony, no i z całą pewnością wiem, z czego się składa. I mogę sobie zrobić jaki tylko chcę - łagodny, pikantny, ziołowy, czosnkowy a nawet bym mogła arbuzowy gdyby mi coś na mózg padło. Na razie nie padło. Padł za to dobry nastrój, zresztą padł już latem, ale latem jakoś wstawał a teraz mu się nie chce. Walczę więc ze smutkiem, lękiem, irytacją i poczuciem beznadziejności. Na razie jakoś idzie, choć wcale nie piję. Może zacznę, gdy wszystko inne zawiedzie. 

A na poprawę nastroju - wspomnienie sprzed kilku dni - restauracja Warownia w Pszczynie. Nie, to nie restauracja. To naprawdę o wiele więcej. Czułam się tam jak średniowieczna dziewka i było to wspaniałe uczucie. A jak tam karmią! O mamo! Kto może, niech tam się natychmiast teleportuje, nie będziecie żałować. Albo chociaż pooglądajcie ich stronę ;-) tutaj.

A jeśli to nie pomogło, to proszę - szeroki uśmiech dla wszystkich czytelników :-)

środa, 2 września 2015

Pierwszowrześniowa ambiwalencja

No oczywiście że stres, wyzwanie logistyczne, niedospanie. Ale z drugiej strony...ileż można wytrzymać z dziećmi w domu? Ileż można się bujać z zaległościami z pracy?

Zdjęcie znalazłam u Zimna. Jakże trafne.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Piękna nasza Polska cała... i dylemat

Wczoraj wybraliśmy się w jedno z naszych ulubionych miejsc - do Janowca. Niecała godzina drogi samochodem, jak zawsze uroczo i klimatycznie.

Potem przejechaliśmy do Kazimierza, ale to akurat był błąd. Wiedziałam, że będzie dużo ludzi, nie wiedziałam że będzie TAK KOSZMARNIE DUŻO LUDZI. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej, choć zdążyliśmy jeszcze namierzyć super eko lodziarnię. Natychmiast przestały mi smakować inne lody ;)


Natomiast w ogrodzie mamy niezły klops. Niemal przez całe lato stał u nas dmuchany basen dla dzieci, z którego one chętnie korzystały. Niedawno skończyły, a basen sobie stał i się brudził, bo nie mieliśmy czasu go zwinąć. Ku naszej radości zamieszkała sobie w nim żaba.

Żaba sobie pływała, odpoczywała na kamieniach położonych przez Miłego i ogólnie wyglądała na zadowoloną z życia. Żabiego życia. Było jej tak dobrze w tym naszym brudnawym basenie, że sprowadziła sobie towarzystwo. Ależ się moje córki cieszyły, obserwując dwie żaby w basenie! Wczoraj żaby opuściły basen a my zdecydowaliśmy się wreszcie go wyczyścić i schować, aby czekał na następne wakacje. I tu pojawił się klops! Domyślacie się już? W basenie nie ma już żab, ale za to są kijanki! I jak my teraz mamy wylać tę wodę? Jak skazać na śmierć takie maleństwa?! No cholera jasna, no. Co tu robić? Chrzanić kijanki? Czekać aż zmienią się w żaby? 

piątek, 28 sierpnia 2015

Przed-wrześniowe obrazki

Już tylko cztery dni zostały do cholernej szkoły. Jej cholerność polega głównie na tym, że lekcje zaczynają się o 8.00. Masakra. A od dawna już wiadomo, że umysł dziecka o tej porze jeszcze nie funkcjonuje. Dla mnie - i dla wielu innych rodziców - 1. września to przede wszystkim symbol powrotu do kieratu, codziennych wyzwań logistycznych i stresu. Cieszmy się więc ostatnimi chwilami wakacji. A wrzesień sam w sobie, bez tych skojarzeń, jest cudowny, wystarczy popatrzeć na wrzosy.

Śniadanie na tarasie - jedna z większych radości mojego wiejskiego życia.

Inna radość - hamak pod drzewem orzecha, tym samym, który pierwotnie miał być ścięty. Obecnie tworzy tak ogromny parasol, że na pewno się go nie pozbędę. A w tym roku może nawet będą orzechy - włoskie, moje ulubione. A laskowych orzechów mamy całkiem sporo - jedna z nielicznych fajnych pozostałości po poprzednikach to kilka leszczyn.

Sąsiadka ma szczęśliwe kury i szczęśliwe krowy, więc jajka i mleko kupujemy tylko u niej. Świadomość, że moje dzieci mają dostęp do prawdziwego jedzenia jest bezcenna. My też staramy się coś wyhodować, jak wiecie w tym roku kiepsko z warzywami (choć super że są pomidory), ale za to mamy pierwsze jabłuszka.

A na wsi już po żniwach - to mój ulubiony widok z końca naszego ogrodu

Wychodzę na dwór. Lub na pole, co kto woli :)

wtorek, 25 sierpnia 2015

Chwile w Lublinie

Moje miasto Lublin. Moje, choć wcale się tu nie urodziłam. Moje, choć bardzo długo go nie znosiłam - było takie brzydkie a ja taka w nim samotna. Moje, choć od pięciu lat mieszkam na wsi. Lublin ma w sobie to "coś". Kocham i już. I mam to szczęście, że pracuję w samym jego centrum.

W Lublinie nawet rowerom jest wygodnie:

Mamy mnóstwo klimatycznych miejsc, gdzie nowe miesza się ze starym, a gustowne z kiczowatym:

Jest caaaałe mnóstwo świetnych knajpek i kawiarni a większość z nich jest przyjazna dzieciom. Moje dzieci zresztą też są bardzo przyjazne knajpkom i kawiarniom (dziedziczne?). Dziś byłyśmy na kawie i lodach w jednej z naszych ulubionych, Świętoduskiej Cafe. Zresztą, spróbujcie pójść z dziećmi do knajpki, której nie lubią, hehe:

A trawa w centrum miasta wygląda tak:
Po prostu strasznie, prawda?

Wiem, że mój blog zaczyna przypominać instagram, ale na insta na razie się nie przenoszę. Jakoś źle mi się kojarzy ;-)

Siedzę w altanie i czekam na deszcz. Ma być. Gdybym paliła papierosy, zapaliłabym sobie teraz.