jesień

jesień

piątek, 29 sierpnia 2014

Pracowity dzień. W sumie jak co dzień.

To był pracowity dzień. 
Najpierw przeprosiłam się z krzakiem czarnego bzu i postanowiwszy wykorzystać jego owoce, ciachnęłam sekatorem kilka baldachów. Z tym, że krzaki mam trzy, więc kilka baldachów zapełniło całą wielką miskę. A wyskubywanie kulek zajęło mi blisko dwie godziny! Ponieważ panicznie boję się sambunicyny i sambugryny, czyli trucizn występujących w każdej części tej rośliny a zwłaszcza w niedojrzałych owocach, bardzo uważnie wyszukiwałam jak najczarniejszych owoców. 
A potem z miski pełnej przepięknych, lśniących, czarnych jak węgiel owoców wydłubywałam te nie-dość-czarne. 
Dwuletnia Budda koniecznie chciała mi pomóc, co przyprawiło mnie niemal o atak serca - bo co by było, gdyby jednak połknęła kulkę? Po tym dramatycznym poranku przyszedł czas na przetworzenie owej pięknej trucizny. Po oskubaniu w misce był kilogram kulek. Wrzuciłam je do garnka, wsypałam dwie szklanki cukru i gotowałam na pewno zbyt długo, ale wcześniej bałam się spróbować ;-) Jakieś pół godziny, aż się płyn zredukował o połowę. A, dodałam jeszcze pół jabłka, żeby przełamać smak (i tak nie wiem, czy przełamałam, bo na koniec zapomniałam spróbować). Następnie przecedziłam wywar przez sito, chlapiąc ciemnokrwistymi plamami blaty w kuchni, mikrofalę i siebie. Wyszły mi trzy malutkie słoiczki soku. Nie musu. Nie dżemu. Myślałam, że jakoś wykorzystam owoce pozostałe na sicie, ale składały się głównie z pestek. Gdyby to były porzeczki, na pewno bym je zostawiła. Ale wymyśliłam, że w pestkach bzu czai się najwięcej trucizny. Musiałam więc wyrzucić tę gorącą owocową breję. Tylko gdzie? Do śmietnika nie, bo za mokra, do wiadra na kompost nie, bo gotowana i z cukrem. Padło na sedes. Wlałam sprawnym ruchem do kibla, chlapiąc na bordowo ścianę, sedes, podłogę i siebie. Niech to szlag. Mam nadzieję że ten sok będzie dobry, bo inaczej się wścieknę.

Następnie postanowiłam ugotować zupę z kukurydzą według przepisu Liski. Generalnie mam straszny problem z przepisami - nie potrafię się do nich stosować, zawsze muszę coś zmienić. Muszę, bo się uduszę. Tym razem zacisnęłam zęby i zrobiłam krok po kroku, dokładnie według przepisu. Cebula, kukurydza, ziemniaki, jabłka. I wiecie co? To był błąd. Następnym razem dodam marchewkę i chilli, a jabłko wyrzucę.

W tak zwanym międzyczasie robiłam mleko, kaszę mannę, zmywałam, przygrzewałam pomidorówkę dla nieletnich członków rodziny, smażyłam racuszki z jabłkiem, zmywałam, podziwiałam dziecięce dzieła sztuki, odkurzałam, zmywałam... I zrobiłam pizzę na obiadokolację, dla każdego ćwiartka z innym farszem ;) 

Późnym popołudniem wyruszyłam na akcję "odchwaszczanie warzywnika". Starsza córka zajęła się młodszą a ja rwałam chwasty spomiędzy buraków, marchewek, pietruszek. Rwałam i rwałam, jak w transie. Chociaż zdaje się, że trans niewiele ma wspólnego z mamrotaniem pod nosem "kurwa, nigdy więcej warzywnika". Nie wiem, jak pogodzić pragnienie posiadania własnych, ekologicznych warzyw z kompletnym brakiem czasu na dbanie o warzywnik. No nie wiem i już. Frustruje mnie to jak cholera.


Pomiędzy zmywaniem, dziećmi, chwastami a kuchnią czytałam książkę "Julie i Julia". Inspirująca. Najlepiej napisana książka z kiepsko napisanych książek, które ostatnio czytałam. A jej inspirującość polega na tym, że a) poczułam, że nie jestem taka stara, skoro Julia Child zmieniła kompletnie swoje życie w wieku 37 lat; b) nabyłam ogromnej ochoty na gimleta tj. gin z limonką w proporcji pół na pół; c) przekonałam się, że przenigdy nie zabiorę się za kuchnię francuską. Abso-kurwa-lutnie.

Nie muszę chyba dodawać, że gdy tylko dzieci poszły spać, zabrałam się do pracy... Tym razem tzw. umysłowej. 

Marzę o dniu, w którym bez wyrzutów sumienia będę robić nic. Tylko czy dałabym radę?




6 komentarzy:

  1. U mnie też miał być mus a wyszedł syrop. Nie byłam w stanie przetrzeć owocowej pulpy jakoś bardziej a pestki są absolutnie wykluczone (kłują w zęby, choć kilka zjadłam). Ugotowałam w nim gruszki, z dodatkiem naturalnego serka - pyszne.
    A teraz idę zaorać smutek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie Cię to nie zdziwi, ale zupełnie tak jak Ty wczoraj dokładnie dwie godziny obierałam czarny bez z zaledwie jednego opitolonego krzaczka. Zostało mi jeszcze bardzo dużo, ale że cieszy się u mnie w rodzinie popularnością, chyba nie mam wyjścia. Poza tym zeszłej zimy kilka razy uratował nas przed przeziębieniami dusząc je w zarodku jak tylko się rozpoczęły. Powtarzam to sobie jak mantrę kiedy mam ochotę rzucić go na pożarcie kosom (swoją drogą jeden krzak objadły doszczętnie). Ja resztki wyrzucam na kompost i mam to gdzieś, że mają w sobie cukier ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja Cie przekonam do kuchni francuskiej przy pomocy ratatuille i wołowiny po burgundzku, zakład? Na królika w musztardzie pewnie nie dasz się namówić...
    Fanką Julii Child jestem i ja.
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodzi o smakowanie kuchni francuskiej, bo pewna jestem, że by mi pasowało wiele rzeczy, nawet królik. Chodzi o gotowanie - to po prostu za dużo roboty i za dużo mordowania - jak dla mnie oczywiście.

      Usuń
  4. no po prostu najzabawniejszy wpis jaki u Ciebie przeczytałam :))))
    wiem, że nie ładnie się śmiać z cudzych nieszczęść, ale to ponad moje siły :)
    buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam nieładnie. Z takich "nieszczęść" śmiać się możesz, a nawet się cieszę, że masz podobne poczucie humoru ;)

      Usuń