jesień

jesień

piątek, 30 sierpnia 2013

Wbrew obowiązującym trendom

Wbrew obowiązującym w naszej szerokości geograficznej trendom polegającym na bezustannym narzekaniu, ja nie jęczę, że kończą się wakacje, że oto nadchodzi koniec lata a wielkimi krokami zbliża się jesień. Nie, o nie. 
Nie mam depresji z powodu krótszych dni i chłodnych poranków/wieczorów. Nie snuję się melancholijnie po ogrodzie wspominając upalne dni. Nie złorzeczę, że nie mieszkam w Kalifornii albo w innym, ciągle ciepłym i słonecznym miejscu. Już nie. 
Na starość albowiem pogodziłam się z tym, że jest jak jest. I wiecie co? Każda pora roku jest moją ulubioną. Uwielbiam wiosnę, zwłaszcza po zimie ;) A gdy kończy się wiosna, cieszę się latem: deszczowym lipcem i gorącym sierpniem (przypominam, że w Polsce takie właśnie jest lato). Pod koniec sierpnia, gdy zaczynają kwitnąć wrzosy, nie mogę się doczekać na jesienne mgły i malowane liście. W listopadzie, hm no dobra, listopad, grudzień i styczeń jeszcze nie oswojone - chociaż doceniam piękne zimowe obrazy, a jeśli zima dżdżysta, to cieszę się, że mi nie jest zimno ;) 
Już wiem, że zima powinna być śnieżna, bo tak jest lepiej dla roślin. Że cztery pory roku mają tutaj u nas głęboki sens. 
Nie chcę narzekać i nie zamierzam odruchowo wpadać w jesienną depresję.
Co to, to nie.

Za to:
- cieszę się słonecznymi dniami,
- błogosławię chłodne poranki, dzięki którym domownicy mają obiady (latem nie mogę w kuchni wytrzymać),
- zachwycam się głębokimi kolorami późnoletnich kwiatów,
- raduję z wysypanego kamyczkami podjazdu,
- dziękuję niebiosom za ketmię syryjską (vel hibiskusa), którą miałam wywalić a kwitnie przecudownie,
- czuję satysfakcję na widok paru fajnych miejsc w ogrodzie,
- planuję zmiany w mniej fajnych częściach ogrodu,
- zwiedzam (nieco dalszą) okolicę
- uszczęśliwiam się robieniem mnóstwa przetworów (np. dżemu pomarańczowego z cukinii),
- sadzę nowe, przesadzam i przycinam "stare" rośliny,

a resztę afirmacji zostawiam sobie na listopad, grudzień i styczeń ;)





wtorek, 20 sierpnia 2013

Bolesny powrót z Bieszczadów

W górach jest wszystko co kocham 
Wszystkie wiersze są w bukach 
Zawsze kiedy tam wracam 
Biorą mnie klony za wnuka 

                             (Jerzy Harasymowicz)

W Bieszczadach byliśmy sześć dni, a wspomnień jest na co najmniej 12. Jakoś nie mogę się pozbierać po powrocie. Rozpakowujemy się już dwa dni. Ogórki, śliwki, maliny, cukinie, pomidory, kalarepki, fasolka wołają o przetworzenie. Na domiar złego, przetwory robione przed wyjazdem okazały się po przyjeździe przetworami cieknącymi, więc od początku muszę je pasteryzować (nie sprawdza mi się pasteryzacja na sucho w piekarniku). Wracając do Bieszczadów - niepowtarzalne połoniny, smutne dzieje, opuszczone wsie, dzika przyroda, tłumy turystów (na szczęście nie wszędzie i głównie w wakacje). Ustrzyki Górne od lat tak samo zadupiaste, Chatka Puchatka na Wetlińskiej jak zawsze obrzydliwie paskudna. I ogólna refleksja - brak internetu, telewizji, billboardów i (chwilami ale jednak) zasięgu telefonii sprawia, że odpoczywa się na maksa. 

Uwielbiam tu wracać.

sobota, 10 sierpnia 2013

Pojechałam, wróciłam, znowu jadę

Jednak pojechałam. Nawet wypoczęłam, tyle że przez cały czas cholernie tęskniłam za ogrodem i zamartwiałam się, czy przetrwa te upały. Przetrwał. Cholera, jak tu wyjeżdżać, gdy kocha się miejsce zamieszkania? Jak tu nie zgnuśnieć i nie zdziczeć?