jesień

jesień

wtorek, 30 lipca 2013

Odpoczywamy pracując

Jednym z powodów, dla których chcieliśmy kupić dom z ogrodem była przerażająca acz niezwykle wyrazista wizja nas-za-dziesięć-lat, w której to wizji siedzieliśmy nieruchomo przed telewizorem ledwo mieszcząc się na sofie, a nasza aktywność fizyczna ograniczała się do trasy kuchnia-toaleta. Innymi słowy, baliśmy się rozleniwić i zgnuśnieć na tzw. stare lata. No to mamy, czego chcieliśmy. Ciągle jakieś prace. I jeszcze się z tego cieszymy jak głupki. No dobra, może nie zawsze od razu ale w ogólnym rozrachunku owszem.

Ostatnio Miły postanowił dołożyć sobie pracy i zakupił był kupę kamieni za dzikie pieniądze. Owa kupa leży sobie wdzięcznie na środku podwórza:

Część kupy jest już przerzucona na podjazd, i ów podjazd zaczyna nareszcie wyglądać porządnie (choć jako niepoprawni romantycy posadziliśmy tam głównie dziką różę a więc całkowicie porządnie to nie będzie):

Kupa z bliska wygląda całkiem powabnie (choć, z drugiej strony, kamień jak kamień) oraz jest niezłym tłem dla świeżo wykopanych i przygotowanych do posadzenia (i wysłania Przyjaciółce) kosaćców:

W międzyczasie Miły postanowił przyciąć wreszcie żywotniki, które, potwierdzam, faktycznie tego potrzebują oraz odwdzięczają się tworząc zieloną ścianę:

I nawet Budda wygląda na zadowoloną ze swojej ciężkiej pracy:

Ale dość pracy! Czas na urlop! Kierunek - Mazury, a nawet Warmia ;) A potem, dla odmiany, Bieszczady ;)

sobota, 27 lipca 2013

W dzień gorącego lata

Korzystając z obecności Taty przypuściłam atak na pokrzywy, który dość niespodziewanie zakończył się atakiem na forsycje. Wiem, nie przycina ich się teraz lecz wiosną, ale tak straszliwie się rozrosły, że musiałam coś z tym zrobić. A że sekator to moje ulubione ogrodnicze narzędzie, to wycięłam jakieś 5/6 z każdej z trzech forsycji. Zostało po kilka gałęzi dosłownie. Potem znowu pokrzywy. Założyłam kalosze, żeby mnie nie parzyły po łydkach, ale w dzisiejszym upale musiałam raz na jakiś czas zmieniać je na lżejsze buty, oczywiście parząc sobie łydki.
Efekt? Poczucie dobrze wykonanej pracy, kilka taczek wywiezionych chwastów i gałęzi (będzie czym rozpalać ognisko), kilka odcisków i brak czucia w miejscach poparzonych. Ale było warto.

Ponieważ Budda dość długo spała, mogłam też porobić parę nowych zdjęć ogrodu. 

W tym roku budleja pięknie się rozrosła, ma jakieś 2,5 metra wysokości i jak zwykle oblegają ją motyle, zazwyczaj z gatunku rusałka pawik.

Pojawiły się pomarańczowe kwiaty w ogrodzie, inne niż aksamitki - moje ulubione lilie tygrysie.

Pięknie rozrosły się i zakwitły rudbekie, zaczynam myśleć, że to najpiękniejsze kwiaty ze wszystkich.

Przy okazji spaceru w starej części ogrodu odkryłam, że dzika róża też się rozrosła, i to bardzo. Ją też uwielbiam. 

Udało mi się nawet trochę pobyczyć w nowym miejscu, tj. pod orzechem. Cień przez cały dzień, i pomyśleć, że chciałam wyciąć to drzewo. Na szczęście dla niego i dla nas wyobraziłam sobie ten cień, który będzie dawać, z każdym rokiem większy. I został.

A w części rolniczej - dojrzały porzeczki. Zrobiłam z nich nalewki, dżemy a dziś ciasto z kruszonką. Możliwe, że będzie przepyszne ;) Słoiki z dżemami zaczynają mi się nie mieścić w kuchni.

Zaczynają dojrzewać borówki amerykańskie i jeżyny.

Mówiłam już, że uwielbiam mieszkać na wsi? :)

poniedziałek, 22 lipca 2013

Kartoffeln

Nasze własne. Jestem zdumiona, zachwycona i rozbawiona jednocześnie. Mieszczuch i uprawa kartofli, dobre sobie. Ale czuję, że właśnie ostatecznie przestałam być mieszczuchą...


piątek, 19 lipca 2013

Rabata północna i inne zmiany

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie chciałam zmienić po zakupie domu z ogrodem, było stworzenie rabaty pod oknem w kuchni, zwanej później rabatą północną. Ponieważ mam skłonności do długotrwałych stanów depresyjnych, z czym walczę, wymyśliłam sobie, że ukwiecone miejsce w ciemnym zakątku, które mogę często widywać nie ruszając się z domu, to dobry pomysł. Nadal zresztą tak uważam. Problemem wydawał się brak roślin tolerujących całkowity cień, ale po dogłębnym przeanalizowaniu tematu okazało się, że takie rośliny istnieją i jest ich - na mój pohybel - całkiem dużo. No to zaczęłam kupować i sadzić wszystko, co mi się podobało, dzięki czemu dziś rabata wygląda tak (akurat trafiłam na te pół godziny, gdy było tam trochę słońca):

Jak widać, totalny chaos. Czego tu nie ma! Kokorycznik, tawuły Arendsa, dąbrówka i żurawki, serduszka okazała, trawa żubrówka, bergenie, fuksje, hosty, prymule, fiołki, omieg, miodunka, przywrotnik ostroklapowy, bluszczyk kurdybanek, barwinek i jeszcze kilka roślin, których nazw nie znam. Sporo tego jak na tak małą rabatę. Prawdziwym problemem okazał się więc nadmiar roślin a nie ich niedobór. Problemem numer dwa jest to, że w znakomitej większości są to byliny, które znikają na zimę. Problemem numer trzy, że niemal wszystkie z nich są silnie ekspansywne.
Musiałam więc wziąć się za łopatę i dokonać Armageddonu. Poprzesadzałam pod sosny kokorycznika, starczyło na cztery miejsca! A także miodunkę, serduszkę i żubrówkę. Trawę wyjęłam z doniczki, w której sobie szalała wcześniej, a jest to tak ekspansywna roślina, że posadzenie jej luzem to jak spuszczenie ze smyczy wściekłego psa ;) Posadziłam ją przy podagryczniku, ciekawe, kto kogo wygryzie ;) Sadzenie czegokolwiek wśród iglaków (sosen i świerków) to bolesne zajęcie. I niełatwe - jest mnóstwo korzeni. Ale udało się. Na koniec wszystko podlałam konewką, zmęczyłam się tak, że aż mi się słabo zrobiło, ale było warto. Oczywiście nie zrobiłam wszystkiego. Jeszcze dużo pracy przede mną.

Ponadto zakupiłam i posadziłam nowe piękne wrzosy oraz przecudnej urody letnie wrzośce.
Na wrzosowisku mamy też posadzone żurawiny, najwyraźniej czują się tu świetnie, bo niedawno kwitły a dziś mają taaakie owoce:

A poza tym bez zmian, jak zwykle robimy nalewki - tym razem z truskawek i wiśni, malin chyba nie będzie - coby zima nie była nam straszna:
Odwiedziłam też ostatnio Mimo-zę oraz Anetę, dwie bliskie mi, silne, dzielne, piękne i niezwykle inspirujące kobiety z wielkimi sercami i duszami, choć zupełnie różne od siebie, i ode mnie. Lubię takie spotkania, choć można wpaść w kompleksy przy takich Talentach ;) 

sobota, 13 lipca 2013

Dla spragnionych zdjęć

Dziś w tonacji dwubarwnej z jednym wyjątkiem co się Paź Królowej zwie :)


czwartek, 11 lipca 2013

Postanowienia śródroczne

Więcej pracować.
Więcej czytać.
Mieć więcej czasu dla siebie, Miłego i dzieci.
Więcej spać.

Taaa...
To może jeszcze raz:

Cieszyć się życiem.
Nie wpadać w furię.
Dopasować Zewnętrznego Obżartucha do Wewnętrznego Anorektycznego Ja.
Więcej zarabiać.

Albo:
Nie wpadać w furię.
Stawiać sobie realistyczne cele.
Czuć się młodo, a nie staro.
Napisać tę cholerną książkę.

Albo:
nauczyć się na pamięć następujących zdań:
Myślę i wiem, że mam ważniejsze sprawy na głowie niż odchudzanie się na plażę, nakładanie maseczek, mizdrzenie się do ludzi niewartych mojej uwagi czy przejmowanie się obmową. Nie zajmuję się pierdołami, wiem, kto jest w moim życiu najważniejszy i co jest najważniejsze (...) nieustannie wyznaczam sobie kolejne cele i obmyślam plany. Jeśli zrezygnuję z marzeń, to znaczy, że się zestarzałam. A to, uwierz mi, daleko przede mną. (Dorota Wellman, Wysokie Obcasy Extra, lipiec 2013).





wtorek, 9 lipca 2013

Pożegnanie z truskawkami

Nasze truskawki skończyły się już ponad tydzień temu, ale ponieważ prosiłam Miłego, żeby kupił jeśli gdzieś jeszcze będą, to dziś przyniósł... 10 kilo. Samo odszypułkowywanie zajęło mi wieki. Zrobiłam mnóstwo dżemów, zasypałam cukrem na nalewkę, zmiksowałam i zamroziłam i już nie mogę na nie patrzeć, a jeszcze trochę zostało. Żeby było śmieszniej, właśnie dojrzewają wiśnie i porzeczki czerwone - jednocześnie, jak na złość. Zaczynam więc Sezon Bolących Nóg ;)

Mam fajny przepis na pyszną konfiturę truskawkową, znalazłam go w jakiejś gazetce a robiłam trochę po swojemu, oczywiście:

2 kg truskawek
3/4 kilo cukru (ja miałam bardzo słodkie truskawki, inaczej 1 kg)
cytryna
dwie gałązki mięty pieprzowej (na pewno może być inna)
kilkanaście ziarenek pieprzu czarnego (można też kolorowego)

Najpierw zasypuje się truskawki cukrem dodając sok z cytryny, zostawia na jakiś czas, żeby truskawki puściły sok a potem oczywiście dłuuuugo gotuje na małym ogniu aż się wszystko porządnie zredukuje i zacznie ścinać. Mnie to zajęło co najmniej trzy godziny, może nawet cztery. Miętę i pieprz dodaje się na końcu. Przekłada do wyparzonych słoiczków, jak zawsze. Można (warto) chwilę zapasteryzować. Z podanej ilości truskawek i cukru wyszło mi 5 i pół słoiczka konfitury; słoiczek o pojemności 280 g. Konfitura jest bardzo słodka i truskawkowa, ale ten posmak mięty jest niesamowity, polecam! 

Tak się zastanawiam, że pewnie i ze świeżą melisą by było dobre.. Cóż, za późno na to wpadłam.


piątek, 5 lipca 2013

A tymczasem...

A tymczasem leżę pod gruszą
na dowolnie wybranym boku
i
mam to, co w życiu najświętsze
święty spokój.

śpiewała onegdaj Maryla Rodowicz.

U mnie podobnie.
Wprawdzie nie pod gruszą a pod wiśnią, nie na boku lecz na plecach z obawy przed spadnięciem z hamaka. A prawdziwy święty spokój nieodwołalnie skończył się w dniu pojawienia się pierwszego dziecka, ale...

jest zajebiście.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Wstępna korekta przedogródka i zdjęcia robione cichaczem

Jak zapewne pamiętacie, przedogródek mój mocno chaotyczny jest. Poprzedni właściciele mieli róże i przebiśniegi, niestety róże przemarzły a ja w pierwszym sezonie sadziłam wszystko, co mi się podobało. Czarcią Miotłę od wujka-ogrodnika (to ten mały iglak). Pełniki od cioci. Różowe dzwonki o nieznanej nazwie od innej cioci. Wiesiołka, co ma korzenie niczym perz i podagrycznik razem wzięte. Prymule. Macierzankę. Osobiście kupioną lawendę i perowskię a w tym roku bratki. A pomiędzy rosły sobie chwasty w dużych ilościach. W końcu powiedziałam 'dość' i wzięłam się do pracy. Choć oczywiście niczego oprócz chwastów nie wyrwałam. Ale zrobię to. Wiesiołka stąd wyrzucę, zostawię głównie róże i lawendę. Mieczyki, które gdzieniegdzie widać i nie wiadomo skąd się wzięły, też wywalę (przeniosę). Ale to wszystko jesienią, dziś 'tylko' odchwaściłam i wysypałam korą. Zmęczyłam się przy tym bardzo.
No i wizualnie lepiej, choć nie idealnie.
To zdjęcie z południa na północ, widać Czarcią Miotłę na środku.
 Przyznaję, że wszystkie rośliny wyglądają lepiej na takim tle. 
A tu zdjęcie z północy na południe, widać jak wiesiołek (ten żółty) zdominował rabatę. A ta niewielka jeszcze róża na pierwszym planie jest czarnego koloru, jakbyście nie zauważyli. Musi to być czarny, takie kupowałam w ogrodniczym ;)
Pod płotem mam też korę wokół jałowców, i moim zdaniem znacznie lepiej wygląda kora do iglaków niż do róż, ale chwilowo nie mam lepszego pomysłu. I tak, wiem, że trawa znowu do koszenia.
Kora tu, kora tam... Trochę nudno, nie uważacie?

A zdjęcia robione cichaczem, to niedokończone jeszcze dzieła Miłego. Skorzystałam z okazji, gdy był pod prysznicem i cyknęłam fotki. Miły mi zabrania publikować tego, co niedokończone, ale mnie się to już strrrrasznie podoba! Zdjęcia robiłam o zmroku, stąd takie dziwne kolory i nieco złowrogi nastrój.
Oto domek na drzewie, wstępnie zaimpregnowany:
I kompostownik. Miły zbierał się dwa lata, modził, kombinował, aż w końcu wymyślił. I zrobił w pół godziny (jeszcze nie ma przedniej ścianki, żeby łatwiej było przerzucić pryzmę). Wydaje mi się, że pomogło to, że powiedziałam żeby nie robił, bo można kupić w Obi za 300 zł, i żeby się nie męczył. Tego już Miły nie zdzierżył ;)
Powoli ogród zaczyna wyglądać tak, jak sobie wymarzyłam. Bardzo mnie to cieszy!