jesień

jesień

czwartek, 28 lutego 2013

Coś drgnęło

Zima w sezonie 2012/13 była bardzo śnieżna i trochę mroźna, taka bardzo zimowa, z małymi przerwami na odwilż. W końcu mieszkam na wschodzie, śnieg i mróz być musi. Ale dziś nareszcie zobaczyłam prawdziwe, nie wydumane oznaki przedwiośnia:

Zaczyna spod śniegu wystawać skalniak:
Śnieg się topił dziś na potęgę, bo było +5!
 Od południowej strony wypatrzyłam TO, czyli szafirki i chyba śniedki (zawsze zapominam, co tam mam)

Wybrałam się z Buddą na spacer w stronę lasu i rzeczywiście - widać przedwiośnie! 

I zdjęcia nareszcie nie są czarno-białe!

Żegnaj Zimo, do zobaczenia za 10 miesięcy :)

czwartek, 21 lutego 2013

Na górze róże, na dole fiołki...

... a my się kochamy jak dwa aniołki :)

Czego i Państwu życzę :)

poniedziałek, 18 lutego 2013

Wiem, co jem - domowe sezamki

Wprawdzie mają mnóstwo cukru, ale przynajmniej nie ma tego cholernego syropu glukozowo-fruktozowego, odpowiedzialnego za cukrzycę i otyłość, jak oficjalnie ogłoszono w Stanach. Możecie sobie poczytać o tym syropie np. tu, ale ostrzegam - można popaść w paranoję. Innymi słowy - zdrowe jest tylko to, co sam sobie człowieku wyprodukujesz, a i to nie zawsze.

Wracając do sezamków - robi się je śmiesznie łatwo, a pyszne są bardzo. I śliczne ;)

Ciemny kolor wynika z tego, iż ich bazą jest karmel. Możliwe, że mnie się akurat nieco przypalił ;)

Uwaga - produkt uzależniający :)

Edit: Żądne/żądni przepisu niech zajrzą np. TU

środa, 13 lutego 2013

Post tendencyjny o zmiennym nastroju

Zimą na wsi jest pięknie i można nawet od czasu do czasu ruszyć d... do pobliskiego lasu ;)
A w mieście jest brzydko zimą. O:
Generalnie, jest zimno:
I ja już poproszę przedwiośnie. Pewne oznaki są:
- dzień stosunkowo długi,
- zaczynam mieć wstręt do kawy,
- marcują się koty,
- wieje dziś szaleńczo,
- słońca coraz więcej,
- nic mi się nie chce ;)

Czytam fantastykę, którą pożyczyła mi Ważna Osoba. Nie lubię fantastyki, tak mam zakodowane w głowie. Ale książką jestem zachwycona, szkoda tylko że mam tak mało czasu na czytanie.

Inna Ważna Osoba od kilku dni leży w szpitalu z żółtaczką o nieznanej przyczynie. Martwię się.

Zrobiłam badania okresowe. Wstałam dziś o 5.45 i się udało. Ale mam uporczywą myśl taką, że hasło: "Zaufały nam miliony kurczaków" najprawdopodobniej jest jednak reklamą NFZ...

poniedziałek, 4 lutego 2013

(Czarny) humor na dziś

Zaufały nam miliony kurczaków! przeczytałam na samochodzie mijanym w Mieście. Było to ... hasło reklamowe firmy drobiarskiej z okolicznej miejscowości. Zatem: zaufajcie nam, a my poderżniemy wam gardła, można by tak owo hasło rozwinąć. Gratuluję taktu, wyczucia i inteligencji. 

Humorystyczne jest też to, choć nie aż tak jak powyższe, że poszłam dziś do pracy - w końcu mam przerwę w urlopie. Na uczelni trwa sesja egzaminacyjna. Studenci zupełnie mnie nie potrzebują, albowiem nie miałam z nimi w tym semestrze zajęć, tym bardziej egzaminów. Ale do pracy pójść musiałam. Było zresztą bardzo przyjemnie - była ze mną Budda, która, jak się okazało, ma doskonałą wersję demo - rozdawała uśmiechy na lewo, prawo i pośrodku. Mądre dziecko, dba o dobre postrzeganie mamusi w firmie ;)

Starsza ma dziś bal maskowy. Zrobiliśmy własnoręcznie kostium kota. Legginsy z przyszytym ogonem zrobionym z futrzastego kołnierza od kurtki, czarna tunika i czarny bezrękawnik a na twarz "kocia" maska - szablon znaleziony w sieci, pomalowany czarną farbą olejną, z przyklejonymi wąsami wyciągniętymi ze szczotki do zamiatania. Wygląda super. Tylko że wszystkie inne - albo znakomita większość - dzieci ma stroje kupowane. Ciekawe, jak tę konfrontację zniesie Córa i czy to w ogóle będzie dla niej problem. Dla nas przez chwilę był, przyznaję. 

Ale przyznaję również, że finansowe ograniczenia rozwijają u nas twórczość oraz zabijają konsumpcjonizm. Myślę, że to całkiem dobra zamiana.

Ograniczenia finansowe powodują również, iż Budda ma zupki gotowane a nie ze słoiczków. Nie jestem przeciwniczką gotowych dań dla niemowląt, a przynajmniej nie byłam w poprzednim wcieleniu matki niemowlaka. Ale teraz, póki mam czas i możliwości, gotuję własne, absolutnie pewne i ekologiczne marchewki i dynie. Od przemiłych sąsiadów przed chwilą dostaliśmy buraki, selery i ziemniaki. (Czyham na królicze zwłoki od drugiego sąsiada). Budda wcina, aż miło :)

piątek, 1 lutego 2013

Szewski poniedziałek - tyle, że w piątek

Ponieważ mam trzytygodniową przerwę w urlopie, przeto moja kochana praca wykorzystując niecnie okazję, postanowiła wysłać mnie na badania okresowe. Wstałam więc dziś o 7.00 (a nie jest to łatwe, gdy się spało 6 godzin w trzech częściach) i gdy wreszcie dojechałam na miejsce, zrobiła się 9.30. W pracowej przychodni okazało się, że nie ja jedna będę robić takie badania (cóż za niespodzianka!). Cztery osoby przede mną w kolejce sprawiły, że do "pokoju rejestracji" weszłam o 10.20. Nie wiem, czy rejestratorki odbywały właśnie strajk włoski, czy to było ich zwykłe tempo, w każdym razie gdy weszłam, usłyszałam "już za późno". Okazało się, że pani właśnie skończyła pracę (od 7.40 do 10.00, fajnie, co?) w związku z tym nie załatwię już nic. Ani skierowania na morfologię, ani skierowania do okulisty. Zresztą na nic by mi się one nie przydały, gdyż laboratorium było czynne do 10.00 a numerki do okulisty skończyły się o 9.00. Szlag mnie trafił ze trzy razy, zwłaszcza, że byłam okropnie głodna (badania, których nie zrobiłam, miały być na czczo). 
Do tego miła pani poradziła mi, abym w poniedziałek stawiła się w przychodni na 7.00 rano. Świetny pomysł. Może w ogóle przyjdę w niedzielę wieczorem.  
Szkoda, że nie zmierzyli mi ciśnienia, chociaż może to i lepiej, bo jeszcze bym dostała skierowanie do szpitala. Ale przynajmniej bym wiedziała, na jaką cholerę płacę składkę zdrowotną. Bo teraz to myślę, że po to, by można było utrzymać etat pani rejestratorki pracującej 2 i pół godziny dziennie. Najbardziej jednak wkurwia bezsilność - badania i tak muszę zrobić, bo nie wpuszczą mnie do pracy a nie mogę ich zrobić tam, gdzie mam blisko i wygodnie, bo nie.

Głodowałam do 11.30, bo postanowiłam zrobić badania laboratoryjne prywatnie (pani rejestratorka niechętnie się zgodziła). Laboratorium w Luxmedzie jest czynne do 18.00 więc zdążyłam ;) Oczywiście zapłaciłam za badania z własnej kieszeni, w końcu to moja fanaberia, że nie chcę przez trzy dni zajmować się badaniami okresowymi. Z głodu straciłam rozum i kupiłam sobie w Realu pączki (zwykle nie jadam). Najpierw zjadłam, a potem przeczytałam ich skład - i stanęły mi w gardle:
- mąka pszenna T500
- nadzienie o smaku róży 16% (UWAGA, to będzie ekstra: cukier, woda, truskawki, maliny, wiśnie, skrobia modyfikowana kukurydziana, koncentrat z marchwi, winogron i aronii, standaryzacyjne barwy (?!), regulator kwasowości E333, E300, aromat różany - nareszcie!)
- woda, 
- cukier
- oleje roślinne i tłuszcze zwierzęce 70%
- emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych)
- sól
- substancja konserwująca: sorbinian potasu
- regulator kwasowości: kwas cytrynowy
- barwnik: annato (?!)
- aromat
- proszek jajowy
- drożdże.
To nie wszystko. Na końcu, małym druczkiem dopisano: produkt rozmrożony, ponownie nie zamrażać.

Cóż mam powiedzieć, poza tym, że nigdy, przenigdy już nie kupię pączków w sklepie? Bo wygląda na to, że zjadłam tłuszcz z konserwantami o wyglądzie pączka. Ale przynajmniej wiem, że nie są to puste kalorie, o nie, są to kalorie aż nazbyt PEŁNE...

Na domiar złego, już nie jest pięknie. Pięknie było:

Ale się zmyło:

Nawet Budda dziś przeciwko mnie - postanowiła wykończyć mnie piskiem i bardzo jej to dobrze idzie...


Jedyne, co mnie dziś cieszy to fakt, że nareszcie skończył się styczeń. Jest luty a więc zaraz będzie marzec ;)