jesień

jesień

czwartek, 31 stycznia 2013

Kończy się cholerny styczeń

Cholerny styczeń trwał w tym roku z sześć tygodni. 

W cholernym styczniu napadało tyle śniegu, że nie widać spod niego iglaków ani różaneczników.  

Cholerny styczeń postanowił skończyć się odwilżą. Dobrze, że nie mieszkam przy rzece.

Tymczasem, Miły został przedsiębiorcą, Budda skończyła pół roku a Starszej zaczął ruszać się ząb.

Pod wpływem maila od Ważnej Osoby zaczęłam przemyśliwać na temat ekshibicjonizmu oraz potrzeb zaspokajanych poprzez pisanie bloga. Co do ekshibicjonizmu, to pewnie was rozczaruję. Ekshibicjonista to dla mnie:
- pan w luźno zapiętym płaszczu, przechadzający się w miejscach publicznych,
- piękna pani tańcząca na rurze w klubie go-go (czy tak się jeszcze mówi?) w stroju Ewy,
- koleżanka opisująca ze szczegółami swoje życie erotyczne, najchętniej w dużym towarzystwie.

Jakoś się nie utożsamiam z żadną z tych osób. I staram się tu nie wywlekać tego, co mi w duszy gra, choć czasem coś mi się "wypsnie". A czemu piszę bloga? Bo lubię, do takiego otóż odkrywczego wniosku doszłam ;)

No więc na koniec, ekshibicjonistycznie, dołączam zdjęcie Buddy wraz z Jej błogosławieństwem :)


środa, 23 stycznia 2013

Na całej połaci śnieg

Na całej połaci - śnieg.
W przeróżnej postaci - śnieg.
Na siostry i braci
Zimowy plakacik - śnieg... śnieg.
Na naszą równinę - śnieg.
Na każdą mieścinę - śnieg.
Na tłoczek przed kinem
Na ładną dziewczynę - śnieg... śnieg.
Na pociąg do Jasła
Na wzmiankę, że zgasła
Na zdarte dwa hasła,
Na dobre pobudki,
Na gorsze ich skutki...
Na puste ogródki,
Na dzionek za krótki...
Na w sinej mgle dale - śnieg.
Na kocham cię stale! - śnieg.
Na żale, że wcale i na - tak dalej - tak dalej
Tak dalej - tak dalej
Tak dalej - tak dalej - śnieg


Tak kiedyś śpiewali Starsi Panowie o śniegu. A dziś, a dokładnie to przedwczoraj, Zimno nazywa go "białym gównem". Mimo całej upierdliwości zimy nigdy tak o śniegu nie pomyślałam. Być może wszystko przede mną ;)
A tak swoją drogą, czy wiecie, iż twórcy Kabaretu Starszych Panów, gdy rozpoczynali ów, powiedzielibyśmy dziś, projekt, byli po 40.? Jerzy Wasowski miał 45 a Jeremi Przybora 43 lata. Starsi panowie. Dziś panowie po czterdziestce nazywają siebie chłopakami i mówią, że mają lat 39 i pół ;)))


A co do śniegu, to naprawdę mamy go "na całej połaci".
Tak obecnie wygląda wrzosowisko:
To jest różanecznik:
Warzywnik:
Nasze miejsce ogniskowe:
Nudne te zdjęcia, takie monochromatyczne...
Ptaki ciągle przylatują, ostatnio złapałam mazurka jak wcinał słoninę. A sikory za to wolą kulki, czyli fast-food. Kocury też nas odwiedzają, wciąż licząc na to, że jakiś uprzejmy ptaszek wskoczy im do pyska ;) Czyli - wszystko po staremu.



Jest jednak coś nowego, coś co mnie gniecie. Dostałam otóż od Pewnej Ważnej Osoby tak zwany feedback, że pisanie bloga to przejaw ekshibicjonizmu, środek zastępczy, dowód na brak przyjaciół itd. No i muszę to przetrawić. Nie wiem, ile czasu mi to zajmie, ani jakie będą tego skutki. Może dostanę niestrawności?

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Zima trzyma a pieniędzy nima...

W przeciwieństwie do mnie, zima ma się świetnie:

Ponieważ wciąż brakuje nam pieniędzy, zrezygnowaliśmy z marzeń o kutym łóżku w sypialni. Ale spać na czymś trzeba. Przez ponad dwa lata był to materac na podłodze, znudziło nam się jednak, no i do niemowlaka trudno wstawać z tak niska. Na szczęście Miły wynalazł na "tablicy.pl" drewniane łóżko za 150 zł. Pojechał i kupił dwa za 200, z transportem ;) To się nazywa interes życia :) Pomalował, dorobił stelaż i mamy wielkie hotelowe łoże za jakieś 220 złotych polskich:
Zdjęcie wyszło nieostre, ale może to i dobrze, w końcu to nasze łóżko :)

Sen z powiek spędza mi natomiast stary dom, który kupiliśmy razem z działką i domem, w którym mieszkamy (i stodołą, i chlewikiem którego już nie ma). Stary dom z zewnątrz wygląda okropnie, potwornie szpeci działkę i widoki zza okna:
Ale w środku jest naprawdę bardzo fajny i aż się prosi, żeby go wyremontować i zacząć wykorzystywać, czy to jako domek dla gości, czy biuro (Miły został przedsiębiorcą), czy jako "letnią kuchnię". Ale do tego potrzeba kilkudziesięciu tysięcy złotych. Są to pieniądze, których nigdy mieć nie będziemy, niestety na to wygląda. Szkoda domu, bo już wiem, jak bym go urządziła... (Zdjęcia od llooki)
W ganku byłoby tak:

A kuchnia byłaby taka (mam nawet dokładnie takie meble w "nowym" domu):
W starym domu są jeszcze dwa kwadratowe pokoje, łazienka i miejsce na spiżarnię oraz mała piwniczka. Strasznie, cholernie by mi było szkoda go zmarnować. No ale ta pieprzona kasa, a właściwie jej brak, niweczy wszystkie plany i marzenia. I po co mi to było? Mogłam zostać w wieżowcu i nie mieć kredytu i zostać wygodnickim mieszczuchem. Się zachciało domku z ogródkiem, się kupiło nie wiadomo po co dwa. 

No i jak to jest możliwe, że wciąż jeszcze jest styczeń, do cholery?!

środa, 16 stycznia 2013

Kumulacja

Niestety, nie w "TotoLotku". Kumulacja zmęczenia. U mnie nastąpiła. Źle się czuję i źle wyglądam. Zanikła gdzieś moja energia życiowa - niewiele w ciągu dnia robię a i tak wieczorami czuję się, jakby ktoś wyssał ze mnie wszystkie siły (może Dementor jakiś). Brak mi motywacji do działania, nużą mnie codzienne czynności i nawet nie potrafię porządnie się wściekać - wprawdzie wpadłam ostatnio w furię ale trwała ona dwie godziny a nie dwa dni jak to onegdaj bywało ... ;))) Jakaś masakra. Jestem blada, sina i pomarszczona, wypadają mi włosy itede itepe, nie będę się wyflaczać, no, wiadomo. Źle jest. Nawet wiem dlaczego - kumulują się skutki ciąży, karmienia, niedosypiania; za dużo kawy i słodyczy, za mało wody i surowych warzyw. Diagnoza jest, przyczyna jest, czas zająć się leczeniem. 
Wpadła mi oto przy robieniu porządków w papierzyskach (no dobra, szukałam czegoś ważnego i oczywiście nie znalazłam) w ręce malutka książeczka wydana przez "Twój Styl" w 2004 roku pt. "Dieta i detoks". Coś w sam raz dla mnie! Odtruję się, schudnę i nabiorę energii! I do tego w przyjemny sposób - napisali, że "Stosując dietę oczyszczającą nie powinnaś czuć się głodna. Zdrowo się odżywiać to znaczy zapewnić żołądkowi i jelitom dość pokarmu, by funkcjonowały prawidłowo. Nie możesz dopuścić do tego, by skręcało cię z głodu". Super, pomyślałam, i zaczęłam studiować szczegóły. I znalazłam "przykładowe menu dnia":
8.30: kompot z owoców, jogurt
11.00: garść orzechów
13.00: sałatka z tuńczyka z żytnim chlebem
16.00: pomarańcza, garść nasion słonecznika
19.00: porcja upieczonych warzyw z kluseczkami
Może ja mam coś z oczami, ale ja tu widzę tylko jedną, no, półtorej porcji jedzenia! Może jestem obżartuchem jakimś, ale jak dla mnie to całodzienne menu wystarczyłoby na jeden obiad. Jak można na śniadanie wypić kompot oraz jogurt i nie być wilczo głodnym za pół godziny? A po tej garści orzechów jak można wytrzymać do lunchu? Nieee, to kompletnie nie dla mnie. 
A może dla was? Chętnym książeczkę mogę odstąpić ;)))

Kumulujemy też sobie Harrego Pottera.
Część I obejrzeliśmy 6 razy.
Część II ze 4 (nie podoba mi się)
Część III tylko 3 (moja ulubiona)
Część IV również 3
Część V - 2 razy (musimy się cofać, bo dziecię nie nadąża)
Część VI - 2 razy
Części VII niestety Mikołaj nie przyniósł, ale na pewno kupimy. Ja to mogę oglądać w kółko. Być może jest to także objaw mojego zmęczenia ;)

Zbliża się też kumulacja pilnych-prac-pracowych. Książka. Warsztaty dla rodziców. Szkolenie dla nauczycieli. Zajęcia ze studentami "normalnymi". Zajęcia ze studentami podyplomowymi. W dzień niemowlę śpi coraz mniej, a noce nie chcą się wydłużać. Stresuję się, co nie pomaga w odzyskaniu pięknego wyglądu. Ech, żyzń, jak mówiła jedna moja przedziwna koleżanka...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Hau, Hau

Niniejszym odszczekuję wszelkie pretensje i roszczenia wobec zimy. Jest bajecznie!!!

sobota, 12 stycznia 2013

Dłużyzny

Styczeń dłuży mi się jak zwykle. Sylwester był, jakby to powiedziała Duża Córka - dawno, dawno temu, a tu jeszcze nawet pół miesiąca nie minęło! 

Zima jakaś taka byle jaka. Ku swemu zaskoczeniu (ile jeszcze razy sama siebie zaskoczę?) tęsknię za śniegiem. W imieniu roślin, które przemarzną bez tej kołderki, w imieniu dziecka, które chce zbudować śnieżnego królika (rodzina bałwanów żyła może tydzień), w imieniu swoim wreszcie, bo ze śniegiem jest o wiele ładniej. Dzisiaj wprawdzie padał śnieg, chociaż to za dużo powiedziane (powinno być widać małe kropki, to właśnie ów "opad"):
A tak w ogóle, to zima też mi się już dłuży. Jeszcze tyyyyle do wiosny! Jak to wytrzymać?

Dłuży mi się pisanie książki. Analiza baśni była przyjemnością, teraz ciężka orka przekopywania się przez artykuły naukowe na temat emocji. Temat tak oczywisty, że nic sensownego nie można znaleźć :(

Dłuży mi się mój stan "rozdrożnienia" czyli bycia na rozdrożu. Wciąż nie wiem, jak ma wyglądać moje dalsze życie zawodowe. Coś się we mnie wypaliło a nic się jeszcze nie odrodziło.

Wydłużają mi minę zawodowe rozterki moich przyjaciół. Jak to jest, że ukochana wcześniej praca może stać się źródłem tak ogromnej frustracji? Czy to my się zmieniliśmy, szefowie, czasy, czy wszystko razem? 

Dłuży mi się moja okrągłość więc chcę się wydłużyć - moje wewnętrzne Ja to szczypior vel szparag, jakim więc cudem Ja-zewnętrzne wygląda jak gruszka??? Jak mawiała moja przyjaciółka - muszę "schuść, spaść i zwąź". Ale odchudzanie się jest taaaakie nudne i tak się dłuuuużą dni bez łasuchowania...

Tylko niestety noce się nie dłużą, trwają stanowczo za krótko - ledwo starcza czasu na pisanie, czytanie, karmienie i spanie. 

A jutro znowu impreza... Co za życie ;) I jeszcze do tego nie mogę się nachlać ;))) 

Dobrze, że chociaż Budda nie dokucza - szczęśliwa jak zawsze (dokucza za to kręgosłup gdyż Budda lubi być noszona).
Zdjęcie robiła Duża Córka, która jest w fazie buntu a jeszcze nawet nie chodzi do szkoły. Te fochy też mi się  już dłużą.

No dooobra, nie przedłuuużam już ;)

Mam nadzieję, że u was bardziej optymistycznie i energetycznie.

niedziela, 6 stycznia 2013

Cywilizacja dociera

Na poświątecznym spacerze po wsi, w trzech różnych miejscach ujrzałam byłam wydrukowaną na atramentówce i przyczepioną pinezkami do drzewa kartkę o nieco rozmazanej treści, że otóż we wsi mojej jest budowana kanalizacja i przeprasza się mieszkańców z góry za "utrudnienia". Nie widziałam jeszcze żadnego ciężkiego sprzętu, ale wygląda na to, że będziemy się w tym roku żegnać z szambem. Na pewno będzie więc drożej, choć za panem "szambonurkiem" (tak się mówiło, gdy byłam dzieckiem) tęsknić nie będę.

Lubelska elektrownia przekopała nam była jesienią kawałek działki w celach modernizacyjnych - oczywiście nie modernizowali działki, tylko swoje węzły czy co tam i przysłała nam właśnie pismo, iż "firma XY przeprowadziła inwentaryzację szkód rolniczych" a że nas nie zastała, to proszą o kontakt "w celu dokładnego określenia powstałych zniszczeń". Ameryka, panie dzieju. Nic nam nie zniszczyli poza wykopaniem i ponownym wkopaniem jednego żywotnika, który być może nie przeżyje, ale nie będziemy się czepiać jednej tui.

Telekomunikacja polska, która się niedawno sprzedała "Orange'owi" także chce nam życie ucywilizować. Okazało się, że posiadamy doskonałą lokalizację dla postawienia przez nich supernowoczesnej skrzynki internetowej, dzięki której internet we wsi będzie hulał jak szalony a u nas to już w ogóle, no i firma się niezwykle unowocześni oraz wszyscy ją pokochają. Nawet nam chcą zapłacić za to, że się zgadzamy na "służebność przesyłu". Ucieszyliśmy się bardzo, pieniądze nie są szaleńcze, ale na 10-letnie małe auto wystarczą. Tylko, że... umowę podpisaliśmy dwa lata temu. Dwa lata. Robót nie ma, pieniędzy tym bardziej. No, ale co się dziwić, tepsa to tepsa, nawet jak się inaczej nazywa. 

W obliczu tych dokonanych i przyszłych zmian zaczynam rozmyśliwać o przeniesieniu się w jakieś bardziej odludne miejsce. No bo jak to tak? Mieszkać na wsi i mieć kanalizację, nowoczesną linię energetyczną i hulający internet? Głupio jakoś... I pomyśleć, że gdy się tu wprowadzałam, byłam przerażona odległością od miasta i zadupiastością tej wsi. A teraz mi cywilizacji za dużo. Popaprana widać jestem ;)


środa, 2 stycznia 2013

Dzięki bogu już po świętach

Z natury (wychowania?) jestem pracoholikiem; męczy mnie odpoczywanie i dni wolne ;) 
Generalnie nie przepadam też za ludźmi, zwłaszcza w dużej ilości.

Mam więc jedno przemożne uczucie po tych zbyt długich świętach: jestem cholernie zmęczona.

Było za dużo bodźców.
Za dużo ludzi.
Za dużo wirusów.
Za dużo wyjazdów.
Za dużo imprez.
Za dużo jedzenia.
Za dużo mówienia.


Teraz odwyk. 
Post. 
Dieta. 
Asceza.

Mniej jem, mniej piję, mniej się spotykam. 
Oddaję się nałogowi pracy - domowej i poza.

I chrzanię, że jest karnawał. Potrzebuję bezludnej wyspy. Ewentualnie może być spa ;)