jesień

jesień

piątek, 1 lutego 2013

Szewski poniedziałek - tyle, że w piątek

Ponieważ mam trzytygodniową przerwę w urlopie, przeto moja kochana praca wykorzystując niecnie okazję, postanowiła wysłać mnie na badania okresowe. Wstałam więc dziś o 7.00 (a nie jest to łatwe, gdy się spało 6 godzin w trzech częściach) i gdy wreszcie dojechałam na miejsce, zrobiła się 9.30. W pracowej przychodni okazało się, że nie ja jedna będę robić takie badania (cóż za niespodzianka!). Cztery osoby przede mną w kolejce sprawiły, że do "pokoju rejestracji" weszłam o 10.20. Nie wiem, czy rejestratorki odbywały właśnie strajk włoski, czy to było ich zwykłe tempo, w każdym razie gdy weszłam, usłyszałam "już za późno". Okazało się, że pani właśnie skończyła pracę (od 7.40 do 10.00, fajnie, co?) w związku z tym nie załatwię już nic. Ani skierowania na morfologię, ani skierowania do okulisty. Zresztą na nic by mi się one nie przydały, gdyż laboratorium było czynne do 10.00 a numerki do okulisty skończyły się o 9.00. Szlag mnie trafił ze trzy razy, zwłaszcza, że byłam okropnie głodna (badania, których nie zrobiłam, miały być na czczo). 
Do tego miła pani poradziła mi, abym w poniedziałek stawiła się w przychodni na 7.00 rano. Świetny pomysł. Może w ogóle przyjdę w niedzielę wieczorem.  
Szkoda, że nie zmierzyli mi ciśnienia, chociaż może to i lepiej, bo jeszcze bym dostała skierowanie do szpitala. Ale przynajmniej bym wiedziała, na jaką cholerę płacę składkę zdrowotną. Bo teraz to myślę, że po to, by można było utrzymać etat pani rejestratorki pracującej 2 i pół godziny dziennie. Najbardziej jednak wkurwia bezsilność - badania i tak muszę zrobić, bo nie wpuszczą mnie do pracy a nie mogę ich zrobić tam, gdzie mam blisko i wygodnie, bo nie.

Głodowałam do 11.30, bo postanowiłam zrobić badania laboratoryjne prywatnie (pani rejestratorka niechętnie się zgodziła). Laboratorium w Luxmedzie jest czynne do 18.00 więc zdążyłam ;) Oczywiście zapłaciłam za badania z własnej kieszeni, w końcu to moja fanaberia, że nie chcę przez trzy dni zajmować się badaniami okresowymi. Z głodu straciłam rozum i kupiłam sobie w Realu pączki (zwykle nie jadam). Najpierw zjadłam, a potem przeczytałam ich skład - i stanęły mi w gardle:
- mąka pszenna T500
- nadzienie o smaku róży 16% (UWAGA, to będzie ekstra: cukier, woda, truskawki, maliny, wiśnie, skrobia modyfikowana kukurydziana, koncentrat z marchwi, winogron i aronii, standaryzacyjne barwy (?!), regulator kwasowości E333, E300, aromat różany - nareszcie!)
- woda, 
- cukier
- oleje roślinne i tłuszcze zwierzęce 70%
- emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych)
- sól
- substancja konserwująca: sorbinian potasu
- regulator kwasowości: kwas cytrynowy
- barwnik: annato (?!)
- aromat
- proszek jajowy
- drożdże.
To nie wszystko. Na końcu, małym druczkiem dopisano: produkt rozmrożony, ponownie nie zamrażać.

Cóż mam powiedzieć, poza tym, że nigdy, przenigdy już nie kupię pączków w sklepie? Bo wygląda na to, że zjadłam tłuszcz z konserwantami o wyglądzie pączka. Ale przynajmniej wiem, że nie są to puste kalorie, o nie, są to kalorie aż nazbyt PEŁNE...

Na domiar złego, już nie jest pięknie. Pięknie było:

Ale się zmyło:

Nawet Budda dziś przeciwko mnie - postanowiła wykończyć mnie piskiem i bardzo jej to dobrze idzie...


Jedyne, co mnie dziś cieszy to fakt, że nareszcie skończył się styczeń. Jest luty a więc zaraz będzie marzec ;)

5 komentarzy:

  1. Dramat! Byłam w instytutowej bibliotece w roli darczyńcy książek, których nie sprzedałam i nie używam. Jako jedyna zostałam obsłużona po ludzku, wszyscy inni skazani byli na burki i warki pani kustosz. Przecierałam oczy ze zdumienia, że w takim stylu ktoś jeszcze pracuje. Ani to grzeczne, ani profesjonalne, nieludzkie raczej. Jak to tak?
    Z tych badań okresowych też kpina, jeszcze pamiętam.
    A pączki z proszku paskudne, się kiedyś nadziałam, blee.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż...aż człowieka złości , jak czuje się w roli takiego petenta.


    OdpowiedzUsuń
  3. ojoj,dobrze ,ze już jutro sobota!
    Byłaś bardzo dzielna!

    Błogosławieństwo Buddy bezcenne:)

    OdpowiedzUsuń
  4. a co,jeśli chore dziecko trzeba rejestrować dwa dni wcześniej,bo do naszej pani pediatry wszyscy lgną?A drugi lekarz bada na odległość biurka,by tylko nie dotknąć pacjenta?
    czytam od dwóch dni Pani bloga.Widzę,że w każdej wsi to samo-śnieg,palenie w piecach i inne specjały.Teraz to normalka,no prawie,bo śniegu nie strawię:-)
    pisanie bloga?każdego indywidualna sprawa,każdy pisze,ile chce i co chce:zaczynając od codzienności,pasje,specjały kulinarne po tajemnice rodzinne.Muszę?Pewnie,że nie.Pokażę,ile chcę:-)Poznam ciekawych ludzi,dowiem się czegoś ciekawego,niekoniecznie o życiu prywatnym.
    serdecznie pozdrawiam
    lena

    OdpowiedzUsuń
  5. W sumie to pączek poza emulgatorami i sorbinianem potasu był "prawie" naturalny ;-) bo E300 to witamina C, a E333 występuje w owocach cytrusowych. Nie wiem, dlaczego się dziwisz, że w marmoladzie różanej był tylko jej aromat - już dawno wiadomo, że np. wszelkie syropki, które rozpuszczamy w wodzie do picia składają się głównie z aronii, nawet gdy są wiśniowe, czy poziomkowe. To i tak sukces, że pijemy sok z aronii, a nie wytwór jakiegoś szalonego chemika.
    A działanie przychodni nie jest fanaberią lekarzy i pielęgniarek lecz systemu NFZ, za który zarząd co roku przyznaje sobie duuuuże premie. Mają z czego - przecież zaoszczędzają na obsłudze pacjentów!
    Obyśmy tak zdrowi byli!
    Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń