jesień

jesień

sobota, 27 października 2012

Nagła zmiana scenerii


W taką pogodę trudno nie stracić ducha, szczególnie że to dopiero preludium. Ale na razie się nie daję. Jestem szczęśliwa, bo tak postanowiłam. Grzane piwo i drożdżowiec z rodzynkami wspierają mnie w tym postanowieniu ;)

Jeszcze wczoraj Miły był w lesie na grzybach, w jakimś przebłysku intuicji uparł się, że pojedzie. No i okazało się, że to był dosłownie ostatni moment! Wrócił z pełnymi siatkami, głównie podgrzybki i opieńki. Przez parę bitych godzin te grzyby czyścił, gotował i marynował, no ale cóż, sam chciał ;)

Nie załamujcie się. To dopiero październik, więc prawie na pewno zima zrobi odwrót! Pamiętacie 3-4 lata temu dziki śnieg na początku października, śnieg, który połamał wiele drzew bo nie zdążyły jeszcze zgubić liści? Ja pamiętam. Więc teraz nie jest AŻ TAK źle.
Najbardziej z tego wszystkiego nie podoba mi się zmiana czasu, nie rozumiem, czemu ma służyć ten archaiczny zabieg i nie znoszę, gdy nagle robi się ciemno. Cóż, przeżyłam już tyle zim, że pewnie przeżyję i kolejną. Czego i wam życzę :)

czwartek, 25 października 2012

Profilaktyka antydepresyjna 1 - moja nowa firanka

Ponieważ już wkrótce świat pogrąży się w egipskich ciemnościach, poszukuję rozwiązań zwiększających ilość światła w domu. To rozwiązanie jest też praktycznym sposobem na suszenie pepperoni ;)


Zresztą, grzechem byłoby zasłanianie takich widoków, prawda?

Kolejne czynności antydepresyjne - wkrótce.

Kiedyś - nie do pomyślenia

Wczoraj rano pojawił się na naszej działce wiejski koń z furmanką wypełnioną po brzegi obornikiem i wysypał go u nas pod stodołą za naszą wiedzą i zgodą. Obornik, czyli gnój, czyli słoma z krowią (a może i końską) kupą. Kiedyś nie do pomyślenia, bo Miły brzydzi się obornika najbardziej na świecie (a niewielu rzeczy się brzydzi). Mój Miły w poprzednim, mieszczuchowatym wcieleniu nie był w stanie przejechać samochodem obok nawożonych obornikiem pól bez wydawania odgłosów obrzydzenia, manewrowania przy szybach, klimatyzacji... A wczoraj wziął widły i rozrzucił tę cenną kupę na naszych grządkach. I jeszcze mówił, że nie cuchnie ;) Faktycznie, po powrocie z tej pracy nie cuchniał. Albo i ja straciłam powonienie. W każdym razie skarb jeszcze nie cały rozrzucony, leży sobie malowniczo pod stodołą. Wyobrażam sobie miny co poniektórych naszych znajomych, gdyby nas teraz odwiedzili...
Ze względu na czytelników o słabszych nerwach sfotografowałam obornik bez zbytniego zbliżenia i wraz z piękną studnią ;)

Druga nie-do-pomyślenia kiedyś sprawa, to fakt, iż wzięłam do ręki narzędzie mechaniczne w celu oszlifowania mebli tarasowych. Miły mówi, że to szlifierka oscylacyjna, wierzę na słowo, ale nie znam się kompletnie:
W każdym razie do ręki wzięłam, meble oszlifowałam a potem zaolejowałam. Przy okazji oddając się refleksjom pod tytułem "Jak to się stało, że się stałam taką pierdołą". To chyba brak okazji do używania tak zwanych męskich sprzętów spowodował, że mam wobec nich spory dystans. Jednocześnie wiem, że jestem osobą na tyle zaradną i sprytną, że jestem w stanie nauczyć się obsługiwać kosiarkę, szlifierkę, zmienić butlę gazową... Choć trochę się boję. Zresztą swego czasu bardzo mi w głowie utkwiło tzw. przysłowie mężatek "Pokaż, że umiesz coś robić, a będziesz to robiła cały czas". Jest w tym trochę prawdy, ale unikanie prac 'niekobiecych' sprawia, że stajesz się kaleką. A co, jeśli mąż odejdzie albo zejdzie? Zostajesz z ręką w nocniku. Może więc moja potrzeba uczenia się prac do tej pory mi niedostępnych wynika nie tyle z chęci rozwoju, co z neurotycznego lęku przed bezradnością kobiety samotnej? W sumie nieistotne, ważne że nabywam nowe umiejętności.

A wieczorem byliśmy z niemowlęciem na szczepieniu. I nie zaszczepiliśmy dziecka przeciwko rotawirusom, ponieważ nie było nas na to stać. Kiedyś nie do pomyślenia. Ale z tym akurat czuję się cholernie źle.

poniedziałek, 22 października 2012

Cudowny jesienny weekend

Sobotę spędziliśmy na własnym podwórku. Niektórzy z nas uprawiali sport:

Inni ćwiczyli się w układaniu gontu na daszek studni:

Ja biegałam po działce i cykałam jesienne fotki,
na naszej działce:

i za płotem też, okazało się bowiem, że we wsi też jest jesień ;)))

A w niedzielę byliśmy w naszym lesie. Las o tej porze roku jest prze-prze-przepiękny, zresztą zobaczcie sami:

Nazbieraliśmy nawet grzybów!


A dziś jest tak:

Też pięknie!

czwartek, 18 października 2012

A tymczasem w polu i ogrodzie...

Zakwitły chryzantemy - śliczne, prawda?
Strrrasznie by mi obok nich pasowały różnokolorowe marcinki, czyli bylinowe astry. O tu:

Niestety, w sklepach ogrodniczych niemożliwe do zdobycia, jedyna moja szansa to wysępić od kogoś... Najpiękniejsze i największy wybór w botaniku, ale nie ukradnę, choć bardzo ich pożądam.

Winobluszcz pięciolistkowy zrzucił liście, niestety, i już nie jest ładny:

Wróbel mazurek na dobre zadomowił się w domku po sikorkach, a co rano pojawia się znowu rudzik:

W polu już większość zbiorów za nami, jedne z ostatnich to słodkie papryki, które choć nie całkiem dojrzały, to już im na dworze za zimno nawet w foliowym tunelu. Wyhodowane ze sklepowych nasion, smakują jak papryka :)
Jesienią często u nas wieje:

Szałwia-nieszałwia ma się świetnie, może to chwast ale ładny, więc nie ruszam:
Krótko mówiąc - fajnie u nas, robi się ładnie a wkrótce będziemy mieć przecudnie. Wszystkie pieniądze jakie mamy, a nawet jakich nie mamy, wydajemy na ogród bo chcemy mieć tu swój raj. I mam nadzieję, że zdążymy ten cel osiągnąć przed emeryturą, a najlepiej już w przyszłym roku!



PS1. Już polubiłam tuje, czyli żywotniki ;) Stwierdzam, że często bywają ładne, i są bardzo dobrym tłem dla innych roślin. Jako solitery też mogą być, zwłaszcza gdy stoją przy brzydkim domu ;)

PS2. Któregoś dnia miałam smaka na drożdżaka, i okazało się, że umiem go upiec. Był przepyszny!

Jak widać, depresji u mnie nie widać ;))) Czego i wam życzę :)

środa, 17 października 2012

Praca, praca, praca...

Październik w ogrodzie to czas wytężonej pracy, jeśli się oczywiście chce mieć w przyszłym sezonie coś więcej niż złośliwie przeze mnie określane "tuje i beton". Na szczęście pogoda sprzyja, niemowlę też - wystawiam w wózku na dwór a ja sobie obok pracuję. Niemniej jednak, choć wiele pracy już za nami, to jeszcze mnóstwo przed nami. Zrobiłam nawet listę robót pilnych:
- przekopać grządki,
- zasiać gorczycę,
- posiać czosnek,
- zgrabić liście,
- skosić trawnik,
- zdjąć folię z tunelu foliowego,
- przesadzić mahonie,
- zaolejować meble tarasowe,
- wykopać przemarznięte róże,
- odchwaścić północną rabatę,
- przekopać kompost,
- przerobić pepperoni, 
- przesadzić trzy iglaki ze skalniaka,
- wykopać kanny,
- przyciąć maliny,
- odchwaścić podjazd i go obsadzić...

W dodatku Miły zaparł się, że dokończy przed zimą studnię. Kupił gont i w każdej wolnej chwili pracowicie go przybija. A ja przez dwa dni odchwaszczałam podjazd. Paskudna robota. Sześćdziesiąt metrów długości, osiemdziesiąt centymetrów szerokości. Jeżdżące ciężarówki, szczekające ciągle na mnie psy sąsiadów, smród ich moczu który musiałam przez jakiś czas (dwadzieścia metrów) wdychać, brrr.... Do tego położona wcześniej nieodpowiednia agrotkanina przyczyniła się do szaleńczego rozrostu chwastów. Nie było skrawka ziemi bez nich! Niemal straciłam ducha, ale zaparłam się i skończyłam. Miły wrócił z pracy i rozłożył właściwą (mam nadzieję) agrotkaninę, posadził czternaście róż dzikich (rosa rugosa) i nareszcie jest super. A  będzie pięknie!
Pozostałe prace w większości przed nami... Ale ja to lubię. Gdy jest choć odrobinę słońca, nie mogę wysiedzieć w domu. Właśnie wyszło, więc już nie mogę wytrzymać! Ubieram niemowlaka i idziemy!


środa, 10 października 2012

Wieś nie jest dla mięczaków

Twardym trzeba być, nie miękkim. A miasto rozmiękcza. Sama byłam "pańcią", intelektualistko-pierdołą, przyzwyczajoną do miejskiej wygody. Dzieciństwo spędzone wśród pól i łąk zostawiło we mnie jednak tak wielką tęsknotę za przyrodą i przestrzenią, że wymarzyłam sobie dom na wsi. Wymarzyłam, kupiłam i... się przeraziłam. Widok mrówek w domu wywoływał lęk, chrobot myszy absolutną panikę, śnieżna zima - dół depresyjny. Na szczęście moja pańciowatość nie była wrodzona i odnalazłam się jakoś na tej mojej wsi. Teraz myślę, że mam za dużo cywilizacji i planuję przeniesienie się w dzicz, gdy dzieci pójdą na studia. Czyli za jakieś osiemnaście lat :)

A wczoraj wzięłam do ręki dżdżownicę. Miała zaskakująco przyjemne, jędrne ciało. Pędraki rozgniatam w palcach. Muchy zabijam bez mrugnięcia okiem. Dokarmiam ptaki, dzwonię do szambiarza, segreguję śmieci, uprawiam warzywa. Odśnieżam podjazd, olejuję meble tarasowe, posługuję się szpadlem, widłami, sekatorem i taczką ;) Robię przetwory i piekę ciasta. O matko, ależ ja się zmieniłam!!!


Dawno nie pisałam o ptakach. Otóż nie możemy wyczyścić domków po sikorach, bo wprowadziły się do nich wróblowate! Chyba, bystrzaki, znalazły sobie schronienie na zimę.

Mój ulubiony portal pogodowy przewiduje dzisiejszej nocy przymrozki. Biegnę więc wykopać resztę marchewki z grządki!

środa, 3 października 2012

W malinowym chruśniaku


To chyba już ostatnie zbiory malin w tym sezonie, chociaż kto wie? Jeśli nie będzie przymrozków w tym tygodniu i słońce poświeci, to coś jeszcze uda się uszczknąć. Nie lubię zbierać malin, bo mam ich bardzo dużo i boli kręgosłup od ciągłego schylania się a brzuch od podjadania. Ale nalewka z malin to prawdziwa ambrozja warta takich poświęceń :) W tym roku robię też malinowe soki. Mniam!

Zdjęcia z wczoraj, bo dziś znowu pada (dla odmiany). Stodoła także własna ;)

poniedziałek, 1 października 2012

Gotowanie na poprawę nastroju

Zimno dziś, mokro, wietrznie i paskudnie. Do tego w domu bałagan a w lodówce pustki, jak zawsze po weekendzie. A ponieważ lubię gotować gdy na dworze szaruga, wyściubiłam nos na taras w celu wybrania się do warzywnika po wiktuały na obiad. Szybko jednak wściubiłam go z powrotem; moje ciało i umysł stanowczo odmówiły wykonania czterdziestu kroków po pietruszkę, selera, pora... Zaczęłam kombinować, co można ugotować bez tychże. I wykombinowałam - żółtopomarańczową wymyślankową zupę-krem z marchewki, żółtej cukinii, dyni, cebuli i ziemniaków (to miałam w domu). Przyprawiłam solą, curry i adżyką. Wyszło pyszne i śliczne, w realu jeszcze śliczniejsze, bo światło dziś do dupy a zresztą nie jestem fotografką kulinarną:

Na drugie danie zrobiłam wytrawne muffinki, przepis wzięłam stąd, tyle że go znacznie zmodyfikowałam - nie miałam brokuła ani kalafiora a nie zamierzałam wychodzić z domu, więc wrzuciłam tylko cukinię, czerwoną paprykę, fetę, czarne oliwki i adżykę. Pycha!
Właśnie dlatego lubię jesień - najcudowniejsze warzywa są właśnie teraz. 

Wstawiłam też do piekarnika chleb z proszkiem do pieczenia, bo nie mam drożdży; przepis z tej książki; zobaczymy czy wyjdzie.

Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, żeby jutro był piękny, słoneczny i ciepły dzień! :)