jesień

jesień

sobota, 28 lipca 2012

Wally Lamb "To wiem na pewno"

861 stron o tym, jak się żyje nie znając biologicznego ojca, pod opieką bijącego ojczyma, mając identycznego brata bliźniaka chorującego na schizofrenię paranoidalną i geny dziadka-sukinsyna... Czy można odzyskać swoje życie, gdy się wszystko straci i jak wybaczyć, gdy człowiekiem telepie złość i poczucie krzywdy... I o wielu jeszcze bardzo ważnych sprawach.

Nielekka książka którą czyta się jednym tchem. Bardzo polecam.

środa, 25 lipca 2012

Wiejska cisza, wiejski spokój

Ci z mieszczuchów, którzy marzą o domu na wsi i ci, którzy nas odwiedzają, często używają określeń "taka tu cisza i spokój". No to opowiem wam o tej ciszy na przykładzie dzisiejszego dnia.

Przez całą noc szczekają psy. Jak zwykle zresztą.

O 4.30 przydomowe jaskółki z głośnym "fijjjt, fijjjt" ogłaszają początek dnia. Zaraz potem odzywa się kogut sąsiada, kukurycząc dla pewności z dziesięć razy.

Po chwili rozdzierające "mrauuu, miauuu, auuuu" informuje o rozpoczęciu kociego sezonu godowego. Trzeciego w tym roku. A może czwartego, pogubiłam się.

Od 6.00, a może 7.00 tuż za płotem rzęzi traktor, a dwa pola dalej kombajn. Żniwa się zaczęły.

Do południa przejeżdża po naszej asfaltówce z 50 TIR-ów. Buduje się obwodnica. Zanim się zbuduje, droga nie będzie się nadawała do niczego. Oczywiście ciężarówy jeżdżą cały dzień, poznaję po drżączce szyb i poprzekrzywianych ramkach wiszących na ścianach zdjęć. I tak mam szczęście, bo dzięki oddaleniu od ulicy nie słyszę ciągle jeżdżących osobówek.

Aż do wieczora sąsiad-mechanik przeraźliwie głośno coś piłuje, pewnie blachy.
Koty nadal się drą. Psy nadal szczekają.

Sąsiadki wymieniają się przepisami na przetwory. Sąsiad krzyczy na wnuczkę, inny głośno złorzeczy - jak co miesiąc, gdy się napije na okoliczność otrzymanej emerytury.

Od 17.00 zaczyna się koncertowanie świerszczy. Grają cudownie, ale o 21.00 zaczynam się irytować, bo zagłuszają telewizor i muszę pozamykać okna.

W tzw. międzyczasie przelatuje nad naszym niebem kilka wojskowych samolotów. Głośno, bo nisko.

Idzie noc, więc psy rozpoczynają swoje ujadanie. Rano jaskółki ogłoszą początek dnia, a koty nadal będą uprawiać swoje miłosne harce. Kombajn nie skosił wszystkiego a TIRy mają jeszcze mnóstwo roboty.


Oczywiście, nie zawsze jest aż tak hałaśliwie (chociaż psy, sąsiad-mechanik, TIRy i kogut to elementy stałe). I absolutnie nie tęsknię za blokiem w mieście. Zaczynam jednak przemyśliwać o domu na odludziu ;)


wtorek, 24 lipca 2012

Post dla przeciwwagi

Są na szczęście tacy ludzie i takie z nimi spotkania, dla których warto żyć.

Aneta, poznana przez internet, parę spotkań w realu, a już wiadomo że pokrewna dusza.

Monika, tak różna, że aż niemożliwe, żebyśmy się tolerowały, a jednak zawsze znajdziemy płaszczyznę porozumienia.

Agata, sześć lat przerwy, a spotkanie jak po miesiącu, jakbyśmy się znały jak łyse konie i nigdy nie rozstawały.

Staszek i Sylwia, dziesięć lat przerwy, dziewięć lat różnicy, 500 km odległości, żyć bez siebie nie możemy.

Renata, czternaście lat przyjaźni, często się widzimy, często rozmawiamy przez telefon, mamy podobne temperamenty, dzieci w identycznym wieku, pracujemy w tej samej firmie, a wciąż nie możemy się nagadać.

Grześ i Ola, kiedyś moi studenci, dziesięć lat młodsi, a jakbyśmy się znali od zawsze.

Mariola, koleżanka z liceum, inne miasto, inna rzeczywistość, widzimy się raz na pół roku a wciąż chce nam się podejmować niedokończone wątki.

I dusze z przeszłości: szkoda, że już się nie przyjaźnimy, ale fajnie, że kiedyś byliśmy dla siebie ważni.


Dziękuję, że jesteście. Dziękuję że byliście.

czwartek, 19 lipca 2012

Niefajny post o "fajnych" ludziach

Są młodzi, bogaci i przebojowi. Ich pewność siebie i tupet sięgają mojego zenitu; nigdy nie osiągnę takiego stanu. Bez lęku zakładają własne firmy, piszą unijne projekty, korzystają z życia i walczą o swoje. Są nadzwyczaj komunikatywni, towarzyscy i przyjaźni, choć tak naprawdę interesuje ich tylko czubek własnego nosa. No, może jeszcze ich dzieci, które muszą mieć wszystko jak najlepsze. Prywatne przedszkole, prywatna podstawówka, zajęcia dodatkowe, firmowe ciuchy, zagraniczne wakacje, najlepsze możliwości rozwoju. Emanuje z nich poczucie "lepszości", pewnie nie doświadczyli w życiu większych porażek a ich ego skutecznie było przez rodziców pompowane. Teraz oni pompują ego swoich dzieci. I choć jestem od każdego z nich lepiej wykształcona a oboje z Miłym jesteśmy w tej samej "kaście" co oni, czyli w tak zwanej klasie średniej, to czujemy się przy nich jak niewydarzeńcy, biedacy i pierdoły - bo nie mamy takich pieniędzy. Wystarczy porównać nasze samochody, słabo się robi.
Oni - to rodzice koleżanek i kolegów Córki z przedszkola. Trzy lata temu zapisałam Ją do przedszkola prywatnego, nie tyle ze snobizmu co z konieczności, choć przyznaję że uważałam iż prywatne lepsze od państwowego. Właśnie się z tego poczucia wyleczyłam. Nie dlatego, że przedszkole złe, wręcz przeciwnie, świetne. Ale nie mam siły, ochoty ani środków finansowych, by przez kolejne lata edukacji mojego dziecka przebywać wśród ludzi, dla których główną wartością są pieniądze. I prowadzić pustych i jałowych rozmów o tym że prywatna podstawówka to droga sprawa, chociaż właściwie jak się podliczy wszystkie zajęcia dodatkowe na które dziecko i tak będzie chodziło, to wcale nie wychodzi tak drogo.... I że jedna z drugą pani i pan nie chcą się absolutnie na prywatną szkołę snobować, ale na wszelki wypadek dziecko zapiszą, żeby zaklepać mu miejsce, tak na zapas... Ani tłumaczyć się, dlaczego moja 5-latka chodzi tylko na dwa z czterech zajęć dodatkowych ani za jaką "zagranicę" polecimy w te wakacje... Ani wymieniać się telefonami wspaniałych niań i cudownych pań sprzątających. Ani rozmawiać o projektantach wnętrz czy ogrodów. Śmieszą mnie egzaltowane zachwyty super-mieszczuchów na temat naszego sielskiego życia na wsi. Albo wyrazy współczucia z powodu mieszkania poza miastem i posiadania działki, na której tyle jest roboty. Dotykają nie tyle uwagi dzieci na temat naszego "starego Opla", co tłumaczenia rodziców, iż nie mamy czasu go zmienić na super wypasione auto. Taaa, nie mamy czasu. 

Oczywiście nie wszyscy ci rodzice są właśnie tacy. Jedynie jakieś 60%. Ale daje mi to namiastkę tego, co będzie się działo w szkole prywatnej i dobitnie pokazuje z jednej strony, że z powodu różnicy portfela, doświadczeń i wieku jesteśmy jednak w innej kaście, a po drugie, że wcale nie pretendujemy do bycia takimi jak oni.
Może jestem starą, biedną, rozgoryczoną babą, ale im dłużej żyję, tym bardziej szkoda mi czasu na podtrzymywanie pustych znajomości. I zastanawiam się, jak, u licha, przetrwać następne imprezy w gronie ludzi, z którymi nie mam ochoty ani potrzeby się integrować. Dzielą nas bowiem lata świetlne a im dłużej mieszkam na wsi, tym bardziej oddalam się mentalnie od tego nieznośnego mieszczuchowatego - a może nowobogackiego - snobizmu, rozdygotania, powierzchowności i narcyzmu.

Tak, rzeczywiście owsiowiałam.

środa, 18 lipca 2012

Dobierając słowa na nie-fajnego posta...

... wrzucam kilka radujących mnie zdjęć.

Po pierwsze, oto nasze własne pomidory i ogórki, własnoręcznie wyhodowane, zapylane, dopieszczane i odchwaszczane przez Miłego, absolutnie ekologiczne i przepyszne:
Dalej, przepiękne lilie tygrysie, przesadzane przeze mnie w niedobrym momencie (wiosną), jednak mają się dobrze:
Dalej hortensja, chyba jednak się z nami przeprosiła i już nas lubi, ale jeszcze się nie przyzwyczajam do tej kapryśnej piękności:
No i nasza szałwia-nieszałwia, która nie wiadomo skąd się wzięła i wciąż się rozrasta, ale jest tak piękna, że nawet jeśli to chwast to nie ruszam:

Nie-fajny post będzie zaś o bardzo-super-ekstra-fajnych ludziach, z którymi się w ostatnim czasie bliżej zapoznałam i są oni taaacy fajni, że się przy nich czuję bardzo niefajnie ;)

czwartek, 12 lipca 2012

Hamak

Mała rzecz, a cieszy. Kolejny szczegół w ogrodzie, który sprawia, że od wiosny do jesieni czuję się na swojej wiejskiej "posesji" jak na wakacjach. Rdzenni rolnicy, uprawiający w pocie czoła pola, dojący krowy i zajmujący się od bladego świtu obrządkiem zapewne mnie nienawidzą. Ale cóż, ja nie jestem rolnikiem, jestem przeflancowanym mieszczuchem (choć wchodzę w fazę bycia nie-mieszczuchem ale o tym innym razem), mam pracę a pole nie jest jedynym źródłem moich dochodów. Ekhm, nie jest źródłem ŻADNYCH dochodów. Więc przepraszam, drodzy rolnicy, za moje nieróbstwo.

Hamak wisi sobie w bardzo fajnym miejscu, wśród świerków i wiśni, warzyw i chwastów:
Gdy na nim leżę, mam widok na dom:
A nad głową wiśnie:
Żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia, wzięłam nawet ze sobą "pracową" literaturę:
Oczywiście zupełnie niepotrzebnie, bo i tak nie byłam w stanie czytać. Cóż, hamak nie został stworzony do pracowania. Hamak jest do leżenia i drzemania.

No to idę, bo widzę go z okien gabinetu i wygląda taaak samooootnie...

wtorek, 10 lipca 2012

Bardziej optymistycznie

Wiem, że ostatnio głównie marudzę albo się wściekam, ale co ja pocznę, że mi się charakter psuje na starość ;) Zresztą dziś lepiej, bo pogoda się uspokoiła, upały do wytrzymania, a podjazd odchwaszczony. Był u nas mój wujek ogrodnik, przywiózł 4 spore różaneczniki a dzięki jego koledze z okolicznej szkółki, mamy za darmo 21 pęcherznic "Diabolo". (Wujek mieszka w Bielsku-Białej i jest poza tym dość apodyktyczny, więc nie zazdrośćcie). W każdym razie, gdy pominąć warzywnik, owocnik, stary ogród i stary dom, to mam całkiem ładny ogród ;)
Wspomniane różaneczniki:
Czwartego nie zlokalizowałam, bo Miły posadził gdzie indziej ;)


Północna rabata, z ceglanymi obwódkami; okazuje się że mam bardzo dużo host:
Jedne z najpiękniejszych wiejskich kwiatów, czyli rudbekie oraz cynie:

Ostróżki też kocham ale nie wytrzymały ostatnich burz - przycięłam, żeby zakwitły jeszcze raz. Nawet malwy się poprzewracały :(


Oczywiście różom nie odmawiam urody, lubię bardzo i płaczę nad tymi, które wymarzły ostatniej zimy - czyli prawie wszystkimi; tu zakup tegoroczny, odmiana Chopin:

I takie mam ładne "cosie", nie wiem co to, może szałwia, a może chwast; może ktoś wie?

Mam jeszcze takie ładne kwiatki, które wyglądają jak żółte kosmosy ale nimi nie są bo nie ma żółtych kosmosów a poza tym te są malutkie; dostałam od przyjaciółki w kępie z przywrotnikiem, ale Ona nie pamięta nazwy. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...:

Hortensje niby mi wymarzły ale jednak odbiły i nawet będą kwitły. Czyli na pędach jednorocznych, a one podobno na dwuletnich, więc już zgłupiałam totalnie:

No i owoce rosną jak szalone, pożegnaliśmy truskawki, witamy porzeczki. W tzw. międzyczasie pojawił się agrest, ale ktoś :-P zjadł go na półtwardo. Dla takiego owocożercy jak ja, posiadanie własnych owoców to szczęście absolutne! Najlepsze oczywiście prosto z krzaka; czasem podaję jednak w bardziej cywilizowanej formie:

Ponadto Miły dziś uszczęśliwił nas hamakiem. Takim kolorowym, z Biedronki, za 35 zł. Kto jeszcze nie ma, niech biegnie kupić, bo warto! Zdjęcie wkrótce. Na takim hamaku to nawet nicnierobienie jest dla mnie wyobrażalne ;)

Tymczasem jednak wsiąkłam tu, zdaje się, że na dłużej:

poniedziałek, 9 lipca 2012

Post wkurzonego człowieka

Najpierw (wieczorem) drżałam o rośliny, bo gwałtownie nadciągnęła burza gradowa. Następnie, po nie przespanej z powodu szalejących "normalnych" burz nocy, wstałam 0 7.00, by odchwaścić podjazd. W ciągu dnia jest przecież na to zbyt gorąco. (Kto mnie zna, ten wie, że nienawidzę wstawać rano). Po półgodzinnej walce z chwastami, zlana potem i pogryziona przez bezszelestnie atakujące komary, wróciłam do domu. Jest 9.10 a termometr pokazuje w cieniu od północnej strony 23 stopnie. W domu mam 26. Czeka mnie kolejny gorący, parny, nie-do-wytrzymania dzień. Nie będę mogła pracować przy komputerze (mam zaległą robotę), odkurzać (w domu brudno), gotować (nic nie ma do jedzenia) ani prasować (sterta ubrań czeka od dwóch tygodni i wciąż rośnie). Będę mogła leżeć i nic nie robić, czego nienawidzę.

Jestem wkurzona. Takie lato jest do dupy.

piątek, 6 lipca 2012

Wymiana telefonu

Miejsce: salon firmowy operatora komórkowego
Czas: 12.00-13.30, jeden z upalnych dni tego tygodnia
Osoby dramatu: Blondynka, Brunetka i jej Mąż

Brunetka: Dzień dobry, chciałam wymienić aparat telefoniczny, bo ten mi burczy i nie mogę się z nikim dogadać
Blondynka: A jaki model panią interesuje?
Br: no, taki, żeby działał
Bl: a konkretnie? jakaś firma może?
Br: yyy, oby nie Samsung bo Samsung mi nie działa
Bl: a jakie parametry telefonu są dla pani ważne?
Br: yyy... no, żeby się dało rozmawiać i może być dotykowy i jak go upuszczę na podłogę to żeby się nie połamał i...
Mąż: i z dobrym aparatem fotograficznym
Bl: czyli interesują panią smartfony?
Br: yyy... ??? (patrząc na Męża) no... tak
Bl: dla pani są w ofercie trzy smartfony: X1, X2 i Y. Który pokazać?
Br: eee... może wszystkie?
Bl. (przynosząc 6 aparatów): proszę, model X1 jest dostępny w 4 kolorach, przyniosłam wszystkie, bo wszystkie ładne, a tu model X2 ale ma brzydkie pozostałe kolory, a tu Y
Mąż: Y jest podobno nie do zniszczenia
Bl: wie pan, teraz wszystko musi się psuć. (do Br): to który się pani najbardziej podoba?
Br: yyy... a czym się różnią?
Bl: yyy...

...
I tak przez następną godzinę. Brunetka to ja. I choć trudno w to uwierzyć, wymieniłam ten telefon. Na niebieski i nieburczący ;)))) I pomyśleć, że uważam się za osobę biegłą technologicznie ;) Ostatnio jednak odkryłam, iż nijak nie odróżniam smartfonu od I-phone'a, i-pod'a i tabletu. Za to wiem, czym się różni notebook od netbooka, zawsze to coś ;) Ale to chyba oznacza, że nie jestem AŻ TAKA MŁODA ;))))

Aha, chciałabym przy okazji z tego miejsca złożyć najserdeczniejsze wyrazy współczucia wszystkim
pracownikom Biur Obsługi Klienta :)))

czwartek, 5 lipca 2012

Quasi-pensjonat

Odkurzyć cały dom i umyć podłogi. Przygotować pokój gościnny - ogarnąć po poprzednikach, uprasować prześcieradła, przynieść pościel. Wygładzić narzutę na łóżku. Przynieść ręczniki. Sprawdzić, czy jest zapas papieru toaletowego i żelu pod prysznic. Umyć okno, a najlepiej kilka okien. Pościelić łóżka w całym domu i ogarnąć (bo porządnie sprzątnąć nie ma kiedy) bałagan, bo na pewno odbędzie się zwiedzanie. Obmyślić menu na śniadania, obiady i kolacje. Zrobić zakupy.

Potem przez dwa, trzy lub cztery dni spędzać po pół dnia w kuchni, robiąc śniadania i gotując dwudaniowe obiady. Jeden lubi mięso, drugi nie lubi makaronu, trzeci wykrzywia się na kalafiora. Nie od rzeczy byłoby upiec ciasto, najlepiej pyszne. I zrobić sałatkę, najlepiej oryginalną. I kawę, dla każdego inną. Choć niektórzy wolą herbatę. Albo piwo. Oraz to wszystko podawać pod nos a potem spod nosa zabierać. I oczywiście zmywać. Ostatnio, przy trzydziestopięciostopniowych upałach oraz w dziewiątym miesiącu ciąży, jest to szczególnie trudne.
Poza gotowaniem należy gości zabawiać. Bo to swoi - rodzina, bliscy znajomi, więc "nie wypada" ich zostawiać samych.

Po dwóch, trzech, czterech dniach i nocach wyjeżdżają. Ale pojutrze będą następni. Zostaje więc jeden dzień na to, by zdjąć pościel i zabrać ręczniki, zrobić pranie. A potem odkurzyć dom, przygotować pokój gościnny, uprasować prześcieradła, przynieść pościel. Wygładzić narzutę na łóżku. Przynieść ręczniki. Sprawdzić, czy jest zapas papieru toaletowego i żelu pod prysznic...
Starać się nie myśleć o tym, ile jest zaległych spraw w pracy. I w ogrodzie.

Tak wygląda moje życie od końca kwietnia. I nie, nie prowadzę pensjonatu. Gdybym prowadziła, może miałabym z tego jakieś finansowe profity.

Naprawdę, nie chciałabym wyjść tu na osobę małostkową, nietowarzyską czy marudną, ale ---

jestem zmęczona.