jesień

jesień

środa, 30 maja 2012

My comfort food, czyli parzaki

Żadne tam parowańce ani pampuchy a już na pewno nie kluski na parze (kluski - co za paskudne, zapychające słowo). PARZAKI czyli drożdżowe kulki gotowane na parze. Jedno z moich ulubionych dań w dzieciństwie, oprócz salcesonu, marchewek prosto z ziemi, owoców w ilościach do zarzygania, surowego mięsa (sic!) oraz chleba ze śmietaną i z cukrem. Od jakiegoś czasu miałam ogromną ochotę zrobić parzaki, ale myślałam, że to straaasznie trudne. Ale okazało się, że nie. Mimo-za zamieściła przepis, który znalazła u milk_chocolate, która go znalazła u Majanki, która go wzięła z forum cincin (cokolwiek to znaczy). No i ten przepis jest banalny. Ale tak naprawdę, parzaki nie potrzebują przepisu, podobnie jak inne drożdżowe ciasta. Parzaki, pizzę, bułeczki, słodkie ciasta drożdżowe robi się najlepiej "na oko", pod warunkiem, że umie się takie ciasta robić. Ja akurat umiem. No to se zrobiłam. Zjadłam pięć, ze śmietaną i cukrem, bo jest to jedyny słuszny sposób podania parzaków. Może byłabym w stanie zjeść je z jakimś słodkim sosem, ale nigdy, przenigdy nie podałabym ich z żółtym serem, jak sugerują wymienione wyżej dziewczyny. Zresztą, i tak z 13 nie został ani jeden - moja Córeczka okazała się być smakoszką parzaków, Miły też zajadał się nimi w dzieciństwie, na szczęście z takimi samymi dodatkami jak ja, więc zjadł ostatnie cztery. Ale uwaga: parzaki robi się tradycyjnie na tetrze/gazie rozpiętej nad garnkiem z wrzącą wodą. Nie myślcie sobie jednak, że to takie proste. Po pierwsze, nie jest łatwo zawiązać tetrę na garnku i nie spalić jej oraz połowy kuchni ;) Po drugie, każdy kolejny parzak kładziony na owym materiale powiększa dołek - skutkiem czego wszystkie parzaki schodzą się do środka, nie warto więc wkładać więcej niż po trzy. I po trzecie, może w garnku na parze jedną porcję robi się 8 minut, ale u mnie, przy metodzie tradycyjnej, trwało to 15-16 minut.

Mimo wszystko warto - zwłaszcza, jeśli jest to także wasze comfort food :)

No i można zaliczyć tę potrawę do kategorii zdrowych słodkości, to znaczy takich z małą ilością cukru :)

poniedziałek, 28 maja 2012

Miasto / las / wieś

Nie umiem się zdecydować, które z tych miejsc lubię najbardziej. Ale w sumie nie muszę, prawda?

piątek, 25 maja 2012

Wiejskie klimaty i obiecanki-cacanki

Z racji mojego zwieśniaczenia, czy jak mówi Mimo-za, owsiowienia, oraz z powodu permanentnego biedowania, moja działka zaczyna być coraz bardziej wiejska. Na szczęście taka bardzo mi się podoba, choć wieczny brak pieniędzy doskwiera coraz bardziej. Wcale nie wiem, czy nie będziemy zmuszeni sprzedać naszego Raju... Tfu, na psa urok, oby nie.

Z margerytek wciąż robię bukiety, dzięki czemu po domu chodzą mrówki, wrrr... Zakwitły irysy, żal mi je ścinać bo krótko żyją w wazonie, ale niektóre trzeba bo powyginane łodygi kładą się na ziemi.

Pochlewik wciąż bez altanki, nie mam pojęcia, kiedy powstanie. W głębi miejsce na ognisko a dalej stodoła.
W miejscu na altankę wysiała się samowolnie margerytka, ta roślina chyba chce mnie psychicznie wykończyć, ale ja się nie dam. W tym miejscu wygląda uroczo i wcale mnie nie denerwuje - i tej wersji będę się trzymać:
 Recykling starego płotu, czyli z jednego dużego dwa małe, pełniące teraz rolę symbolicznego zaznaczenia wejścia do warzywnika:
 
A obiecanki-cacanki, to deszczowe chmury, z których nic nie wynikło. Susza u nas. Niedobrze.

poniedziałek, 21 maja 2012

Żyjemy tu sobie szczęśliwie w nędzy

To zdanie, usłyszane w jakimś angielskim programie, niestety bardzo do nas pasuje. Ale bez obaw, nie będę narzekać, ponieważ zamierzam skupić się tylko na tej pozytywnej części. Na razie.
Post miał mieć tytuł "Z laptopem na tarasie" i miałam napisać, że laptop na tarasie jest jeszcze lepszą sprawą niż kawa tamże. Niestety, okazało się, że o ile nie ma ograniczeń "elektrycznych" i "technicznych", bo i kabel jest gdzie podpiąć i router daje radę, to słońce skutecznie uniemożliwia jakąkolwiek pracę. Na ekranie widziałam bowiem jedynie własne podwórko oraz własne zmarszczki ;) Przeniosłam się zatem do wnętrza domu, choć strasznie trudno mi wytrzymać w murach w taką pogodę! Chociaż, zważywszy na mój obecny stan psychofizyczny, powinnam w tym domu tkwić. Ale po kolei.
Miniony weekend był bardzo udany, spędziliśmy mnóstwo chwil szczęśliwych, chwil spokojnych, chwil "intensywnych", chwil samotnych i towarzyskich także. Najpierw plewiliśmy, sadziliśmy i przesadzaliśmy, nareszcie mogłam wystawić na taras pelargonie i zioła, a także posadzić do gruntu kanny i mieczyki.
A propos ziół, to nie polecam hodowania ich z nasion. Wprawdzie metoda znacznie tańsza niż kupowanie sadzonek, ale o wiele bardziej zawodna. Nasionka ziół są przeważnie mikroskopijne, a więc nie da się sensownie zarządzać procesem siania, a poza tym bardzo słabo wschodzą. Mnie się udał w zasadzie jedynie rozmaryn, to znaczy osiągnął od lutego jakieś 5 cm wzrostu, reszta czyli melisa, estragon, oregano, bazylia cynamonowa to liche nie-wiadomo-co wysokości kilku milimetrów. Kanny też udały się różnie, w domu wszystkie wyglądały dobrze, ale po posadzeniu okazało się, że "czerwone" są ok, ale "zielone" nie.
Mieczyki wszystkie legły na ziemi zamiast stać, nie wiem dlaczego. Trudno, i tak nie lubię mieczyków.

Poprawiliśmy również wygląd wjazdu do domu a dokładniej zmieniliśmy rośliny rosnące przed płotem, tuż przy furtce. Wygląda o niebo lepiej, choć nie idealnie. Bukszpany przeflancowaliśmy z innego miejsca na działce, jałowce (po prawej stronie jest drugi taki "chudy") i modrzewia trzeba było dokupić. Na zdjęciu bukszpany jeszcze nie przycięte, potem je próbowałam przyciąć i wiecie co? To strasznie trudne, zwłaszcza jak się nie jest manualnie zdolnym, jak ja. CHYBA jednak po przycięciu wyglądają lepiej niż przed ;)

Wzdłuż długiego podjazdu wysiałam słoneczniki, nasturcje i dziwaczki, zobaczymy czy wyrosną - chwilowo nie stać nas na kilkanaście do kilkudziesięciu krzaków berberysu czy pęcherznicy, a może bukszpanu? Uroki oddalenia od ulicy...

W tzw. międzyczasie bawiłam się z Córką, np. w wyścigi. Ona na rowerze, ja na nogach, z tym że: "Mamo, biegnij wolniej, bo ja już nie mogę szybciej jechać. O, wygrałam!"

Miły kupił parę sadzonek porów i pomidorów, ja pobiegałam po działce i porobiłam zdjęcia. Jest super, choć w tym sezonie róż prawie nie będzie... Przemarzło więcej niż 10, mamy kilka nowych ale w przedogródku jest łyso, niestety. Przetrwały natomiast cebulowe i byliny. Na przykład kwitną śniedki i czosnki ozdobne, jedna z krzewuszek, piwonie i irysy już mają spore pąki a najwięcej jest margerytek, czyli moich wrogów nr 1. Są śliczne ale nie w ilości jakichś dwóch tysięcy na jednej działce! Wyrywałam je, wykopywałam ale one wciąż odrastają... Mam w domu dwa wielkie margerytkowe bukiety i będę miała je długo, bo zamierzam zerwać każdy kwiatek, coby się nie rozsiał. Nie przypuszczałam, że akurat ta roślina będzie stanowić problem... Za karę nie zrobiłam jej zdjęcia.
Kwitną następne powojniki, już są moimi ulubionymi roślinami:
Na skalniaku przyjęły się wszystkie rośliny, przeflancowane z innych części ogrodu bądź kupione za 2,50. No dobra, iglaki były droższe ale nie przesadnie.
Potem sprosiliśmy znajomych i zrobiliśmy ognisko. Było to możliwe z powodu braku chrabąszczy majowych! W tamtym roku było od nich czarno, nie dało się wyjść po zmierzchu a gdy pracowałam w nocy, to rozbijały się o okna mojego "gabinetu". Teraz nie ma. Oczywiście, wcale nam nie żal. Ognisko było udane jak zawsze, gdy towarzystwo jest przednie ;)
Następnego dnia obudziłam się z drapaniem w gardle, które z godziny na godzinę zmieniało się w zapalenie krtani. Mimo to spędziliśmy cudowny dzień we troje, trochę leniuchując a trochę pracując - chwasty, trawa, przesadzanie czyli dzień jak co dzień. Było super.

Natomiast dziś nie mówię wcale. Gardło odmówiło współpracy. Nie wiem, z jakiego powodu mu się odwidziało, bo ani nie zmarzłam, ani nie piłam zimnego, ani nie śpiewałam, ani się na nikogo nie wydzierałam. Ale nie mówię i już. Ewentualne dźwięki jakie wydobywam to szept i kaszel. W związku z tym czuję się tak, jakbym była też głucha, nie umiem tego wyjaśnić ale jakoś tak mi dziwnie. Najlepsze jest to, że w czwartek mam umówiony od dawna wykład, na którym jednak powinnam wydawać głos. Ciekawe, czy przez trzy dni dam radę go odzyskać...
Ale cóż... cieszmy się, że jest świetna pogoda i bardzo zielono!

A, zapomniałabym wspomnieć o najważniejszej, najbardziej uszczęśliwiającej nas obecnie sprawie. Otóż dochowaliśmy się licznego potomstwa! Jeszcze nie wiemy, ile sztuk, ale sporo. Mam na myśli oczywiście nasze kochane ptaszki. Wszystkie trzy domki skonstruowane i zawieszone przez Miłego zostały zamieszkane, i we wszystkich słychać popiskiwanie ptasich dzieci. Rodzice co chwilę wlatują i wylatują, niosąc w dziobach smakołyki dla młodych. Co niosą wróble to nie widzę, ale sikory na pewno mają w dziobie gąsienice. Cieszymy się jak głupki ;))) Zresztą, mieszkają u nas nie tylko te ptaszki, stodoła jest zamieszkana przez kopciuszki i być może jaskółki. Wczoraj ptaki miały nerwowy dzień. Jaskółki wciąż się kłóciły, a nawet biły, zaobserwowaliśmy też małżeńską kłótnię Państwa Wróblów - jeden współmałżonek pogonił drugiego z zajadłym świergotem. Normalnie jak ludzie ;)))



czwartek, 17 maja 2012

Zdrowe słodkości - racuchy i racuszki

Może racuchy nie są jakieś super- mega- ekstrazdrowe, bo zawierają białą mąkę, ale spokojnie można je zrobić bez cukru, albo z bardzo niewielką ilością. Tylko trzeba pilnować dziecka, żeby nie zaserwowało ich sobie z górą cukru, jak moje ;)


Najprostszy przepis na racuszki, który sama wymyśliłam kiedyś, gdy moje dziecko miało roczek - choć możliwe, że nie jest to przepis oryginalny i istnieje gdzieś taki w czasoprzestrzeni - to racuszki z owocami. Potrzebujemy do nich jedynie połowy małego kubeczka jogurtu, jajka (może być samo żółtko albo samo białko) i trochę mąki. Najpierw roztrzepuję jajko z jogurtem a potem dodaję tyle mąki, żeby miało to konsystencję nieco gęściejszą niż na naleśniki. Mąka w zasadzie może być dowolna, zdarzało mi się robić z razowej i kukurydzianej, choć oczywiście najdelikatniejsze wychodzą z białej, z dodatkiem kukurydzianej. Ale najważniejsze w tych racuszkach jest to, że można - a nawet trzeba - wkroić do nich owoce. Najlepiej twarde, jak jabłka i gruszki, ale z malinami i jagodami też robiłam. Dzięki owocom racuszki są naturalnie słodkie, i w atrakcyjny sposób przemycamy dziecku witaminy, białka i wapń, ewentualnie mikroelementy z dobrej mąki. Zamiast jogurtu może być kefir a nawet resztka serka do smarowania chleba (aby nie za tłustego) rozrobionego z mlekiem. Wrzucamy je na rozgrzaną patelnię z odrobiną oleju, ale jak mamy ceramiczną, to można i bez oleju. Racuszki smażą się jakieś 5 minut, więc nawet jak nie mamy rano czasu, to zdążymy je zrobić. Polecam. Mój Potwór zjada je z jogurtem i cukrem, tego cukru sypie sobie górę ale zużywa de facto łyżeczkę. Z tej porcji wychodzi jakieś 10 racuszków, dziecko zje 3-5, reszta zostaje dla rodzica ;)
Można je zrobić z utartą cukinią lub z dynią, ale jak mamy w domu niejadka to lepiej się do tego nie przyznawać ;)


Racuchy drożdżowe to kryzysowa i postna potrawa w moim domu rodzinnym. Zawsze mi się wydawały proste do zrobienia, ale wymagają jednak pewnej wprawy. Nigdy nie pytałam mamy, jak je robi, tylko korzystam z przepisu z książki, który wciąż udoskonalam - racuchy drożdżowe robiłam bowiem jak dotąd tylko kilka razy. Ale jak mamy więcej czasu i chęć na coś słodkawego i sycącego, to bardzo się sprawdzają.

Przepis mam taki:

1,5 szklanki mąki
2 dag drożdży
szklanka mleka
3 łyżki cukru (można 1)
2 łyżki masła (zawsze zapominam dodać)
tłuszcz do smażenia

Wymieszać drożdże z ciepłym mlekiem,  łyżką mąki i cukru. Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Ubić pianę z białek, pod koniec dodać - sypiąc po trochu - cukier i na koniec żółtka (nigdy tak nie robię bo mi się nie chce ubijać białek, wrzucam całe jajka). Do wyrośniętych drożdży dodać ubite jaja, mąkę i na koniec stopione masło. Kilka minut wyrabiać łyżką. Jeśli ciasto jest za gęste (powinno mieć gęstość śmietany, moim zdaniem powinno być gęściejsze od śmietany), dodać nieco mleka. Odstawić do wyrośnięcia. Rozgrzać na głębszej patelni tłuszcz i wkładać porcję ciasta. Smażyć z obu stron, podawać z dżemem lub cukrem pudrem. Ja do środka wrzucam oczywiście pokrojone jabłka lub gruszki.
Przepis i zdjęcie pochodzą z książki "Specjały kuchni domowej", wyd. Prószyński Media, Warszawa, 2008.

I jak na zamówienie - przepis Beaty Lipov na błyskawiczne, owocowe lody bez cukru. Polecam, bo z pewnością pyszne.

wtorek, 15 maja 2012

Koniec pewnej epoki

A przynajmniej początek końca... mojego mieszczuchowania... Tak poczułam, gdy ugotowałam zupę z pokrzyw, potrawę nie-do-pomyślenia paręnaście miesięcy temu. Przepis znalazłam tu i tu, ale oczywiście zrobiłam po swojemu, to znaczy tak jak normalną zupę, nawet pokrzywy nie zasmażałam tylko wrzuciłam na końcu pokrojoną i surowe jajko, tak jak robię to przy szczawiówce. Zupa jest jadalna - o dziwo - a nawet smaczna (!)
I widoczek na wsiowe pola - po sąsiedzku, wraz z dowodem na to, że sosna to drzewo, które rośnie bardzo szybko (przyrosty wiosenne mają po 30 cm!)...

Edit: Na domiar "złego" zrobiłam jeszcze twaróg z mleka. Mleko od krowy, oczywiście, absolutnie niesterylne i niedietetyczne, nie UHT i niepasteryzowane. Pycha. A do tego tańsze niż w sklepie. I pomyśleć, że jeszcze niedawno uważałam, że najlepsze jest mleko z kartonu bo się nie psuje, o zawartości tłuszczu 0% najwyżej 0,5% Okazuje się jednak, że mleko bezpośrednio od krowy nie jest obrzydliwe ani straszliwie tłuste, a do tego ma smak mleka :) Nawet moja wybredna Córka je pije...

piątek, 11 maja 2012

Majowy ogród (2) i odchwaszczanie

Ciąg dalszy zdjęć z ogrodu, nadal w skali makro. Może kiedyś będzie ten ogród wyglądać tak, że będę robiła plany dalsze ;)
Najpierw, jako wieśniak-neofita, pokażę wam rośliny użyteczne, czyli takie, dzięki którym prawdodpodobnie nie umrzemy z głodu ;))) Ale spokojnie, warzywniaka na razie nie pokazuję, tylko piękne zawiązki owoców. Patrzcie, mieszczuchy, i uczcie się, jak co wygląda.
Od lewej na górze: wiśnia, porzeczka czerwona, agrest, borówka amerykańska.
Od lewej na dole: jabłoń, poziomka, truskawka i winorośl.
Na oddzielne zdjęcie zasłużyła czarna porzeczka, różowej i białej zapomniałam sfotografować ale z pewnością to nadrobię ;)

Teraz ogród ozdobny. Patrząc od północy, przy samym wejściu do domu mam takie śliczne prymule:
W wielu miejscach pod drzewami zasadziliśmy paprocie, które dostaliśmy od miłych sąsiadów, dzięki czemu miejsce zwane przeze mnie "leśnym zakątkiem" stało się jeszcze bardziej leśne. Przyznacie, że paprocie prezentują się imponująco:
Zakwitły azalie japońskie, jedna ładnie, druga brzydko, ale ta druga jakaś chora, cud że w ogóle coś się pojawiło:

Od południowego wschodu, przy tarasie zakwitł pierwszy powojnik. Powojniki przetrwały tę dziwną zimę bez żadnego uszczerbku, choć niespecjalnie je okrywałam, tylko przysypałam torfem. Rośliny niezniszczalne?
Przy tarasie posadziłam jesienią czosnki ozdobne, bardzo je lubię:
Kolejne niezniszczalne, pancerne wręcz rośliny, to berberysy. Pierwszy, mój ulubiony, nazywa się berberys ottawski 'Silver Miles' a drugi to berberys Thunberga 'Maria'. Oba są prześliczne, obu nie okrywałam w ogóle na zimę:
Oba rosną na "pochlewiku", w miejscu silnie nasłonecznionym, południowym i nieosłoniętym. Kocham je.

Sporym zaskoczeniem okazał się fakt, iż nie przemarzł klon palmowy, roślina podobno bardzo delikatna. Wprawdzie okryliśmy go porządnie, ale rośnie w tym samym miejscu co berberysy, a więc nie najspokojniejszym. Dziwne, przemarzły stare, zaprawione w boju róże, a on nie (co mnie bardzo cieszy, bo urodziwy jest wielce):
Na koniec pytanie do specjalistów: co to jest? Piękne toto, ma bardzo urodziwe przyrosty i w ogóle kolory cudne. Igły są niekłujące, szyszki podłużne (o ile dobrze pamiętam). Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, proszony jest o informację: 

A to, co obecnie zajmuje mi najwięcej czasu, to odchwaszczanie. Nie mamy położonej czarnej agrowłókniny nigdzie, więc chwastów jest przeraźliwie dużo. Walka z nimi to tak naprawdę walka z wiatrakami, ale trzeba. Czemu nie mamy agrowłókniny? Po pierwsze, bo kupiliśmy dom razem z jako-tako urządzonym ogrodem, a więc z wieloma nasadzeniami. Cieszyliśmy się, że nie będziemy musieli nic robić, ale w rzeczywistości pracy jest wiecej, niż gdybyśmy mieli zakładać ogród od zera. Bo nasadzeń dużo, dość przypadkowe, wiele trzeba było zmieniać, i nie dało się już rozłożyć agrowłókniny ani np. siatki przeciwko kretom. Po drugie, tam, gdzie by się dało rozłożyć ową matę, jakoś na to nie wpadliśmy ;) a teraz jest za późno. Po trzecie, w warzywniaku i tak nie rozłożę, bo jak mi się nasiona przebiją? Więc siedzę, stoję, kucam, klękam i pielę. Wiem, że mówi się "plewię" ale pochodzę z rodziny, w której mówi się inaczej ;) Niektóre chwasty są bardzo ładne i żal je wyrywać:
Inne nie są chwastami, ale są bardzo, bardzo ekspansywne. Te zjadam i obmyślam, jak je ujarzmić, nie niszcząc:

I nie jestem masochistką, to pielenie sprawia mi w pewnym sensie przyjemność, bo chciałam mieć warzywnik, i owocnik, i dużo roślin, więc naturalną konsekwencją tego "chcenia" jest to, że o rośliny trzeba zadbać, trzeba się troszkę napracować. Gdybym tego nie chciała, miałabym wszędzie trawnik, kostkę i tuje. Piszę to dlatego, że odbieramy wiele pogardy ze strony znajomych mieszczuchów. Niektórzy nas wyśmiewają, inni się dziwią, jak możemy się grzebać w ziemi, przecież to obrzydliwe. Nie rozumiem tego. Jak ziemia, Matka Ziemia, może być obrzydliwa??? Co jest śmiesznego w chęci życia na wsi, życia po wiejsku, prosto a przy okazji ekologicznie?
Czy przestałam być mieszczuchem, czy może się starzeję, skoro tego nie rozumiem?

poniedziałek, 7 maja 2012

Majowy ogród w deszczu (1) i lista ofiar

Akurat nie padało, gdy robiłam zdjęcia, ale dzień mocno pochmurny i zimny - o godzinie 15.00 jest tylko 8 stopni! A tydzień temu było jakieś 35 ;) To chyba tylko w Polsce jest możliwe... W każdym razie przy tym świetle zdjęcia wychodzą znacznie lepiej, moim skromnym zdaniem.
Pokazuję teraz tylko północną część ogrodu, i to nie całą, bo rozładowała mi sie bateria w aparacie. Włożyłam zapasową, ale... też się rozładowała. Ale zdjęć i tak dużo, więc może lepiej że będą w częściach.

Zatem uwaga, uwaga, oto rośliny majowe, o istnieniu niektórych z nich nie miałam pojęcia.


Serduszka wspaniała, malutka i śliczniutka, dostałam w zeszłym roku ale ofiarodawczyni nie znała nazwy, oczywiście nie spoczęłam dopóki nie sprawdziłam:
Dalej pełnik, śliczny, ten jest niby-pomarańczowy, mam jeszcze żółtego, ma bardzo pełne, jaskrawo kwitnące kwiaty i tych kwiatów jest dużo, są wielkości piłeczki pingpongowej:
Bratek, który kwitnie już chyba z dwa miesiące:
Zaczyna kwitnąć perukowiec podolski i wierzba Hakuro (której nie lubię jak już pewnie z 10 razy pisałam):
Przyjęły się wszystkie sadzonki przywrotnika ostroklapowego, które dostałam od przyjaciółki:
Lada chwila będą kwitły kokoryczki, wyglądają jak metrowej wysokości konwalie i urosły po zimie od zera do tej wielkości w jakieś 3 tygodnie:
Okazało się - ku mej ogromnej radości - że przyjęła się serduszka okazała, którą kupiłam za 1 zł w Leroy Merlin ubiegłego roku i cebulka była w tak kiepskim stanie, że nie wiedziałam, czy nie posadziłam jej "do góry nogami". Na razie jest mało okazała, bo malutka, ale już przepiękna (choć przysięgłabym, że sadziłam ją gdzie indziej):
Kupiłam ostatnio fuksję, bo jasnoróżowa z tamtego roku nie przetrwała zimy mimo przechowywania w domu; mam nadzieję że ta się przyjmie i przetrwa, i już żałuję że kupiłam tylko jedną:
Pięknie kwitnie omieg, najwyraźniej pasuje mu cień, choć moja ciocia upiera się, że powinien rosnąć w słońcu - ja jednak uwierzyłam fachowej literaturze ;)
Świetnie też ma się trawa żubrówka. Nawet aż zbyt świetnie - jako roślina ekspansywna jest posadzona w doniczce wkopanej w ziemię, ale okazało się, że "wyszła" już z doniczki, trzeba będzie jej pilnować:
No i nareszcie pojawiły się hosty (funkie), cztery z sześciu ale i tak się cieszę, tu jedna z nich:

A oto lista ofiar, czyli roślin, które nie przetrwały zimy:
- róże, sztuk co najmniej 7
- lawenda, 5/7
- magnolie 2/2
- pięknotka Bodiniera
- budleja Dawida
- berberys 1/3
- ketmia syryjska
- ogniki 2/2
- irga wierzbolistna 3/5
- hortensja 1/2
- młode czereśnie
- młode śliwy

Zdecydowana większość tych roślin była porządnie okryta na zimę. Szkoda ich, cholera.