jesień

jesień

piątek, 30 marca 2012

Przerażająco słodka przyszłość

Usłyszałam ostatnio w pewnym dokumentalnym programie, że dzieci urodzone w 2000 roku mają aż 50% szans na cukrzycę. W innym miejscu znalazłam informację, że w roku 2020 czyli za lat 8, odsetek dzieci z cukrzycą wyniesie 70! Nie wiem jak wy, ale ja jestem absolutnie przerażona. I nie ma co się łudzić, że my, Polacy odżywiamy się lepiej i mądrzej niż np. Amerykanie. Wystarczy poczytać uważnie etykiety na produktach spożywczych, żeby od ilości wymienionych tam konserwantów, cukrów i tłuszczów dostać napadowego bólu głowy. A zapewniam, że nie wymienia się wszystkich syfów, tylko te, które nie są zgodne z polskimi normami. Na stronach ulicy ekologicznej możecie znaleźć całą listę konserwantów wraz z informacją o ich działaniu na organizm człowieka. Ale ja właściwie nie o tym, tylko o cukrze (chociaż tłuszcz plus cukier i konserwanty to mieszanka niemal zabójcza).

zdjęcie stąd

Czy wiecie, że norma spożycia cukru przez dziecko to dwie łyżeczki dziennie? Czy znacie dziecko, które tylko tyle cukru zjada? Bo przecież cukier jest nie tylko w słodyczach i dżemach. Mnóstwo cukru mają soki dla dzieci, niby-zdrowe serki i jogurty, ketchup czy pieczywo a także surowe owoce. A do tego reklamodawcy wytwarzają w nas poczucie, że dając dziecku serek do jedzenia a soczek do picia, dajemy mu to, co najlepsze. Albo, że najlepsza na pierwsze śniadanie jest np. Nutella, a na drugie słodki wafelek. Przecież to jakaś masakra jest.

I chyba nie mam paranoi, przeczytajcie sami cały artykuł tu, i wiele innych:
W Polsce na cukrzycę cierpi około 2,5 miliona ludzi. Niestety połowa z chorych nie zdaje sobie z tego sprawy. Według szacunków WHO liczba chorych w Polsce za 25 lat może sięgnąć 4 milionów. Według badań tyjemy już szybciej niż Amerykanie. Za kilkanaście lat stan zdrowia przeciętnego Polaka może być naprawdę opłakany.

Rąbnęło mnie to na tyle porządnie, że postanowiłam coś z tym zrobić. Bo jeśli ja będę miała cukrzycę, to trudno, ale jeśli moje dziecko, to nigdy sobie tego nie daruję. I można sobie mówić, że to choroba przewlekła z którą można żyć, ale nie ma co udawać - w przypadku dzieci sprawa jest naprawdę poważna.

Wiecie, zawsze myślałam, że moja córka nie je zbyt dużo słodyczy. Bo jeśli chce coś słodkiego, to zjada gorzką czekoladę albo domowe ciasto, a batoniki są w domu niezwykle rzadko. Ale jak zaczęłam się nad tym zastanawiać, to zmartwiałam z przerażenia. W mojej lodówce jest aktualnie kilka serków typu "Danonki" oraz kilka Fantazji czyli słodkich jogurtów z czekoladą lub dżemem. Moje dziecko na śniadanie często je także naleśniki albo racuszki - oczywiście na słodko. Na kolację - kaszę mannę albo budyń. Latem lody. W ostatnim roku przyjeżdżałam po nią do przedszkola z czymś słodkim w ręku (głupia, teraz Miły nie może jej od tego odzwyczaić). Więc co z tego, że w domu nie ma Snickersów, pytam się?

Pluję sobie w brodę i biję się w piersi - głupia byłam.

Ponieważ jednak nie lubię się zamartwiać "na leżąco" czyli nic z tym nie robić, chcę zmienić dziecku menu. Jak na razie, zaczęłam smażyć naleśniki i racuszki bez dodatku cukru a za to z dobrą, to znaczy nie tylko białą, mąką. Myślę teraz, co zrobić żeby dziecię nie jadło ich z jogurtem i z cukrem, tylko np. z syropem klonowym? fruktozą? stewią? Dżemów nie kupuję, robię sama, te z pierwszego sezonu mocno słodkie, ale teraz będę się pilnować. Lody też można zrobić samodzielnie, zwłaszcza że mam dużo owoców. Tylko trzeba wymyślić coś innego do posłodzenia.

Ponadto: na prośbę o słodycze, proponuję owoce. Ostatnio zrobiłam coś pysznego: zapiekane jabłka z dżemem z czarnej porzeczki w środku, posypane zmielonymi orzechami włoskimi, podawane z lodami. Tylko że dziecko zjadło z tego... lody. Później zrobiłam muffinki z przepisu Sophie Dahl, ale nie jestem zachwycona - wprawdzie z mąką orkiszową i miód zamiast cukru ale jakieś takie nieapetycznie mokre w środku i zbyt słodkie. Wracam więc do mojego ulubionego przepisu - mąka żytnia 2000, mleko, fruktoza, kakao, soda. Wychodzą zawsze a indeks glikemiczny mają piękny ;)

Myślę intensywnie, co jeszcze mogę zmienić. Trzymajcie kciuki i pomyślcie o swoich dzieciach.
zdjęcie stąd (polecam też tekst)

czwartek, 29 marca 2012

Parę migawek

Co roku niby to samo, to znaczy po zimie następuje wiosna, ale co roku tak samo się cieszymy, prawda? Ja mam ogród dopiero drugą wiosnę, więc więcej widzę niż wtedy gdy byłam mieszczuchem z wieżowca - i bardziej się cieszę.
Tak więc będę was zanudzać wiosennymi widoczkami.

Roślinność się odradza...

Przybyły nowe ptaszki (ale bocianów jeszcze nie ma):

Obsadziliśmy taras iglaczkami:

a w domu skończyły się wolne parapety i musieliśmy kupić "piękny" regał na nasze siewki i sadzonki:

Pogoda dziś zupełnie kwietniowa, tzn. "trochę zimy trochę lata", bo od rana było już słońce, deszcz, śniegowe kulki, wiatr, teraz znowu słońce.

Wylazły chyba dżdżownice z ziemi, bo kos od kilku godzin urzęduje w tym samym miejscu w ogrodzie :-) Skubaniec chyba słyszy jak pełzają w ziemi, bo błyskawicznie je znajduje i wyjada (obserwuję go bardzo uważnie z mojego punktu widokowego). Mam nadzieję, że trochę ślimaków też znajdzie.

Rozpoczęłam akcję "mniej słodyczy i konserwantów dla dziecka" ale różnie mi idzie. Szczegóły w którymś z kolejnych postów.

piątek, 23 marca 2012

Kopciuszek i rudzik

Zawsze lubiłam ptaki, ale prawdziwą fascynację przeżywam odkąd mieszkam na wsi. Szczególnie upodobałam sobie kopciuszka, choć może to być dla innych niezrozumiałe, bo co może być fajnego w nie-kolorowym i nie całkiem pięknie śpiewającym ptaku? Ja jednak je uwielbiam. Jako fanka baśni braci Grimm uwielbiam imię tego ptaszka a zwłaszcza to, że jest tak trafnie dobrane! Kolor tego ptaszka rzeczywiście jest "ukopcony" czyli popielaty a w okresie godowym niemal czarny. Kopciuszki nie zimują w Polsce, więc nie mogłam się doczekać, kiedy przylecą (w tamtym roku upodobały sobie nasz ogród i oswoiły się z nami). No i wczoraj nareszcie usłyszałam ten charakterystyczny trzask :) Trel kopciuszka jest niepowtarzalny - niby ładnie gwiżdże, ale zaczyna od trzeszczenia, które podobne jest do dźwięku zepsutego radia. Wikipedia opisuje ten dźwięk tak:
Śpiew kopciuszka nie jest zbyt głośny i rozlegać może się już przed świtem. Najbardziej charakterystycznym jego fragmentem jest trzeszcząca zwrotka, krótkie skrzeczące tony, którymi zaczynają piosenkę. Głos wabiący to "cip cip" lub "tek tek". Melodię samca słychać w pobliżu jego gniazda - "di di krrrsz".
Ale myślę, że lepiej posłuchać, tylko nie wyłączajcie za wcześnie, bo nie usłyszycie trzasków:
http://www.youtube.com/watch?v=_ESq_V8XMNY

Zdjęć kopciuszka własnych na razie nie mam, póki co więc fotka z sieci:
W mom "Atlasie ptaków polskich"* piszą, że kopciuszek zjada owady i ich larwy, drobne owoce, nasiona, małe ślimaki i dżdżownice.

Natomiast rudzik to śliczny ptaszek z rudym brzuszkiem, w Polsce liczny ptak lęgowy, mniej licznie zimujący*. W tamtym roku był u nas jeden (w przeciwieństwie do stadka kopciuszków), dziś upolowaliśmy aparatem też jednego ptaszka, niekoniecznie tego samego. Ale mam nadzieję, że będzie ich więcej:
Rudzik zjada drobne bezkręgowce, np. owady i pająki, również jagody. Zimą pokarm stanowią dostępne owoce. Głos: niezbyt głośne, szybkie fletowe tony (...) jest to dźwięk bardzo przyjemny dla ludzkiego ucha*. Oceńcie zresztą sami:
http://www.youtube.com/watch?v=XrMuen98LhA&noredirect=1

Żeby oddać sprawiedliwość, sikory też pięknie śpiewają:
http://www.youtube.com/watch?v=yEorCrgaVEU

Modraszki trochę inaczej:
http://www.youtube.com/watch?v=4lJiPVD6XYI

Na koniec uczta dla uszu, czyli skowronek. Słyszę go już od kilkunastu dni, skubaniec potrafi śpiewać wisząc w powietrzu, gdzieś "na niebie".
http://www.youtube.com/watch?v=HYF7N49B16A

Mam nadzieję, że was też te dźwięki zrelaksują :)

*Anna Przybyłowicz, "Atlas ptaków polskich", Poznań, wyd. Publicat

czwartek, 22 marca 2012

O (de)motywacji do pracy i rabarbarze

Znaczącą częścią mojej pracy zawodowej jest pisanie. Najlepiej mądre, naukowe i wysoce punktowane pisanie. I nie zwalnia mnie od tego obowiązku nawet fakt, że jestem na urlopie. Cóż, kiedy pisanie wybitnie mi nie idzie. Nawet to lubię, i nawet chcę, ale mi się nie udaje. Bliskość ogrodu, świergot ptaków powodują, że ciągnie mnie na dwór ("na pole" jak mówią mieszkańcy Polski Południowej). Nic to, że pochmurno, nic że chłodno. Pod byle pretekstem wychodzę z domu. Zatem moja motywacja do pracy w ogrodzie jest bardzo wysoka; niestety motywacja do pisania artykułu jest w zaniku. Żeby było śmieszniej, ów artykuł piszę na temat... motywowania ;)


Dziś musiałam, ale absolutnie musiałam znaleźć i podzielić karpę rabarbaru. Zachęcił mnie do tego Jamie Oliver, w jednej z książek, które swego czasu kupiłam. Myślałam, że nie znajdę rabarbaru, w końcu jeszcze jest pod ziemią. Ale okazało się, że jednak pamiętam, gdzie go ostatnio widziałam. Wzięłam więc widły i wykopałam karpę, która miała gabaryty korzenia sporego drzewa! Podobno rabarbar może rosnąć w jednym miejscu 20 lat, myślę że ten mój właśnie tyle tam rósł. Podzieliłam go na 10 niemałych części (i jeszcze trochę zostało na starym miejscu) i posadziłam na upatrzonym wcześniej stanowisku. Myślicie, że wiem, jak się sadzi rabarbar? Ależ skąd, nie mam o tym pojęcia, nigdy wcześniej tego nie robiłam ani nawet nie widziałam nigdy jak wygląda jego korzeń. Ale ponieważ wygląda on jak kłącze, przeto stwierdziłam, że trzeba go tak potraktować jak kannę albo kosaćca. Z tymi kwiatami mi się udało, może się uda i z rabarbarem. W najgorszym wypadku nie będę miała wcale. W najlepszym - wykiełkują wszystkie sadzonki i za 3 lata będę miała tego tyle, że pojadę na targ go sprzedawać.
Co jest jakąś opcją na wypadek utraty pracy z powodu nie-pisania artykułów...

niedziela, 18 marca 2012

Otwarcie sezonu

Nareszcie pojawiły się przebiśniegi:
Posadziłam bratki:
Oraz wrzośce i bażynę:
Bażyna to, jak twierdziła pani w sklepie ogrodniczym, roślinka wrzosowata "o nikczemnych kwiatach". Mnie się bardzo spodobała. Wikipedia dodaje, iż "występuje na półkuli północnej w strefie klimatu umiarkowanego (tu zwykle w górach) i chłodnego oraz na południowych krańcach Ameryki Południowej (...) Liście zimotrwałe, twarde". A do tego ma "kuliste, mięsiste jagody. U nasady z trwałymi, przylegającymi działkami kielicha. Owocnia ma kolor czerwony lub czarny po dojrzeniu". W innym miejscu czytam: "kwitnie w czerwcu, kwiaty są niepozorne, różowopurpurowe, ukryte w kątach liści (...) Bażyna jest mrozoodporna. Może rosnąć zarówno na glebach organicznych, wilgotnych, jak i na piaszczystych, bardziej suchych. Znakomicie nadaje się na wrzosowiska". Uff, czyli dobrze, że kupiłam :)

Przy okazji okazało się, iż z dwóch rosnących w tym samym miejscu i tak samo okrytych na zimę azalii nie wiadomo dlaczego jedna przemarzła:


Wprawdzie angielskie prognozy długoterminowe sugerowały zimą, iż wiosna przyjdzie wcześniej, ale nie spodziewałam się, że dnia 18. marca postawimy na tarasie meble ogrodowe! I że dziecię będzie mogło pół dnia huśtać się na świeżo wyniesionej podwórkowej huśtawce oraz wspinać po swojej skałce! Ale takie niespodzianki to ja baaardzo lubię :)

A rozchodniki nieśmiertelne jak zawsze:

wtorek, 13 marca 2012

Preludium

Najpierw przebiśniegi, czeguś nieostre:

Dalej przycięty perukowiec, powinien być duuużo bardziej, ale poprzednicy nie przycinali i młode pędy są wysoko:

Krokusy i wrzosy w "leśnym zakątku" (wrzosy trzeba będzie wkrótce przyciąć przy samej d...):

Tulipany i szafirki (te, które wyszły w styczniu, przemarzły chyba na amen, ale reszta jest ok):

I prymule, które spisałam na straty, ale okazało się że po odgarnięciu starych, przemarzniętych i zbutwiałych liści są pod nimi świeże roślinki:

To wszystko widzieliśmy w sobotę; dziś posadziliśmy dymki i obmyślaliśmy plan zagospodarowania terenu pod kątem warzywnika, gdyż nasion mamy baaardzo dużo. A Miły rozpoczął konstrukcję tunelu foliowego, pod którym będą sobie rosły pomidory, papryka słodka oraz pepperoni.

Zastanawiamy się, czy nie przygarnąć w przyszłości trzech kur i koguta, mamy już imiona: Dżamajma, Wanessa i Sara, a kogut Newil - pisane fonetycznie oddaje lepiej śmieszność tych imion (Jamaima, Vanessa, Sara i Neville to drób Babci Świnki z pewnej genialnej kreskówki dla dzieci i dorosłych). Na pewno nie zrobimy tego w tym roku, bo rok będzie i tak ciężki. Ale naszym marzeniem jest być jak najbardziej samowystarczalnym (choć świnek nie będzie i oleju tłoczyć też nie zamierzamy). Fajnie byłoby się móc wyżywić z tego, co się ma na działce, nieprawdaż?

Dziś niewątpliwie widzieliśmy i słyszeliśmy skowronka :))) Kopciuszków jakoś na razie nie ma...

Pozdrawiam wiosennie!

poniedziałek, 12 marca 2012

Krótko

"Marzenia i tajemnice" D. Wałęsy polecam, w wolnej chwili napiszę parę słów. Komputer udało się zreanimować, dzięki Bogu :) Przy okazji doświadczyłam tego, jak bardzo jestem zniewolona a wręcz ubezwłasnowolniona bez kompa podłączonego do sieci ...

A ponieważ muszę uciekać, napiszę tylko to, co wyczytałam w najświeższym numerze "Gagi" -

w białostockiej przychodni odmówiono matce wypisania recepty na mleko dla dzieci alergicznych, tłumacząc, że - uwaga, uwaga! - OBOWIĄZKIEM kobiety jest karmić dziecko piersią do 6. miesiąca życia dziecka.
Ciekawe, kiedy wprowadzą klauzulę obowiązkowego rozmnażania się (przydałaby się, w końcu ZUS pada...)

czwartek, 8 marca 2012

Życzenia mimo odcięcia ;)

Drogie Czytelniczki!

Z okazji naszego święta życzę wszystkim dziewczynkom, dziewczynom, kobietom i paniom - i sobie też - dużo radości i dumy z faktu posiadania zestawu XX a przede wszystkim tego, żebyśmy umiały dawać wsparcie innym kobietom i umiały je od nich brać. Niech moc będzie z nami!

W ramach świątecznego "prezentu" jakiś mizogin przesłał mi wirusa, który spowodował śmierć laptopa (mam jednak nadzieję, iż jest to tylko śmierć kliniczna i pacjenta uda się uratować). Jestem więc odcięta od świata. Nie mam samochodu, nie mam komputera (piszę z pracy, do której w tym roku nie chodzę, jestem tu przypadkiem). W takich chwilach pragnęłabym mieszkać w centrum wielkiego miasta, rzecz jasna.

Odkryłam dziś wrzosy, niech się dzieje wola nieba. Ale chyba dobrze zrobiłam, bo pod częścią gałęzi świerkowych znalazłam pleśń... Ale reszta ma zielone pączki :)

piątek, 2 marca 2012

Okoliczności domowej przyrody

Domowa przyroda twierdzi, że już wiosna:
Kanna ma już z pół metra wysokości, nie miałam pojęcia, że tak szybko wystrzeli; wygląda na to, że będę miała kwitnącą w domu bo do maja daleko :)

Pan Hiacynt zrobił mi dziś niesamowitą niespodziankę. Zajrzałam pod jego czapeczkę, żeby sprawdzić, jakiej wysokości są liście (w instrukcji pisali, że odkryć go można jak będzie miał 8 cm), a tu:


Pomidory, wysiane z nasionek wydłubanych z olsztyńskich owoców, wzeszły wszystkie i wyglądają dziś tak:

Trzeba będzie skonstruować na działce jakąś folię, nie chcę powtórki z tamtego roku (zarazy).

Działkowa roślinność na razie siedzi pod ziemią, oprócz krokusów i szafirków, które się już zielenią. A właściwie znowu, bo wyszły już w styczniu, a potem je przymroziło. Jednak nieskutecznie - na szczęście. Za to prymule wyglądają na nieżywe. Ciekawe dlaczego...

Pytanie do specjalistów: czy mogę już odkrywać wrzosy? Leżą na nich świerkowe gałęzie. Wprawdzie media zapowiadają małe mrozy, ale wrzosy chyba nie są aż tak wrażliwe? Hę?

Okoliczne ptactwo drze się niemiłosiernie, to znaczy pięknie śpiewa :) A ja czekam na kopciuszki i bociany.