jesień

jesień

poniedziałek, 27 lutego 2012

Zaległa recenzja czytelnicza

Za prenumeratę "Werandy Country" dostałam książkę, której sama nigdy bym nie kupiła. Dom Kalifa. O Angliku afgańskiego pochodzenia, który zamienił mgliste i dżdżyste Wyspy na Maroko a dokładniej Casablankę. Facet, który to napisał, jest poczytnym pisarzem a dom kupił naprawdę. Książka jest więc napisana zgrabnie i świetnie się ją czyta. To lektura raczej rozrywkowa, choć chwilami włosy stają dęba. Kultura Bliskiego Wschodu różni się bowiem znacząco od naszej. Daleka jestem od sądu, że wszyscy Arabowie są terrorystami, jednak nie jest to naród za którym przepadam, delikatnie mówiąc. Mój rasizm niestety nie zmniejszył się po przeczytaniu książki, ale nie żałuję, że ją mam. Lektura bardzo fajna na deszczowe dni, i wtedy, gdy myślicie że Polska jest najdziwniejszym krajem na świecie ;)))




Autor mieszka zaś tak (uwaga, zdjęcia tylko dla czytelników o mocnych nerwach):
Przyznaję, że pięknie. Ale i tak nie chciałabym tam być, nawet przez jeden dzień. Natomiast ci z was, którzy właśnie zamarzyli o przeprowadzce, niech najpierw przeczytają książkę :)


środa, 22 lutego 2012

Żelazna dama

Polecam. Piękny, głęboki, poruszający film. O starości, prawie do szczęścia, związku, polityce, Margaret też. Meryl Streep powaliła mnie na kolana, choć od dawna byłam jej fanką. Jak nie dostanie Oskara, to znaczy że w Akademii siedzą głąby.

Jadę w góry na 4 dni. Do zobaczenia.

Moje przedwiośnie

Obiektywnie rzecz biorąc, przedwiośnie to najpaskudniejsza pora roku. Zimno, wietrznie, pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, ciśnienie skacze, wirusy szaleją. Topniejący śnieg odsłania całą brzydotę ogrodów, pól, miast i wsi, jest szaro i buro. A jednak cieszymy się jak głupki, bo każdy kolejny dzień przybliża nas do wiosny... Dziś przedstawię wam moje przedwiośnie.

Najpierw obraz nędzy i rozpaczy, czyli ogród (o tej porze roku to chyba tylko Gaja ma ładnie):

Dalej moje domowe "wschody" - pomidory, bazylie i rukola:

Następnie przedstawiam Pana Hiacynta, który wciąż siedzi w czapce na głowie (dopóki nie osiągnie 8 cm), odsłoniłam go tylko do zdjęcia, skubaniec już jest piękny:

A na koniec roślina, której się z Miłym boimy. Kanna zwana paciorecznikiem. Latem wygląda tak (zdjęcie od wujka Google):

natomiast jesienią trzeba ją wykopać i przezimować w chłodnym i suchym pomieszczeniu, nie pamiętam czy jasnym czy ciemnym, w każdym razie ja takiego pomieszczenia nie posiadam. Powinno w nim być 10-15 stopni ciepła, najlepsza byłaby więc piwnica której nie mamy. Część kłączy przemarzało więc w wiatrołapie, część przegrzewało się w kotłowni. Byłam przekonana, że nic z nich nie będzie, ale okazało się, że większość przeżyła (i to niezależnie od tego, czy zimowały w zimnie czy w cieple). Wsadziłam je do doniczki jakieś 10 dni temu i...
Odstęp czasowy między zdjęciem po lewej a tym po prawej wynosi nie więcej niż 4 dni. Roślina rośnie tak szybko, że za każdym razem jak ją mijam, jest większa o kilka milimetrów. A mijam ją kilka razy dziennie, bo stacjonuje na półpiętrze. Mamy więc z Miłym wizje jak z horrorów, w których szybko rosnące pnącza zaduszają ich właścicieli... Kanna nie jest pnączem, ale do maja daleko i nie wiadomo, czy nam sufitu nie przebije... ;)

Na koniec nowy ptaszek. Niestety nie przyleciał z Afryki, ptaki głupie nie są, w końcu wciąż u nas zimno, ale usłyszał od sikor, że u nas niezła wyżerka, to wpadł z kolegą (koleżanką):
Na zdjęciach akurat ten sam egzemplarz, uwieczniony z obu boków. Dzwoniec. Zjada pączki roślin, nasiona sosny, świerka, mniszka, słonecznika i lnu, owoce dzikiej róży czy śnieguliczki. Młode jedzą też niewielkie ilości mszyc i larw motyli, twierdzi mój "Atlas ptaków polskich". To zjadanie pączków roślin nie za bardzo mi się podoba, ale trudno. W tamtym roku dzwońców było u nas sporo, a szkód nie narobiły. Co ciekawe, wykazano, że około 1/4 lęgów dzwońca ma pochodzenie poligamiczne, czyli samiec ma pod swoją opieką co najmniej 2 samice. Ale zdarzają się samce, które łączą się nawet z 4 lub 5 samicami. Niezły gagatek, co?

I tym optymistycznym akcentem...

Coraz cieplej a ja o ogrzewaniu

Czym ogrzewacie swoje domy? Węglem, prądem, gazem, olejem? Czy może mieszkacie w bloku i mieszkanie "samo" się ogrzewa? Jeśli to ostatnie, zazdroszczę.
Jednym z większych szoków i zmian jakie zaszły w naszym życiu po zmianie wieżowcowego mieszkania w Mieście na dom z ogrodem na wsi jest właśnie kwestia ogrzewania. Jako kompletni laicy nie mieliśmy bladego pojęcia, że to takie ważne, wiedzieliśmy mniej więcej tyle, że "ogrzewanie prądem jest drogie, węglem tanie". No i kupiliśmy dom z piecem węglowym a właściwie piecem "na wszystko". Znajomi mówili, że to super. Zapomnieli tylko dodać, że ma to swoje, hm, mankamenty.

Kotłownia w moim domu jest dostępna wyłącznie od strony hallu, jest na tym samym poziomie co parter domu. Ale wygodnie, cieszyliśmy się. Tylko, że (ostrzegam, że rasowi "wieśniacy" mogą tych narzekań nerwowo nie wytrzymać):

- węgiel jest w stodole znajdującej się jakieś 50 m od domu i ktoś go musi do tej kotłowni przynieść,
- drewno jest w tym samym miejscu a do tego przed przyniesieniem trzeba je porąbać,
- zanim węgiel i drewno znajdą się w stodole trzeba je kupić w dobrej cenie oraz przetransportować z miejsca sprzedaży do miejsca przeznaczenia; dlatego głównym zajęciem późną wiosną i wczesnym latem jest dbanie o zapewnienie "produktów grzewczych" na zimę; trzeba mieć więc wtedy przy sobie dużą ilość gotówki (lekko licząc, półtora tysiąca złotych),
- węgiel węglowi nierówny, trzeba patrzeć na wielkość bryły, kaloryczność oraz wierzyć na słowo, że tona jest toną (przecież nie sprawdzę w domu, czy nie mieli przeskalowanej wagi),
- palenie w piecu jest szalenie brudną robotą, w sadzach mamy nie tylko ręce ale często i ubrania; sadze osadzają się na podłodze, ścianach i jasnych, skórzanych, przeraźliwie drogich sofach (które głupie mieszczuchy zakupiły tuż po przeprowadzce),
- ostatecznym produktem spalania jest popiół, którego nie można wyrzucić do śmietnika (nasi śmieciarze nie zbierają), nie można wysypać na ulicę (zabronione) ani na działkę (truje rośliny), nie można wywieźć do jakiegoś osiedlowego śmietnika w Mieście (bo to buractwo), nie da się zjeść, nie wyparuje. Co z nim robić, nie mamy pojęcia. Ponadto nie ma takiej możliwości, żeby wybierając z pieca popiół, nie uwalić przy tym całej kotłowniowej podłogi i siebie.
- do pieca trzeba zaglądać i do niego podkładać. "Ludzie" mają piece nowoczesne, z dozownikami, ale nasz jest oczywiście najgłupszy z możliwych, bo nie wiedzieliśmy że to ważne;
- piec może się rozgrzać za bardzo i wtedy grozi wybuchem;
- z tym, że gdy Ci bardzo zimno, to się akurat nie da rozpalić;
- w naszym piecu nie ma możliwości ustawienia temperatury (czy w ogóle w węglowych to możliwe???), więc zasadą jest duszenie się z gorąca wieczorem oraz drżenie z zimna rano;
- ponieważ do pieca trzeba podkładać, podczas ostrych mrozów nie możemy wyjechać z domu na dłużej niż weekend (rury mogą zamarznąć), podczas mrozów mniej ostrych też odpadają dłuższe wojaże.

Dlatego nie przekonuje mnie już argument, że takie ogrzewanie jest tańsze od gazowego. W którejś z gazet dla budujących wyczytałam, że gaz jest droższy o prawie 1000 zł rocznie - oczywiście nie wliczając w to żadnego z powyższych podpunktów. To ja już poświęcę te tysiąc złotych więcej, żeby tylko nie musieć znosić tych katuszy!
Tylko, że najpierw muszę znaleźć zbędne dziesięć tysięcy na doprowadzenie gazu do domu. Ktoś ma pożyczyć?

A może bredzę, i nie ma jak ogrzewanie węglowe? Rozjaśnijcie mi w głowie, please...

czwartek, 16 lutego 2012

Z notatnika domorosłego ornitologa ;)

Jak wiecie, moim ulubionym ornitologicznym punktem obserwacyjnym jest kuchenne okno. To przez nie, nie zważając na stan czystości szyb, robię większość "ptasich" i "kocich" zdjęć. Aparat foto na stałe już stacjonuje na kuchennej półce. Dziś, przygotowując sobie śniadanie, tzw. kątem oka zauważyłam jakieś dziwne zatłoczenie w karmniku. Spojrzałam dokładniej, i oto, kogo zobaczyłam:
Wiecie, kto to? To szpaki. Są bardzo piękne i wbrew pozorom, pożyteczne. Ludziom szpak kojarzy się tylko z wydziobanymi wiśniami i czereśniami, ale głównym pożywieniem szpaka są owady i ich larwy, ślimaki, włochate gąsienice omijane przez inne ptaki; niestety dżdżownice i owoce też. Ale ze względu na te ślimaki i inne szkodniki, warto się ze szpakami przyjaźnić. W Wikipedii wykopałam też bardzo interesującą cechę tych ptaków, której niektórzy z nas mogą im zazdrościć:
Wiele ptaków po zjedzeniu sfermentowanych owoców ma objawy podobne jak po nadużyciu alkoholu. Zjawisko to jednak szpaków nie dotyczy. (...) okazuje się, że szpaki metabolizują alkohol z niezwykłą prędkością. Powodem tego jest bardzo wysoki poziom dehydrogenazy alkoholowej – enzymu rozkładającego alkohol. Jest on 14 razy wyższy u szpaków niż u ludzi.
Baaardzo ciekawe stworzonka, prawda?

Oprócz szpaków zauważyliśmy niedawno nową sikorkę. Miły próbował policzyć, ile jest bogatek w stadzie, skończył na 18 ale okazało się, że jedna jest inna. To sikora modra, zwana modraszką. Modraszka wygląda tak:

Śliczna, prawda? A przed chwilą okazało się, że są już u nas dwie! W ostatniej Werandzie Country jest o sikorach cały artykuł i dr Kruszewicz pisze o modraszkach, że to największe zadziory wśród sikor. Potrafią z karmnika przepędzić nie tylko wszystkie sikory, lecz także gościa klasy ciężkiej czyli grubodzioba, od którego jest kilka razy lżejsza. Nasza modraszka na razie mało bojowa. Co ciekawe, ta niebieska czapeczka na główce modraszki świeci w świetle ultrafioletowym! My tego nie widzimy, ale ptaki na podstawie intenstywności "świecenia" czapeczki rozpoznają swój wiek i płeć. Pasjonujące, prawda?

Zastanawiacie się, gdzie się podziewają koty? Otóż koty są aktualnie bardzo zajęte. Swoje zajęcia intensywnie odbywają na naszym tarasie oraz na naszym płocie. Mam nawet zdjęcia, ale nie mogę zamieścić - zbyt nieobyczajne ;)))
Rozwydrzyliśmy je do granic możliwości, ale przynajmniej czuję, że jestem blisko przyrody - tym samym czuję, że żyję i widzę życia sens.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Asertywnie :-/

- Córko, pozbieraj te lalki z podłogi, bo masz w pokoju potworny bałagan!
- To jest MÓJ POKÓJ, mamo, i mnie się tak podoba.

Pyskaty Potwór nie skończył jeszcze pięciu lat. Zatrważa mnie myśl o okresie dojrzewania ;-)

Tajemnica znikającej słoniny

Dziwiliśmy się, że sikorki w tak szybkim tempie zjadają słoninę.

W sobotę wszystko się wyjaśniło - Detektyw Obiektyw złapał bowiem tego "ptaszka"na gorącym uczynku:



Po spektakularnej interwencji obserwatorów "zzaszybowych", polegającej na postukaniu w szybę i pogrożeniu palcem, przestępca oddalił się z miejsca zdarzenia z właściwą sobie godnością, ani na chwilę nie przyspieszając kroku i wciąż bezczelnie się oblizując:


Różnokolorowe ozdoby na śniegu to oczywiście ptasia karma, notorycznie zrzucana przez skrzydlate towarzystwo. Mam nadzieję, że nic z tego na wiosnę nie wyrośnie. Drugim skutkiem ubocznym dokarmiania są białe ślady na sosnach, domyślcie się po czym ;)))
Ale i tak stadko 10 wróbli i tyluż sikorek przed kuchennym oknem to widok cudowny.

czwartek, 9 lutego 2012

A w pracy...

Zadzwoniła dziś do mnie z pracy Jedna Pani i powiedziała, że jest problem, bo Druga Pani przysłała pilne pismo, z którego wynika że mój urlop do 31.03 stanowi dla Firmy wielki kłopot, bo nie jest to urlop całoroczny. W mojej Firmie nie ma opcji urlopów całorocznych, więc zapytałam, co wobec tego mam zrobić, gdyż nie mogę w tym momencie udowodnić ani zagwarantować, że od 1.04 również będę na urlopie. Jedna Pani poradziła mi, żebym sama porozmawiała z Drugą Panią. Zadzwoniłam. Druga Pani rzekła, że ona w ogóle nie widzi problemu z moim urlopem, i co ta Jedna Pani wymyśla. Zadzwoniłam ponownie do Jednej Pani, która powiedziała, że przecież rozmawiała z Drugą Panią pięć minut wcześniej i problem był.

Pytanie do Sherlocka Holmesa brzmi: o co kaman?

Zimowe radości

wtorek, 7 lutego 2012

Zielone niespodzianki

Że rzeżucha szybko wykiełkuje, to się w sumie spodziewałam, choć widok i tak mnie uradował:
Ale że wzejdzie wysiana w sobotę do doniczki rukola, to zupełnie nie miałam pojęcia:

Cieszę się jak dziecko. To jest właśnie w sianiu najfajniejsze, że z ziarenka powstaje roślina :)))

Ta porcja rukoli będzie sobie rosła w doniczce w domu; pomysł promowany przez Jamiego Olivera, sprawdzę czy dobry. Resztę kapustki oczywiście posieję do gruntu za miesiąc lub dwa.

A plus sześć 15.02 już nieaktualne. Teraz portal pogodowy przewiduje nieco mniejsze mrozy oraz śnieg, co najmniej do 22.02, psiamać.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Intensywny weekend

Strasznie męczący był ten weekend. Na początku wysiew nasion. Wbrew pozorom, to sporo pracy. Najpierw trzeba kupić odpowiednią ziemię, na przykład taką, jeśli wysiewacie warzywa:

Jeśli kwiaty, to kwiatową, lub uniwersalną - choć jak coś jest do wszystkiego to czasem bywa do niczego ;) Lepiej nie używać do warzyw ziemi kwiatowej a do kwiatów warzywnej, bo z nasionami jak z ludźmi - lepiej się rozwijają, gdy są dobrze odżywione, adekwatnie do swoich potrzeb.

Następnie trzeba znaleźć (lub kupić, jeśli to wasz debiut) i skompletować pojemniki na nasionka vel doniczki i - co trudniejsze - podstawki. Od razu przy tej czynności okazało się, iż wywalenie wszystkich doniczek do starego domu nie było aż tak świetnym pomysłem, ponieważ musiałam wyściubić nos z ciepłego domku, ubrać się w czapkę, szalik, kurtkę, buty i spędzić kilkanaście minut w nieogrzewanej chałupie. Wprawdzie nie było tam aż tak zimno jak na dworze, ale jednak kosztowało mnie to trochę zachodu.
Następnie trzeba owe doniczki umyć. Najlepiej ciepłą wodą z łagodnym detergentem. Jeśli myliście jesienią lub kupiliście nowe to gratuluję, ale choć z kurzu trzeba je opłukać. Jeśli chcecie użyć kubeczków po jogurtach, musicie zrobić w ich denkach dziurki. Ja zrobiłam je mężem ;)
Dalej prościzna. Dźwigacie worek z ziemią, doniczki, podstawki i nasionka do jakiegoś jasnego miejsca, którego nie boicie się uwalać czarną ziemią. Ja sieję w kuchni. Planujecie, jaka roślina będzie w jakim pojemniku. Te, które trzeba przesadzić, mogą być w  czymkolwiek, ale np. zioła do uprawy domowej lepiej mieć w ładnej doniczce. Rozcinacie worek, nabieracie ziemi i wsypujecie do doniczek/pojemników, udając że nie zauważyliście że się ziemia wysypała na podłogę/stół/krzesło/spodnie itp. Nasypaną ziemię trzeba troszkę ubić i zwykle dosypać tyle, żeby sięgała około 1 cm poniżej krawędzi pojemnika. Potem wysypujecie nasiona na dłoń i wkładacie do doniczek. Uwaga, niektóre z nich są wrednej wielkości i koloru - np. brązowe ziarenka wielkości zmielonej kawy. Jak się rozsypią do doniczek w sposób niekontrolowany, za cholerę nie odgadniecie, w których są, a w których ich nie ma. Polecam sianie sukcesywne, tzn. wrzucasz nasionka i od razu odstawiasz doniczkę. Zasada jest taka, że do jednej doniczki wsypuje się więcej niż jedno nasionko, jeśli oczywiście jego wielkość pozwala na jakiekolwiek obliczenia ;) Potem trzeba będzie pikować, czyli po tzw. wschodach wyrywa się roślinkę najsłabszą - i tu nie warto się litować i zostawiać.
Po sianiu trzeba podlać - ale nie chlustać, podlewać delikatnie coby nie wypłukać z ziemi malutkich nasionek. I poprosić, żeby wyrosło, jak mawia Witold Czuksanow (kultowy program "Rok w ogrodzie").
Ja siałam z Córką, więc bałagan był niemiłosierny. Nie przepadam za sianiem, zanadto podnosi mi to ciśnienie, sadzenie jest fajniejsze - ale jak się chce mieć warzywka, to trzeba się pomęczyć. I warto.

Zasiałyśmy pomidory:
seler naciowy:
rozmaryn i rukolę i skończyła się ziemia (20 litrów); za to parapet - na razie jeden, ale w marcu wszystkie - wygląda tak:
Zrobiła się pora obiadowa; po obiedzie zajęłam się ciasteczkami z przepisu Mimo-zy. Właśnie wstawiłam je do piekarnika, gdy...

... zgasły wszystkie światła w domu i okolicy. Oto jeden z kosztów mieszkania na wsi - przerwy w dostawie prądu zdarzają się regularnie (dlatego nigdy nie przerzucę się na kuchenkę elektryczną).

Lamentując nad ciasteczkami zadzwoniłam (znowu mężem) do odpowiedniego działu Elektrowni, gdzie przemiły pan podał nam aż trzy numery telefonów, pod które zadzwonić w tej kwestii należało. Niestety, wszystkie trzy okazały się niewłaściwe. W domu było pięknie, choć bardzo romantyczny nastrój zakłócała moja troska o ciasteczka. A potem sobie uświadomiłam, że piec węglowy ma pompę. Na prąd. Nie działa pompa, nie działa piec. To znaczy jakiś czas grzać będzie, ale potem wygaśnie. Zaczęłam się denerwować...
Miły jednak zauważył na naszej działce jakiś samochód i wyszedł z domu. Okazało się, że właściwy numer do elektryka znał Rysiek Szczepanik, znaczy jakiś sąsiad. I Rysiek zadzwonił a pan elektryk przyjechał. Okazało się, że zerwał się kabel. Po pół godzinie pracy w dwudziestostopniowym mrozie Pan Elektryk przywrócił nas cywilizacji. Odetchnęliśmy z ulgą, a ciasteczka i tak się udały.

W niedzielę, przyzwyczajeni do osiemnastostopniowych mrozów w najcieplejszych momentach dnia, odkryliśmy z radością iż jest zaledwie -12, zarządziliśmy zatem spacer do lasu, w tak ciepły i słoneczny dzień. Do lasu mamy z domu 2 km, na szczęście podjechaliśmy autem, bo było jednak na spacerze dosyć zimno:

Ale pięknie było, i zauważyliśmy całe mnóstwo śladów zwierzyny. Dużych i małych. Jelenia już kiedyś w tym lesie spotkaliśmy, zające na pewno są, i to co pewne to także dziki, było widać także ślady rycia pod liśćmi dębu w poszukiwaniu żołędzi:

A inne ślady? Może saren, może lisów, może wilków? Nie wiem, niestety.


A wieczorem zrobiłam szarlotkę sypaną (bez jajek, z kaszą manną) - poszło od razu pół.
Poszłam spać wykończona, a o 3.30 obudziła mnie Córka ogłaszając, iż już się wyspała. Przez kolejne 2 godziny rzucała się po łóżku a ja razem z nią, po czym zasnęłyśmy obie i przyśniło mi się włamanie oraz kradzież mojego laptopa.

Jestem wykończona.

piątek, 3 lutego 2012

Kolejne dowody na szkodliwość mrozu...

... bo życie trwa dalej, nawet gdy umiera Ktoś.

Dowody są takie, że znowu wydałam za dużo na rzeczy, bez których mogłabym się obejść. Na przykład kupiłam dziś to:
Naczynie do kiełkowania. Rzecz po prostu niezbędna do życia, co? Ale kosztowało niecałe 30 zł, więc stwierdziłam, że zaryzykuję taką kwotę i kupię, choć możliwe że nie będzie mi się chciało jeść kiełków (bo Córka z całą pewnością odmówi spożycia, Miłemu zaś można wcisnąć jedynie podstępem).

Druga rzecz niezwykle mi potrzebna tu i teraz to książki kucharskie:
Wydałam na nie majątek, sprawdźcie sobie sami, ile kosztują. Ale troszkę się kocham w Autorze, i pasuje mi jego filozofia gotowania i życia.

Byłam też w sklepie ekologicznym i kupiłam kolejne "niezbędności": mąkę orkiszową, której nigdy nie używałam; kaszę orkiszową, choć nie lubię kasz i możliwe że ta jest niezjadliwa (jakby co, zażalenia składam do Mimo-zy!) oraz nasiona do kiełkowania, choć możliwe że niepotrzebnie.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że ta moja zakupomania nie wynika z mrozu. Tak naprawdę poprzez zakupy chcę zagłuszyć lęk, rozpacz i wściekłość, jakie panują w moim sercu od czterdziestu dwóch dni. Jak wiadomo, pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy. Mnie akurat do szczęścia bardzo daleko, ale trochę nastrój sobie jednak poprawiam.

A dzisiaj złapał mi się w obiektyw kolejny kot odwiedzający naszą działkę:
Zaglądał właśnie do salonu, kiedy go "capnęłam". Młodziutki kotek. A właściwie kotka, sądząc z odgłosów jakie wydawał, oraz ruchów jakie wykonywał ;) Zmrużone oczy też świadczą o tym, że ...
... proszę Państwa...
... zaczęło się kocie marcowanie!

A marcowanie kojarzy się z wiosną, czyż nie?

Zresztą, tvnmeteo przewiduje dla mojej miejscowości w dniu 15.02 temperaturę dzienną plus sześć stopni. Jedno jest pewne w naszym pięknym kraju: pogoda nie jest w stanie nas znudzić ;)