jesień

jesień

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Na Wschodzie bez zmian

Wczoraj mróz, dzisiaj mróz, jutro mróz. Mróz rano, mróz w południe, mróz wieczorem, mróz w nocy. Szaleńcza rozbieżność temperatur od -6 do -15 stopni. Tyle, że przy dzisiejszym "ciepłym" -6 wytrwaliśmy na Starówce jakieś 15 minut, po czym pędem pognaliśmy do ciepłej knajpki. Jestem znudzona tym mrozem i mam go dosyć. Nie chce mi się robić zdjęć, bo nic się nie dzieje - zimno i zimno. Jak sobie pomyślę, że tak naprawdę, to zima trwa dopiero miesiąc i tydzień i do astronomicznej wiosny jeszcze 2 miesiące a tak naprawdę do ciepłych dni to nawet i 3 miesiące, to mi się odechciewa wszystkiego. Fakt, nigdy nie byłam optymistką, ale jak tu nie stracić ducha, skoro prognoza długoterminowa dla mojej wsi wygląda tak:

źródło: tvnmeteo.pl

No wiem, że dopiero luty i że w lutym mróz jest czymś normalnym. Ale ja wolę żeby były nienormalne plus 2 stopnie :)

Uch, muszę znaleźć jakiś cel życiowy, czyli zajęcie na najbliższe dni ;) Chyba posieję pomidory :)
Pozdrawiam ciepło, zwłaszcza mieszkańców Wschodu, a Zachodzianom serdecznie zazdroszczę :)))

piątek, 27 stycznia 2012

Ziiimno....

Mróz, aż koty pierdzą mawia w takich sytuacjach mój Tata, zaś znajomy znajomej woli określenie: Zimno  jak sk...syn. Tak, czy inaczej, u nas na Wschodzie jest tak:

Stan na godzinę 12.00, czyli blisko najcieplejszego momentu dnia. Doprawdy, w takich okolicznościach przyrody słowo "najcieplejszy" wydaje się okrutnym żartem.

Jednak mróz nie wszystkim przeszkadza, tego łobuza złapałam w biegu:
Czarnuch pewnie liczy na łut szczęścia, bo w okolicach karmnika ruch jak w ulu (gdy tylko zniknął cień kocura):


Na pocieszenie mam to - paczka dla dziecka, ale przecież nie może zjeść wszystkiego, bo słodycze są niezdrowe ;-))))) Baaardzo niezdrowe.
Swoją drogą, Kukułki dla 5-latki to dość ciekawy pomysł.

No i jest jeszcze to:

Idę rozpalić w piecu, bo w domu też zimno jak...

środa, 25 stycznia 2012

W oczekiwaniu...

Ja tu myślę o wiośnie, a zima się rozpanoszyła! Śniegu u nas niewiele, co zmyliło rano moją czujność przy wyjeździe z działki. Wyjący rozpaczliwie silnik jeszcze nie dał mi do myślenia, trochę mnie zaintrygowało żółwie tempo przejeżdżających aut (tempo niespotykane na drodze wojewódzkiej), dopiero jednak pląs samochodu po oblodzonej nawierzchni przywrócił mi jasność myślenia. Dzieła dopełnił widok auta sąsiada najwyraźniej zaskoczonego dachowaniem i parkowaniem w przydrożnym rowie. Chwila nieuwagi, a dołączyłabym do towarzystwa.
Z zimą nie ma żartów, proszę Państwa.

Za oknem mróz i biało, a w domu:
Uprasza się rozmaitych fotografów i innych uzdolnionych plastycznie czytaczy mojego bloga o nie-krytykowanie jakości zdjęć. Jam jest amator, do tego mało zdolny ;) Zmysł estetyczny posiadam, ale niekoniecznie przekłada się on na wykon ;)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Przez ten film nie mogłam dziś spać...

Film o miłości i stracie. O tym, że dla człowieka w rozpaczy świat traci barwy. O ulotnych chwilach szczęścia i o tym, że w życiu piękne są tylko chwile. Jeden z najpiękniejszych filmów, jakie widziałam. Plus absolutnie wspaniali Colin Firth i Julianne Moore.
                 zdjęcia: Sieć

środa, 18 stycznia 2012

Co czytam - relacja na prośbę mimo-zy

Beara Gryllsa kochamy w naszej małej rodzince wszyscy: ja, bo mam słabość do mocnych i przystojnych facetów, Miły bo interesuje go sztuka przetrwania, a Córka bo fascynuje ją to, co ten człowiek wyprawia - ona nazywa go "panem, co je robale". Z tych właśnie powodów kupiłam Mężu tę "trylogię" na Gwiazdkę. On podczytuje te części o survivalu, ja wolałam autobiografię. I się zadurzyłam... bo facet okazał się nie dość, że przystojny, to jeszcze wrażliwy, otwarty, przyjacielski, z dystansem do siebie i z niesamowitą wręcz determinacją... Ta książka to historia jego determinacji i sprawdzania swoich możliwości. Napisana tak ciekawie, jak najlepsza powieść.

A do 4. numeru Czasu Kultury zachęcił mnie wpis Zimna, no i sam tytuł. Jestem bowiem jak najdalsza od widzenia macierzyństwa jako roli obowiązkowej dla każdej kobiety; nie zgadzam się z tezą o poświęcaniu się dla dziecka i nie wierzę tym, którzy/które mówią wyłącznie o jego blaskach. Jeśli również nie przemawia do was mit Matki-Polki, nie uważacie iż kobieta może się spełnić przede wszystkim w roli matki i jesteście gotowe przynajmniej rozważyć słowa Rachel Cusk "gdy stajemy się matkami, to umieramy", to ten numer jest dla was.

Z czytelniczym pozdrowieniem :)

Styczniowe smutki i zimowe zupy

Styczeń, podobnie jak listopad, jest dla mnie okresem największej chandry. Święta przeminęły (...), na przeceny nie chodzę, miesiąc nigdy się nie kończy, jest mi zimno i smutno. W takich chwilach bardzo pomaga dobra zupa pisze Tessa Caponi-Borawska w styczniowej "Kuchni". Utożsamiam się z tymi słowami. Mnie tegoroczny styczeń dołuje nawet bardziej niż listopad, bo listopad mieliśmy piękny i słoneczny (pamiętacie jeszcze?). A nowy rok przyniósł mi nowe problemy i smutki, poza tym ten styczeń naprawdę trwa w nieskończoność! Wieki temu był Sylwester, a dziś dopiero 18.01! Jak to możliwe?! Do tego zapowiadają u nas na jutro i pojutrze 10-15 cm śniegu - za cholerę nie wyjadę z działki przecież, a jeśli nawet, to Miasto jak zwykle będzie sparaliżowane. Już teraz zresztą nieźle śnieży, szlag by to...

Ale a propos dobrej zupy, to ja jestem entuzjastką zup, zwłaszcza dobrych, przez 3/4 roku - latem nieco mniej. W taką pogodę jak dziś, jutro i pojutrze rzeczywiście zupa może postawić na nogi.

Od kilku dni "chodziła" za mną zupa z soczewicy. Aż się wreszcie zlitowałam, bo co będzie biedna tak chodzić, i postanowiłam ją ugotować. Nigdy takiej zupy nie robiłam, więc zaczęłam przeglądać przepisy, żeby się dowiedzieć, co w ogóle się do takiej zupy dodaje. We wspomnianej styczniowej "Kuchni" jest przepis pani Tessy: marchewka, pietruszka, czerwona cebula, 2 ząbki czosnku, 1 seler naciowy, 1/2 pęczka natki, 1/2 łyżeczki suszonego rozmarynu, liść laurowy, 20 dag zielonego orkiszu, 20 dag brązowej soczewicy, 3 łyżki oliwy, sól, pieprz. Jakoś mnie ten przepis nie przekonał, bo zielony orkisz wydaje się bleee, a zresztą gdzie ja go teraz znajdę; no i zupa ma kolor błotnisty. Ale, ale, doczytałam się, że u niej w domu jadało się tę zupę z ryżem a nie orkiszem. Czasami z kawałeczkami podsmażonego, wędzonego boczku, czasami bez. Zupa była ciężka, pożywna i rozgrzewająca. Ooo, taka wersja z pewnością przypadłaby do gustu Miłemu, więc rozważę, na razie jednak szukam dalej.
W jesiennym wydaniu "Werandy Country" jest pomysł taki: czerwona cebula, 3 dymki, 1,5 szklanki czerwonej soczewicy, 2 ząbki czosnku, po łyżeczce: czerwonej papryki, mielonego kminku, kurkumy, pół łyżeczki cynamonu, litr bulionu, puszka czerwonej fasoli, cytryna, pół pęczka kolendry, sól, oliwa. Hmmm, podoba mi się połączenie soczewicy z czerwoną fasolą; nie mam jednak kminku, kurkumy ani kolendry... Rozważę, a tymczasem poszukam u Liski.
Liska ma kilka propozycji. Jest przepis na zupę soczewicową z cynamonem, ale nie, nie, nie, nie moje smaki. Dalej azjatycka z kapustą i imbirem, zbyt dziwna jak dla mnie, podobnie jak marokańska z cynamonem; jest soczewicowo-pomidorowa - to musi być dobre; ale tym razem wybieram tę: ZIMOWA ZUPA Z SOCZEWICĄ I MAKARONEM. Jest w niej wszystko co lubię, czyli chilli, czosnek, pomidory w puszce i makaron. Przepis tutaj. Ponieważ zarówno kulinarnie jak i fotograficznie nie śmiem się równać z Liską, więc zdjęcie również od niej:
A tak w ogóle, to jak będę miała duuużo czasu, to przejrzę wszystkie zupowe propozycje Liski, bo pyszności tam tyle, że się zaśliniłam przeglądając tylko pobieżnie :)

A propos smaków i zaślinienia, przedstawiam wam moje dzisiejsze drugie śniadanie. Ja na sam widok odczuwam ogromną zmysłową przyjemność. Prawdopodobnie w poprzednim wcieleniu byłam Włoszką:

Do tego bagietka i oliwa z oliwek... mniam :)

No to smacznego wszystkim i oby do wiosny!

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Winter again

Zima w tym sezonie zmienną jest. Uwieczniam więc jej najpiękniejsze oblicze, póki trwa:) Przy okazji zapraszam na małą wycieczkę po mojej działce.

To widzę codziennie z okna kuchni, ale tym razem robiłam zdjęcie z zewnątrz:

Zbliżenie na żółty iglak (czort wie, jak go zwą, nie ja sadziłam), pod którym swego czasu ukrył się czarno-biały kot, a od kilku dni ukrywa się czarny, o wiele sprytniejszy - przewiduję więc wkrótce ptasi dramat:

Idziemy dalej, wschodnią stroną domu... otulone śniegiem powojniki; w tle tzw. stary dom, z którym jeszcze nie wiemy, co zrobić; oraz mój kochany niezniszczalny (wiem co mówię) samochód:

Idąc dalej wschodnią stroną widać miejsce, gdzie stała huśtawka:

I zbliżenie na rudbekie, które jak widać, są ciągle piękne:

Idziemy dalej wzdłuż wschodniej granicy, oto pięknotka i hortensja; pięknotkę muszę dokupić jeszcze jedną - się okazało, tylko że mi się już odpodobała ;) Pięknotka to ten wyższy tobołek ;)

Dalej rozciąga się widok na warzywniak, na końcu widać nawet pryzmę kompostową, choć raz piękną ;) Po prawej widać kawałek stodoły; za stodołą jest jeszcze trochę działki; posadziliśmy tam drzewa owocowe.

Wracamy w stronę prawą czyli południową domu, czyli idziemy ze wschodu na zachód ;) Tu stał paskudny chlewik, może w tym roku uda się postawić piękną altankę na połowie miejsca które zajmował; porządnie przysypane śniegiem są turzyce. Na środku placyku przed przyszłą altanką jest posadzony świerk Białobok, widać go na lewo od karmnika na lewym górnym zdjęciu. Na tym samym zdjęciu w samym rogu widać też sosnę himalajską:

Zbliżenie na sosnę h.; gdy ją kupowałam w ogrodniczym, pani twierdziła, że będzie mrozoodporna, bo to przecież sosna; wujek Google jednak poinformował mnie, iż ta akurat jest delikatna. Dlatego jest tak porządnie obłożona świerkowymi gałęziami:

Pomiędzy "pochlewikiem" a tarasem odkryłam ślady pewnego gościa; a to znaczy, że zwęszył, iż są dwa karmniki - a więc dwa potencjalne miejsca łowów. Sikory i wróbelki, strzeżcie się!

No to idziemy w stronę tzw. starego domu, pokażę wam tzw. stary ogród (uwielbiam nazywać różne miejsca po swojemu). Na górnym prawym zdjęciu widać świerka pospolitego, za nim jest jeszcze spory kawałek naszej działki; ostatnio rosły tam maliny, poziomki, truskawki, cukinia, fasolka szparagowa, sałata i rzodkiewka; były też pomidory ale nic z nich nie wyszło. Sporo ziemi do "obrobienia". Na lewym górnym zdjęciu jest rosa rugosa, czyli tzw. róża pomarszczona, znaczy się dzika, jedna z trzech posadzonych przy zachodniej granicy działki, mamy nadzieję że się porządnie rozrosną i będą stanowić naturalny żywopłot.

Zmarzłam w nogi, wracam do domu, jeszcze tylko rzut oka na zachodnią część naszego domu, to chyba jedyne dobrze posadzone przez nas rośliny: na pierwszym planie krzewuszka o purpurowych kwiatach i takich liściach, dalej jaśminowiec (kupiłam Miłemu bo lubi), następna krzewuszka ma liście zielone a kwiaty biało-różowe, a na końcu w tej głupiej czapce migdałowiec trójklapowy. Na prawo tuż za nim jest wejście do naszego domu. W głębi widać "piękny" płot postawiony przez poprzedników. Od tego płotu mamy do ulicy jeszcze 60 metrów drogi, na szczęście jest to nadal nasza działka, ale wyobraźcie sobie jak ta odległość bywa kłopotliwa, gdy spadnie śnieg! Za to gdy śniegu nie ma - cudownie nie słychać przejeżdżających aut.

Latem na pewno nie pokażę wam działki w takim wymiarze, jedynie w detalu. Bo się nijak nie znam na projektowaniu ogrodów, ani Luby. Posadziliśmy dziesiątki roślin, i wiele z nich trzeba będzie przesadzić. Dojrzewa we mnie myśl, żeby jednak skorzystać z usług projektanta ogrodów. Tylko że to są jakieś straszne pieniądze, których nie mamy... Ale zaczynam rozumieć, dlaczego im się tyle płaci.

Pozdrawiam!

wtorek, 10 stycznia 2012

No i kwitną!

Prymule naprawdę zakwitły, parampampam!
Co prawda, jakoś marnie wyglądają... Albo coś nie tak zrobiłam jesienią (w co wątpię), albo im za ciepło, albo mają grzyba albo coś je żre. Ale i tak bardzo mnie ucieszył ich widok. Ja wiem, że to nie są zwiastuny wiosny, ale te poniżej już tak:

Już zapomniałam, co to, ale zdaje się że szafirki i cebulice syberyjskie, ewentualnie śniedki. W każdym razie małe cebulowe.

A tu krokusy:

Bladawe, bo były przykryte gałęziami świerkowymi (Miły hurtowo rzucił na wrzosy i na to co obok wrzosów), ale wkrótce dojdą do siebie.
Nie widziałam nigdzie w ogrodzie przebiśniegów, a na pewno były... Może nie zakwitną, bo nie mają czego przebijać? ;)

Ależ mi te roślinki poprawiły humor! Czuję, że wracam do życia!

Mój pierwszy tort w życiu

No wiem, że pokurcz, i w ogóle, ale i tak jestem z niego dumna. Bo pierwszy raz w życiu robiłam nie tylko tort, ale i biszkopt do tortu! Miałam przepis na biszkopt z dwóch jaj, ale już wiem, że to za mało jeśli ciasto ma być puszyste, dlatego musiałam zrobić dwa. Dzięki temu wydaje mi się, że wiem już wszystko o biszkoptach ;) I stwierdzam, że nie ma nic prostszego, pyszniejszego i bardziej beztłuszczowego niź biszkopt :)
Świeczki są trzy nie dlatego, że moje dziecko skończyło trzy lata, lecz dlatego że mój Miły skończył tyle lat, że wszystkie świeczki by się nie zmieściły ;)
Nauka na przyszłość: jeśli biszkopt ma mieć równe brzegi, nie używać papieru do pieczenia, lecz wysmarować blachę masłem i bułką tartą. Nie cierpię tego, i podoba mi się takie nierówne ciasto ale na bardziej oficjalne imprezy się jednak nie nadaje. Nauka druga: kakao dodane do biszkoptu bardzo go obciąża.

A z innej beczki: oprócz sikor mam na podwórku również wróble, z czego się bardzo cieszę, bo wróbli coraz mniej, a jeśli u nas się zadomowią, to może się zaczną rozmnażać ;) Oby.

La Parapet twierdzi, że kwitną już prymule. Biegnę sprawdzić!!!

sobota, 7 stycznia 2012

3 doby

Już zaczęłam myśleć, że pobyt w szpitalu mi się przyśnił, kiedy znalazłam w książeczce ubezpieczeniowej KARTĘ INFORMACYJNĄ. Stanowi w niej niezbicie:

Dziecko przyjęte w godzinach nocnych do Kliniki Otolaryngologii Dziecięcej z powodu ostrej niewydolności oddechowej. Przy przyjęciu duszność, stridor, suchy szczekający kaszel. Rozpoznano ostre podgłośniowe zapalenie krtani. Zastosowano intensywne leczenie zachowawcze.

Brzmi dość przerażająco, ale wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że może być groźnie. Miły zadzwonił po pogotowie, i wszystko poszło bardzo szybko. Przy okazji okazało się, że moje zadupie nie jest aż tak zadupiaste, bo karetka dotarła do nas w 10 minut.

Znalazłam też w szpitalu i skrzętnie dla was zachowałam ulotkę dla rodziców. Gdybyście myśleli, że mój poprzedni wpis był podyktowany emocjami i nie był zbyt zgodny z rzeczywistością, zacytuję co na tej ulotce napisano.

Prosimy o wyposażenie dziecka przyjmowanego do szpitala w niżej wymienione artykuły oraz bieżące uzupełnianie tych, które ulegają zużyciu:
Dzieci starsze: mydło w płynie (1 szt.), ręcznik (2 szt.), szczoteczka do mycia zębów, pasta do zębów (1 szt.), kubeczek na wodę do płukania jamy ustnej, papier toaletowy (1 szt.), talerzyk plastikowy (1 szt.), sztućce (bez noża) - 1 kpl., szampon do włosów (1 szt.), grzebień (1 szt.), kubeczek plastikowy (1 szt.), kapcie (1 szt.), pidżama (1 szt.), dresik (1 szt.), termometr elektroniczny.

Jak widać, w tym pieprzonym szpitalu naprawdę nic nie było. Najbardziej rozwalił mnie wpis o termometrze, może niedługo trzeba będzie przywozić własne leki?; a najbardziej rozśmieszył wpis o sztućcach, bo do śniadania podawali np. kromki chleba z dużym kawałkiem pasztetu, którego bez noża nie bardzo da się rozsmarować; zresztą jeśli brak noża ma służyć zapewnieniu bezpieczeństwa to doprawdy niepotrzebna to troska, gdyż po pierwszej dobie miałam ochotę zaciukać kogoś choćby i widelcem ;)

A, i jeszcze świetny na ulotce jest jeden wpis:
Kategorycznie zabrania się wnoszenia na oddziały szpitalne składanych łóżek, karimat, leżaków, itp. A zatem rodzic ma prawo spać na gołej podłodze, zarąbiście, co?

Byliśmy tam niecałe trzy doby a ile wrażeń, prawda?

Oby nigdy więcej.
Czego i wam życzę.

Weszliśmy zatem w Nowy Rok z wielkim hukiem. Jak na razie wygląda na to, że ten rok będzie dla nas wszystkich bardzo, hm, rozrywkowy. Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam, śpiewała Jopek, i takie mam na ten temat refleksje.

środa, 4 stycznia 2012

10 tys. zł rocznie

W pokoju 4x5 m stale przebywa 6 osób. Trzy małe mają do dyspozycji metalowe łóżka, koszmarnie brzęczące przy każdym ruchu; dla dorosłych jest miejsce na podłodze. Dosłownie, można przespać się na brudnym, kilkudziesięcioletnim linoleum. Można się nawet przykryć, jeśli się wzięło z domu śpiwór. Można także umyć się w łazience, jeśli się ma swoje mydło i ręcznik. Albo włosy, jeśli się ma szampon. Na śniadanie jest przedwczorajszy chleb z pasztetem; można posmarować, jeśli się ma własny nóż. Można umyć zęby, jeśli się wzięło pastę i szczoteczkę. Można zrobić kupę, jeśli...

...

Co rano odbywa się misterium, któremu przewodzi Mistrz Ceremonii. Uczestniczący motłoch zdaje się być tylko przykrym obowiązkiem, nie jest doprawdy godzien usłyszeć jakichkolwiek szczegółów. Wyrok ogłaszany jest nader powściągliwie i chyba tylko tortury mogłyby wydusić od Pana Życia i Śmierci dokładniejsze informacje; z tym, że nie na pewno.

...

Ostatni posiłek wydają o 17.00, później trzeba sobie radzić samemu. Zresztą jedzenie i tak jest niejadalne.

...

Nie trafiłam bynajmniej do więzienia. Tam żarcie jest o niebo lepsze.

Jesteśmy w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym. Brud, smród i ubóstwo albo jak kto woli - syf, kiła i mogiła :)


--------------------------------------------------------------------------------------------

W ubiegłym roku ja i Miły wydaliśmy na ubezpiecznie zdrowotne około 10 tysięcy złotych.

Bez komentarza.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

2011/2012

Kulinarnym przebojem Sylwestra okazało się własnoręcznie lepione z Przyjaciółką sushi - a zawsze myślałam, że moda na sushi to snobizm ;) Choć zdecydowanie moją największą miłością jest kuchnia włoska, to sushi też jest ok, szczególnie z sosem Wasabi albo słodko-ostrym sosem chili. Jedliśmy je z trzema rodzajami ryb: wędzonym łososiem, surowym pstrągiem i pstrągiem gotowanym. Wszystkie pyszne, ale najbardziej zdziwiło mnie to, że surowa ryba może być dobra :)

Ten rok pod wieloma względami będzie dla mnie trudny; mam jednak nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Jak mawiał mój były szef: "jak jest za łatwo, to się człowiek nie rozwija". Ja więc mam szansę rozwijać się jak cholera ;)

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!!!