jesień

jesień

środa, 12 września 2012

Zima będzie OOOstra!!!

Przynajmniej u nas!


Dwa i pół kilo pepperoni zebrałam za jednym zamachem w naszym tunelu foliowym. Zostało jeszcze drugie tyle. To paręset sztuk papryczek! Wyhodowane z nasion papryczek kupowanych w supermarkecie! Mimo, że lubię jeść na ostro, to nigdy bym nie przejadła takiej ilości (zwłaszcza, że ich trwałość nie jest wieczna), gdyby nie przepis Moniki na adżykę. Dzięki, Monia! Zrobiłam na razie z kilograma i musiałam odpocząć. To znaczy wyleczyć poparzenia skóry, które się pojawiły mimo sprawiania papryczek w rękawiczkach! A dziś Córa dostała łyżeczkę, którą oddzielałam pestki od papryczek i owa łyżeczka po myciu w zmywarce wciąż parzy w język! Metalowa łyżeczka, dacie wiarę? Strach się bać tych pepperoni, a to przecież nie najostrzejsze papryczki na świecie... 
W każdym razie adżyka jest, pachnie pięknie, przyprawiłam ją oczywiście po swojemu ale nie odważyłam się spróbować, czy aby nie za słona ;)))

3 komentarze:

  1. Papryczki śliczne ,ależ obfite zbiory, gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jako genialnej producentce chętnie poszukam Ci zbytu na papryczki:) Co do poparzeń to współczuję, przypominam jednak, że są niegroźne a nawet wzmagają wydzielanie endorfin, zwłaszcza jak już się opanuje pieczenie!:))) Adżykę dodawaj do wszystkiego co mdłe. Jest boska!

    OdpowiedzUsuń
  3. Eee, poparzenia to nic takiego w porównaniu z przyszłymi rozkoszami podniebienia...

    Monika, chętnie się podzielę papryczkami, możesz szukać rynku zbytu - aby w miarę szybko, bo kolejne piękności już dojrzewają!

    OdpowiedzUsuń