jesień

jesień

czwartek, 19 lipca 2012

Niefajny post o "fajnych" ludziach

Są młodzi, bogaci i przebojowi. Ich pewność siebie i tupet sięgają mojego zenitu; nigdy nie osiągnę takiego stanu. Bez lęku zakładają własne firmy, piszą unijne projekty, korzystają z życia i walczą o swoje. Są nadzwyczaj komunikatywni, towarzyscy i przyjaźni, choć tak naprawdę interesuje ich tylko czubek własnego nosa. No, może jeszcze ich dzieci, które muszą mieć wszystko jak najlepsze. Prywatne przedszkole, prywatna podstawówka, zajęcia dodatkowe, firmowe ciuchy, zagraniczne wakacje, najlepsze możliwości rozwoju. Emanuje z nich poczucie "lepszości", pewnie nie doświadczyli w życiu większych porażek a ich ego skutecznie było przez rodziców pompowane. Teraz oni pompują ego swoich dzieci. I choć jestem od każdego z nich lepiej wykształcona a oboje z Miłym jesteśmy w tej samej "kaście" co oni, czyli w tak zwanej klasie średniej, to czujemy się przy nich jak niewydarzeńcy, biedacy i pierdoły - bo nie mamy takich pieniędzy. Wystarczy porównać nasze samochody, słabo się robi.
Oni - to rodzice koleżanek i kolegów Córki z przedszkola. Trzy lata temu zapisałam Ją do przedszkola prywatnego, nie tyle ze snobizmu co z konieczności, choć przyznaję że uważałam iż prywatne lepsze od państwowego. Właśnie się z tego poczucia wyleczyłam. Nie dlatego, że przedszkole złe, wręcz przeciwnie, świetne. Ale nie mam siły, ochoty ani środków finansowych, by przez kolejne lata edukacji mojego dziecka przebywać wśród ludzi, dla których główną wartością są pieniądze. I prowadzić pustych i jałowych rozmów o tym że prywatna podstawówka to droga sprawa, chociaż właściwie jak się podliczy wszystkie zajęcia dodatkowe na które dziecko i tak będzie chodziło, to wcale nie wychodzi tak drogo.... I że jedna z drugą pani i pan nie chcą się absolutnie na prywatną szkołę snobować, ale na wszelki wypadek dziecko zapiszą, żeby zaklepać mu miejsce, tak na zapas... Ani tłumaczyć się, dlaczego moja 5-latka chodzi tylko na dwa z czterech zajęć dodatkowych ani za jaką "zagranicę" polecimy w te wakacje... Ani wymieniać się telefonami wspaniałych niań i cudownych pań sprzątających. Ani rozmawiać o projektantach wnętrz czy ogrodów. Śmieszą mnie egzaltowane zachwyty super-mieszczuchów na temat naszego sielskiego życia na wsi. Albo wyrazy współczucia z powodu mieszkania poza miastem i posiadania działki, na której tyle jest roboty. Dotykają nie tyle uwagi dzieci na temat naszego "starego Opla", co tłumaczenia rodziców, iż nie mamy czasu go zmienić na super wypasione auto. Taaa, nie mamy czasu. 

Oczywiście nie wszyscy ci rodzice są właśnie tacy. Jedynie jakieś 60%. Ale daje mi to namiastkę tego, co będzie się działo w szkole prywatnej i dobitnie pokazuje z jednej strony, że z powodu różnicy portfela, doświadczeń i wieku jesteśmy jednak w innej kaście, a po drugie, że wcale nie pretendujemy do bycia takimi jak oni.
Może jestem starą, biedną, rozgoryczoną babą, ale im dłużej żyję, tym bardziej szkoda mi czasu na podtrzymywanie pustych znajomości. I zastanawiam się, jak, u licha, przetrwać następne imprezy w gronie ludzi, z którymi nie mam ochoty ani potrzeby się integrować. Dzielą nas bowiem lata świetlne a im dłużej mieszkam na wsi, tym bardziej oddalam się mentalnie od tego nieznośnego mieszczuchowatego - a może nowobogackiego - snobizmu, rozdygotania, powierzchowności i narcyzmu.

Tak, rzeczywiście owsiowiałam.

3 komentarze:

  1. Idąc tym tropem - wsiowa ze mnie mieszczucha:) Jeżdżąc MPK patrzę na ludzi i nie dowierzam: są biedni, chorzy, starzy... I to masowo. Ci w garniturkach pochowali się przecież w wypasionych autach z klimą.

    OdpowiedzUsuń
  2. och, ja dobrze Cię rozumiem :) Trzymaj się i nie daj się. Co prawda trudno się do tego przyzwyczaić, ale można z tym jakoś żyć :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No i super ,serio,na plus ,Twoje,wasze zycie wygrywa!


    dora

    OdpowiedzUsuń