jesień

jesień

poniedziałek, 21 maja 2012

Żyjemy tu sobie szczęśliwie w nędzy

To zdanie, usłyszane w jakimś angielskim programie, niestety bardzo do nas pasuje. Ale bez obaw, nie będę narzekać, ponieważ zamierzam skupić się tylko na tej pozytywnej części. Na razie.
Post miał mieć tytuł "Z laptopem na tarasie" i miałam napisać, że laptop na tarasie jest jeszcze lepszą sprawą niż kawa tamże. Niestety, okazało się, że o ile nie ma ograniczeń "elektrycznych" i "technicznych", bo i kabel jest gdzie podpiąć i router daje radę, to słońce skutecznie uniemożliwia jakąkolwiek pracę. Na ekranie widziałam bowiem jedynie własne podwórko oraz własne zmarszczki ;) Przeniosłam się zatem do wnętrza domu, choć strasznie trudno mi wytrzymać w murach w taką pogodę! Chociaż, zważywszy na mój obecny stan psychofizyczny, powinnam w tym domu tkwić. Ale po kolei.
Miniony weekend był bardzo udany, spędziliśmy mnóstwo chwil szczęśliwych, chwil spokojnych, chwil "intensywnych", chwil samotnych i towarzyskich także. Najpierw plewiliśmy, sadziliśmy i przesadzaliśmy, nareszcie mogłam wystawić na taras pelargonie i zioła, a także posadzić do gruntu kanny i mieczyki.
A propos ziół, to nie polecam hodowania ich z nasion. Wprawdzie metoda znacznie tańsza niż kupowanie sadzonek, ale o wiele bardziej zawodna. Nasionka ziół są przeważnie mikroskopijne, a więc nie da się sensownie zarządzać procesem siania, a poza tym bardzo słabo wschodzą. Mnie się udał w zasadzie jedynie rozmaryn, to znaczy osiągnął od lutego jakieś 5 cm wzrostu, reszta czyli melisa, estragon, oregano, bazylia cynamonowa to liche nie-wiadomo-co wysokości kilku milimetrów. Kanny też udały się różnie, w domu wszystkie wyglądały dobrze, ale po posadzeniu okazało się, że "czerwone" są ok, ale "zielone" nie.
Mieczyki wszystkie legły na ziemi zamiast stać, nie wiem dlaczego. Trudno, i tak nie lubię mieczyków.

Poprawiliśmy również wygląd wjazdu do domu a dokładniej zmieniliśmy rośliny rosnące przed płotem, tuż przy furtce. Wygląda o niebo lepiej, choć nie idealnie. Bukszpany przeflancowaliśmy z innego miejsca na działce, jałowce (po prawej stronie jest drugi taki "chudy") i modrzewia trzeba było dokupić. Na zdjęciu bukszpany jeszcze nie przycięte, potem je próbowałam przyciąć i wiecie co? To strasznie trudne, zwłaszcza jak się nie jest manualnie zdolnym, jak ja. CHYBA jednak po przycięciu wyglądają lepiej niż przed ;)

Wzdłuż długiego podjazdu wysiałam słoneczniki, nasturcje i dziwaczki, zobaczymy czy wyrosną - chwilowo nie stać nas na kilkanaście do kilkudziesięciu krzaków berberysu czy pęcherznicy, a może bukszpanu? Uroki oddalenia od ulicy...

W tzw. międzyczasie bawiłam się z Córką, np. w wyścigi. Ona na rowerze, ja na nogach, z tym że: "Mamo, biegnij wolniej, bo ja już nie mogę szybciej jechać. O, wygrałam!"

Miły kupił parę sadzonek porów i pomidorów, ja pobiegałam po działce i porobiłam zdjęcia. Jest super, choć w tym sezonie róż prawie nie będzie... Przemarzło więcej niż 10, mamy kilka nowych ale w przedogródku jest łyso, niestety. Przetrwały natomiast cebulowe i byliny. Na przykład kwitną śniedki i czosnki ozdobne, jedna z krzewuszek, piwonie i irysy już mają spore pąki a najwięcej jest margerytek, czyli moich wrogów nr 1. Są śliczne ale nie w ilości jakichś dwóch tysięcy na jednej działce! Wyrywałam je, wykopywałam ale one wciąż odrastają... Mam w domu dwa wielkie margerytkowe bukiety i będę miała je długo, bo zamierzam zerwać każdy kwiatek, coby się nie rozsiał. Nie przypuszczałam, że akurat ta roślina będzie stanowić problem... Za karę nie zrobiłam jej zdjęcia.
Kwitną następne powojniki, już są moimi ulubionymi roślinami:
Na skalniaku przyjęły się wszystkie rośliny, przeflancowane z innych części ogrodu bądź kupione za 2,50. No dobra, iglaki były droższe ale nie przesadnie.
Potem sprosiliśmy znajomych i zrobiliśmy ognisko. Było to możliwe z powodu braku chrabąszczy majowych! W tamtym roku było od nich czarno, nie dało się wyjść po zmierzchu a gdy pracowałam w nocy, to rozbijały się o okna mojego "gabinetu". Teraz nie ma. Oczywiście, wcale nam nie żal. Ognisko było udane jak zawsze, gdy towarzystwo jest przednie ;)
Następnego dnia obudziłam się z drapaniem w gardle, które z godziny na godzinę zmieniało się w zapalenie krtani. Mimo to spędziliśmy cudowny dzień we troje, trochę leniuchując a trochę pracując - chwasty, trawa, przesadzanie czyli dzień jak co dzień. Było super.

Natomiast dziś nie mówię wcale. Gardło odmówiło współpracy. Nie wiem, z jakiego powodu mu się odwidziało, bo ani nie zmarzłam, ani nie piłam zimnego, ani nie śpiewałam, ani się na nikogo nie wydzierałam. Ale nie mówię i już. Ewentualne dźwięki jakie wydobywam to szept i kaszel. W związku z tym czuję się tak, jakbym była też głucha, nie umiem tego wyjaśnić ale jakoś tak mi dziwnie. Najlepsze jest to, że w czwartek mam umówiony od dawna wykład, na którym jednak powinnam wydawać głos. Ciekawe, czy przez trzy dni dam radę go odzyskać...
Ale cóż... cieszmy się, że jest świetna pogoda i bardzo zielono!

A, zapomniałabym wspomnieć o najważniejszej, najbardziej uszczęśliwiającej nas obecnie sprawie. Otóż dochowaliśmy się licznego potomstwa! Jeszcze nie wiemy, ile sztuk, ale sporo. Mam na myśli oczywiście nasze kochane ptaszki. Wszystkie trzy domki skonstruowane i zawieszone przez Miłego zostały zamieszkane, i we wszystkich słychać popiskiwanie ptasich dzieci. Rodzice co chwilę wlatują i wylatują, niosąc w dziobach smakołyki dla młodych. Co niosą wróble to nie widzę, ale sikory na pewno mają w dziobie gąsienice. Cieszymy się jak głupki ;))) Zresztą, mieszkają u nas nie tylko te ptaszki, stodoła jest zamieszkana przez kopciuszki i być może jaskółki. Wczoraj ptaki miały nerwowy dzień. Jaskółki wciąż się kłóciły, a nawet biły, zaobserwowaliśmy też małżeńską kłótnię Państwa Wróblów - jeden współmałżonek pogonił drugiego z zajadłym świergotem. Normalnie jak ludzie ;)))



3 komentarze:

  1. Ślicznie, optymistycznie, radosnie! zazdroszczę Ci przestrzeni. jakbym blizej była to najęłabym się do do koszenia trawy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak, przestrzeni mamy pod dostatkiem, tak jak chcieliśmy. A co do koszenia, to wcale tak daleko do mnie nie masz ;)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie zamieniłabym jabłek pieczonych u Ciebie na ognisku na nic innego!

    OdpowiedzUsuń