jesień

jesień

wtorek, 15 maja 2012

Koniec pewnej epoki

A przynajmniej początek końca... mojego mieszczuchowania... Tak poczułam, gdy ugotowałam zupę z pokrzyw, potrawę nie-do-pomyślenia paręnaście miesięcy temu. Przepis znalazłam tu i tu, ale oczywiście zrobiłam po swojemu, to znaczy tak jak normalną zupę, nawet pokrzywy nie zasmażałam tylko wrzuciłam na końcu pokrojoną i surowe jajko, tak jak robię to przy szczawiówce. Zupa jest jadalna - o dziwo - a nawet smaczna (!)
I widoczek na wsiowe pola - po sąsiedzku, wraz z dowodem na to, że sosna to drzewo, które rośnie bardzo szybko (przyrosty wiosenne mają po 30 cm!)...

Edit: Na domiar "złego" zrobiłam jeszcze twaróg z mleka. Mleko od krowy, oczywiście, absolutnie niesterylne i niedietetyczne, nie UHT i niepasteryzowane. Pycha. A do tego tańsze niż w sklepie. I pomyśleć, że jeszcze niedawno uważałam, że najlepsze jest mleko z kartonu bo się nie psuje, o zawartości tłuszczu 0% najwyżej 0,5% Okazuje się jednak, że mleko bezpośrednio od krowy nie jest obrzydliwe ani straszliwie tłuste, a do tego ma smak mleka :) Nawet moja wybredna Córka je pije...

2 komentarze:

  1. :) ja jeszcze nie jadłam zupy z pokrzywy,ale czemu nie,warto spróbować a nawet polubić;)

    dora

    OdpowiedzUsuń
  2. Zupa z pokrzyw (ku zdziwieniu innych) jest super, podobnie twaróg (świetny robi moja teściowa).
    Cieszę się, że owsiowiałaś na wiosnę;)

    OdpowiedzUsuń