jesień

jesień

piątek, 20 kwietnia 2012

Wsiąść do pociągu...

Na zewnątrz bieda, nieporządek, brud i wszechobecna brzydota. Wewnątrz "tylko" bieda, brud i brzydota, bez nieporządku. Przynajmniej o tej porze dnia. Zapewne za parę godzin rozpoczynający właśnie picie panowie doprowadzą to miejsce do stanu nieużywalności. Zresztą tak naprawdę i tak nie powinno się go nikomu udostępniać. Pociąg nazywa się "Lublinianin" i jest to Inter City. Wstydzę się, że pojazd o takim standardzie reprezentuje niejako moje Miasto i zastanawiam z przerażeniem, jakie warunki panują w zwykłych pociągach. Wkrótce mi jednak przechodzi - nie muszę wstydzić się za moje Miasto - "Ondraszek", "Polonez", "Telimena" i inne pięknie ponazywane pociągi do i z innych miast wyglądają równie żenująco. Tym większy kontrast stanowią pociągi niemieckie, z nocnymi lampeczkami przy stolikach. Teraz się wstydzę nie tylko za moje miasto. Nie chcę nawet myśleć o tym, jakie wrażenia po podróży IC mają cudzoziemcy. Bo my, proszę Państwa, z całą pewnością nie jesteśmyw Europie, nam się tylko tak wydaje.

W Warszawie Centralnej mam dość czasu, by poobserwować ludzi. Jestem bowiem dokładną egzemplifikacją anegdotycznego psychologa z angielskiego (podobno) przysłowia: A psychologist is a man who watches everybody else when a beautiful girl enters the room. Ja uwielbiam patrzeć na ludzi, choć samych ludzi uwielbiam jakoś mniej ;) W każdym razie Dworzec Centralny możnaby uznać za reprezentatywną próbkę społeczeństwa, gdyby nie fakt, że za mało tu dzieci i starców. Poza tym są wszyscy: bogaci i biedni, młodziutcy i sterani życiem, horrendalnie wysocy i filigranowi, grubi i chudzi, w garniturach, dresach, szpilkach, glanach a nawet klapkach na gołe stopy (podziwiam), kożuchach i letnich płaszczykach, szczęśliwi i zmartwieni, zmęczeni i obojętni, zagubieni i stali bywalcy. Wszyscy z podobnym roztargnieniem w oczach, charakterystycznym dla podróżujących.

Niestety już po półgodzinie nadjeżdża mój drugi pociąg. Tłumy niemiłosierne, a przy wejściu prawo dżungli w najczystszej postaci - wygrywa najsilniejszy albo najcwańszy. Nie ma tu miejsca na szarmanckie zachowania ale też nikt nie jest tu szczególnie dyskryminowany - po prostu niektórzy mają większe szanse niż inni, z racji np. dwumetrowego wzrostu. Ale bez urazy, takie jest życie.

Miasto Łódź wita mnie przepięknym słońcem i wysoką temperaturą. Byłoby cudownie, gdyby nie ciężka torba i fakt, że nie wiem, gdzie jestem. Byłam tu trzy razy, i zarozumiale myślałam, że trafię do mojego hotelu niemal z zamkniętymi oczami. Teraz mam wrażenie, że wysiadłam nie tu, gdzie zwykle. Czyżbym miała aż tak złą orientację? Po chwili sprawa się wyjaśnia - tamtego dworca już nie ma, zawsze wysiadałam w Łodzi Fabrycznej a teraz w Widzewie co wyjaśnia mi ze szczegółami przemiły pan taksówkarz (gawędzenie z takówkarzami to moje hobby). Uff, czyli nie jest ze mną tak źle, naprawdę wysiadłam gdzie indziej bo tak było trzeba. W sumie co w tym dziwnego, że po 5 latach miasto się zmieniło?

Niestety, hotel zwany szumnie centrum konferencyjno-szkoleniowym przez te lata się nie zmienił. Tylko cena podskoczyła, zupełnie niezasłużenie. Bo mój pokój zwany pokojem lux nie ma w sobie nic luksusowego. Ale to nic, i tak się cieszę z tych dwóch dób samotności... Potrzebowałam wyjechać, żeby pobyć sama ze sobą, nabrać dystansu do pewnych spraw i może co nieco uporządkować w głowie. Uciekłam? Może, ale wrócę.

3 komentarze:

  1. E, no nie mów, dworzec w Lublinie jest całkiem ładny, a że pociągi brzydkie podjeżdżają ... :DDDDDD

    OdpowiedzUsuń
  2. Koniecznie pozdrów ode mnie muralowe "miasto Uć".

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobne wrażenia miałam, gdy po wielu latach poruszania się samochodem, wsiadłam do pociągu. Strasznie w środku, a jeszcze gorzej na zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń