jesień

jesień

środa, 22 lutego 2012

Moje przedwiośnie

Obiektywnie rzecz biorąc, przedwiośnie to najpaskudniejsza pora roku. Zimno, wietrznie, pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, ciśnienie skacze, wirusy szaleją. Topniejący śnieg odsłania całą brzydotę ogrodów, pól, miast i wsi, jest szaro i buro. A jednak cieszymy się jak głupki, bo każdy kolejny dzień przybliża nas do wiosny... Dziś przedstawię wam moje przedwiośnie.

Najpierw obraz nędzy i rozpaczy, czyli ogród (o tej porze roku to chyba tylko Gaja ma ładnie):

Dalej moje domowe "wschody" - pomidory, bazylie i rukola:

Następnie przedstawiam Pana Hiacynta, który wciąż siedzi w czapce na głowie (dopóki nie osiągnie 8 cm), odsłoniłam go tylko do zdjęcia, skubaniec już jest piękny:

A na koniec roślina, której się z Miłym boimy. Kanna zwana paciorecznikiem. Latem wygląda tak (zdjęcie od wujka Google):

natomiast jesienią trzeba ją wykopać i przezimować w chłodnym i suchym pomieszczeniu, nie pamiętam czy jasnym czy ciemnym, w każdym razie ja takiego pomieszczenia nie posiadam. Powinno w nim być 10-15 stopni ciepła, najlepsza byłaby więc piwnica której nie mamy. Część kłączy przemarzało więc w wiatrołapie, część przegrzewało się w kotłowni. Byłam przekonana, że nic z nich nie będzie, ale okazało się, że większość przeżyła (i to niezależnie od tego, czy zimowały w zimnie czy w cieple). Wsadziłam je do doniczki jakieś 10 dni temu i...
Odstęp czasowy między zdjęciem po lewej a tym po prawej wynosi nie więcej niż 4 dni. Roślina rośnie tak szybko, że za każdym razem jak ją mijam, jest większa o kilka milimetrów. A mijam ją kilka razy dziennie, bo stacjonuje na półpiętrze. Mamy więc z Miłym wizje jak z horrorów, w których szybko rosnące pnącza zaduszają ich właścicieli... Kanna nie jest pnączem, ale do maja daleko i nie wiadomo, czy nam sufitu nie przebije... ;)

Na koniec nowy ptaszek. Niestety nie przyleciał z Afryki, ptaki głupie nie są, w końcu wciąż u nas zimno, ale usłyszał od sikor, że u nas niezła wyżerka, to wpadł z kolegą (koleżanką):
Na zdjęciach akurat ten sam egzemplarz, uwieczniony z obu boków. Dzwoniec. Zjada pączki roślin, nasiona sosny, świerka, mniszka, słonecznika i lnu, owoce dzikiej róży czy śnieguliczki. Młode jedzą też niewielkie ilości mszyc i larw motyli, twierdzi mój "Atlas ptaków polskich". To zjadanie pączków roślin nie za bardzo mi się podoba, ale trudno. W tamtym roku dzwońców było u nas sporo, a szkód nie narobiły. Co ciekawe, wykazano, że około 1/4 lęgów dzwońca ma pochodzenie poligamiczne, czyli samiec ma pod swoją opieką co najmniej 2 samice. Ale zdarzają się samce, które łączą się nawet z 4 lub 5 samicami. Niezły gagatek, co?

I tym optymistycznym akcentem...

2 komentarze:

  1. Ładnie to ja mam, jak patrzę z okna i cykam fotki, ale wejść w ogrodową rzeczywistość i zobaczyć ją z bliska aż się boję. Boję się, ale marzę, żeby już

    OdpowiedzUsuń