jesień

jesień

niedziela, 23 grudnia 2012

Krok po kroku, krok po kroczku...

Co ma sypać - wreszcie sypie,
Co ma szczypać - w końcu szczypie,
Co ma skrzypieć - raźnie skrzypi,
co się zgrzało - teraz chrypi.


Przyszedł grudzień! Czas, by rankiem
wzuć walonki i uszankę
I owinąć się szalikiem,
By do sklepu biec truchcikiem.


Trzeba drogą kupna nabyć
To, co pod choinką ma być,
Co ma wisieć na choince,
Co ma mielić się w maszynce,
Co ma skwierczeć już na gazie,
Co ma potem pływać w wazie,
Co należy miesić w dzieży -
Więc do sklepu - któż pobieży?


Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku,
Idą święta, idą święta.


                                                                              Ta i inne genialne świąteczne bajkopieśni Trójki - tutaj.


Wierzącym - duchowych przeżyć,
Niewierzącym - rodzinnych spotkań,
Nierodzinnym i niewierzącym - udanego pogańskiego święta przesilenia
Życzę ja, Fuks_ja :)



piątek, 21 grudnia 2012

Pan Ciastek i kupa szczęścia

Nareszcie Ktoś spełnił moje marzenie i podarował mi foremki na Pana Ciastka - ja ich nie mogłam upolować, a bardzo chciałam. I proszę - od wczoraj mam. Kochani Darczyńcy, bardzo, bardzo dziękuję! 


Na razie puste, ale myślę, że już dziś zrobię tuziny pierniczkowo-imbirowych Ciasteczek... 


...jeśli zdołam się wygrzebać spod kup. Starsza córka ma rotawirusa a młodsza jest niemowlęciem, więc moje życie jest ostatnio mocno... gówniane.


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Zima, kawa, książka

Po tym, co ostatnio napisała Zimno a potem w PS. Mimo-za, jakoś głupio udzielać się na blogu. Ale trudno, zawsze możecie oszczędzać prąd i tego nie czytać ;)

Zima trwa u nas w najlepsze i stwierdzam z zaskoczeniem, że nie tęsknię już za Miastem. Bywam w nim czasem, ale zima w mieście jest jeszcze większym koszmarem niż ta na wsi. Właściwie zima w mieście jest przede wszystkim koszmarem - kojarzy mi się głównie z błotem pośniegowym i koszmarnymi problemami z parkowaniem. Albo z wyjeżdżaniem z parkingu. Na wsi zima to przede wszystkim piękny, nieskazitelny śnieg na polach i trochę podeptany śnieg na działce (np. przez kocią inspekcję dwa razy dziennie), żadnego błota. Odwilż zapewne oszpeci i nam widoki, ale i tak będzie sto razy ładniej niż w mieście. Faktem jest, że łatwiej mi się zachwycać zimą, gdy obcuję z nią głównie poprzez wyglądanie przez okno ;) W przyszłym sezonie będę musiała przebijać się przez zaspy do pracy i już niekoniecznie będę taka zadowolona. A może?
Minusem zimy na działce jest to, że brak roślin i wszędobylska biel uwypukla potworną brzydotę starego domu, na którego remont nas nie stać, więc stoi i straszy. Stodoła też nie najpiękniejsza, ale ten dom - okropny. 
Wczoraj pojawiła się przed tarasem cała nasza rodzina zaklęta w bałwany:
Bałwany mają taki... rustykalny urok, są w stylu retro, powiedziałabym eufemistycznie. Nie ja robiłam, więc nie będę krytykować... Fajnie, że są. Ten pierwszy od lewej jest zupełnie taki sam, jak moje wspomnienie z dzieciństwa. Ten pierwszy od prawej to ja ;)

Pytaliście, jaką kawę lubię. Och, o kawie to ja mogę pisać peany! Mam hopla na punkcie kawy. Po pierwsze, musi być dobra. Po drugie, mocna i aromatyczna. Czyli z ekspresu lub z kafetiery, zależy od nastroju i pory roku. Zimą najczęściej piję taką (zdjęcie sprzed chwili):

Czyli własnoręcznie zrobiona latte we własnym ekspresie ciśnieniowym, z odrobinką przyprawy (kardamon, cynamon, goździki jeśli dobrze pamiętam; używam jej też do piernika). Bez cukru.
Latem czarna jak smoła i mocna jak diabli kawa z kafetiery. Z cukrem, bo inaczej się nie da. Najlepiej, żeby to była grubo zmielona kawa smakowa kupiona w "Pożegnaniu z Afryką". Smaki toleruję tylko trzy: pomarańczowy, miętowy, 5 smaków. Ponadto mam w głowie listę lubelskich kawiarni, w których można dostać dobrą kawę oraz jeszcze ważniejszą listę kawiarni, w których nie zamawiam kawy. Najgorsza kawa na świecie to dla mnie - oprócz fusiastej - kawa latte z likierem. Szczególnie amaretto, fuj.

... mogę jeszcze długo o kawie, ale się powstrzymam ;)

Wracam do moich baśni. Aha, wczoraj w nocy zaczęłam czytać "Harry'ego Pottera"; nie mogłam się oderwać ;)))

czwartek, 13 grudnia 2012

Dziś pytanie, pojutrze odpowiedź

Wywołana do tablicy przez Anetę spróbuję odpowiedzieć na jej arcytrudne pytania.

1. czy jesteś społecznikiem?
Kim? Samotnikiem? Taaak. A serio mówiąc: mam potrzebę pomagania ludziom, ale raczej dyskretnie, bez wielkich akcji.

2. czemu piszesz blog?
Pisanie bloga jest dla mnie sposobem na radzenie sobie z depresją. Doszłam do tego, że gdy jest mi bardzo smutno i czuję, że sobie nie radzę, zaczynam układać tekst do zamieszczenia na blogu. Zwykle go potem nie zamieszczam, ale układanie pomaga :)

3. urządzając świat od nowa każdy może dodać jedną całkiem nową lub zmienioną zasadę - jaką dodasz?
Make love not war - ale to zdaje się dość stara zasada. Cóż, w duszy jestem hipiską.

4. jaką porę roku lubisz najbardziej?
Późne lato, gdy jeszcze są maliny, wciąż kwitną róże ale pojawiają się już grzyby i zakwitają wrzosy. No i trawy! Uwielbiam. 

5. jakie dwa miejsca w naszym kraju polecisz zwiedzającym?
Nie polecę żadnego, które lubię, bo tłumy się zjadą i zadepczą. Generalnie uważam, że cała Polska jest piękna. I powinniśmy się cieszyć, że mamy i morze, i jeziora, i rzeki, i bagna, i lasy, i góry skaliste, i góry pagórkowate, i nowoczesne miasta i zadupiaste wsie.

6. masz do wyboru wyjazd na alaskę i na saharę, co wybierasz?
Zostaję w domu! A jeśli mnie zmuszą, to prędzej Saharę, bo do Kenii bliżej niż z Alaski.

7. co chcesz osiągnąć?
Zadowolenie z siebie, mądre dzieci, dobre życie, i duuużo pieniędzy ;)

8. jaką lubisz czekoladę?
Gorzką. Chyba, że mam chandrę a w domu są inne, wtedy zjem niemal każdą. Nie cierpię tylko tej dmuchanej, z pęcherzykami powietrza w środku. Nie przepadam za białą. 

9. kolor zielony kojarzy się z ......
Majem, oczywiście!

10. jaki masz sposób na chandrę?
Pisanie bloga, gotowanie a zwłaszcza pieczenie ciast drożdżowych. Czytanie po raz enty "Dumy i uprzedzenia". Kupowanie kolejnych książek. Zajmowanie się wszystkim, tylko nie swoją chandrą. 

11. jak się śmiejesz - hihihihi, hehehehe czy hahahaha :)?
Przeważnie chachacha, czasem złośliwe hehe też wyjdzie. Hihi nigdy, z założenia ;)

Kurczę, przez te kilka dni układałam sobie odpowiedź na pytanie, jaką lubię kawę, bo byłam pewna, że jest w zestawie. Buuu, a ja tak bardzo lubię kawę, no niech mi ktoś zada to pytanie...


wtorek, 11 grudnia 2012

Zagadka i obrazki zimowe

Najpierw zagadka, bo ciekawa jestem okrutnie.
Przybył ten piękniś do nas dzisiaj, jest wielkości gołębia, wyjada sikorom słoninę. Mój kieszonkowy atlas ptaków go nie zna. Pomożecie?

A teraz zimowe obrazki.

Tak aktualnie wygląda wrzosowisko:
Sikory zwęszyły słoninkę, wróblowate jakby obrażone, na razie widziałam tylko jednego mazurka, a jeszcze miesiąc temu mieszkało ich u nas całe stado, jakieś 20-30 sztuk... Gdzieś się przeprowadziły?

Gdy zaświeci słońce, jest naprawdę bardzo ładnie, choć jak dla mnie to odwilż mogłaby się zacząć od razu po nowym roku:

I znowu piekłam ciastka, te serduszka to pierniczki z mąki razowej, tym razem była baaardzo razowa, ale za to ciasto miało lepszą konsystencję niż ostatnio gdy używałam orkiszowej. A gwiazdki to Gingerbread, czyli Pan Ciastek, ale za cholerę nie mogę znaleźć foremek w kształcie Ciastka. Ciasteczka te, zgodnie z nazwą, mają w sobie imbir w proszku ale że w przepisie było tylko 1/2 łyżeczki (a ja za pierwszym razem zwykle trzymam się przepisów), to w ogóle go nie czuć. Ciastka smakują jak stefanka, więc nie za bardzo (bo stefanka bez kremu jest nie teges). Następnym razem dodam przypraw po swojemu. Fajne jest w nich to, że są maślane i pulchne, pierniki przy nich są takie... prostackie.

Wypróbowałam też herbatkę rozgrzewającą z nowej gazetki Green Canoe (tę z goździkami, rodzynkami, imbirem), i polecam! Dziś spróbuję z chilli.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Rodzina według Konfucjusza

Wpadł mi w ręce ostatni numer "Wysokich obcasów", a tam - oprócz arcyciekawego artykułu na temat kobiecych "ucieczek z domu" - równie ciekawy materiał na temat tego, jak wygląda dzieciństwo i rodzicielstwo w kulturze chińskiej. "Prawo do sprzeciwu? Konflikt pokoleń? Podmiotowe wychowanie dzieci? W kulturze chińskiej nie ma na nie miejsca. Tu nikt się nie buntuje". To xiao dao, droga synowskiego poddaństwa. Rodzicom należy przynosić chwałę, czyli uczyć się pilnie, odnosić sukcesy, zarabiać, kupować im prezenty. Rodziców się czci. Obowiązkiem dzieci jest słuchać rodziców i im służyć, niezależnie od tego, czy ma się cztery lata, czy czterdzieści. 
Chińska gazeta codzienna z Wuzhou zawiera rady dla kochającego dziecka - co można zrobić dla starzejących się rodziców:
1. Regularnie zabierać ich na badania zdrowotne.
2. Dbać, by zawsze mieli pieniądze na drobne wydatki. 
3. Pomagać spełnić ich marzenia z młodości.
4. Składać razem z nimi rewizyty u znajomych.
5. Robić im często zdjęcia.
6. Dużo rozmawiać.
7. Starannie odpisywać na sms-y.
8. Urządzać im przyjęcia urodzinowe.
9. Gotować dla nich.
10. Nie krytykować ich.
11. Mówić do nich z miłością.
12. Wiedzieć, co naprawdę lubią jeść.

Niby banały, ale w naszej kulturze brzmi to dziwacznie, a założę się, że dla wielu dzisiejszych gimnazjalistów wręcz absurdalnie. Mieszkać z rodzicami? Masakra! Szanować ich i kochać, nawet jeśli biją? Niemożliwe! 

Nie mówię, że zachwyca mnie kultura chińska. Jestem dzieckiem kręgu zachodnioeuropejskiego i mam w sobie ogromne pokłady narcyzmu, egoizmu i indywidualizmu, jak wielu z nas. Nie mam w sobie krzty wspólnotowości, i nie nadawałabym się na chińską obywatelkę. Cieszę się z demokracji, autonomii, samodzielności. 

Ale czegoś żal...

czwartek, 6 grudnia 2012

Ciastka, Mikołaj i Budda

Rozmyśliłam się i nie mam depresji. Nie muszę jej mieć - na razie nie bywam w pracy, więc omija mnie poranny stres, jestem sobie w ciepłym domu i mam za oknem piękne widoki, a żeby już całkiem poprawić sobie nastrój (i domownikom, i gościom), piekę ciasteczka, tym razem nie drożdżowe. Znalazłam kilka fajnych przepisów. Jeden na ciastka z mąki gryczanej ("Kuchnia" nr 12/2012), jeden na ciastka z pieprzem i makiem (ostatnia Weranda Country) i jeden na ciastka kakaowo-kawowe (Bea). Ciastka gryczane wyglądają jak sklepowe herbatniki, czyli fachowo, a do tego są smaczne i zdrowe. Ciastka z pieprzem są genialne, nie dodaje się do nich jajek i mają strukturę krakersów, dodałam czarnuszki i to był strzał w dziesiątkę. Na pewno doskonale sprawdzają się na imprezach, kiedy goście są już zmuleni słodyczami i sałatkami a coś by jeszcze zjedli. Tych ciastek można zjeść nieskończoną ilość i nie jest się zamulonym. Choć nie wyglądają jakoś szczególnie pięknie, ale to może mój antytalent.
Kawowe zrobiłam, ale jeszcze nie upiekłam. Ale nie mogą być niedobre, w końcu są z kawą ;)

Wczoraj miałam miłego gościa w domu, a nawet mogę powiedzieć, że Gościówę - pod każdym względem ;)

Dziś rano pozytywnie nastroił mnie radosny okrzyk starszej Córki: "Mamo, był Mikołaj!!!" Wiara dzieci w świętego Mikołaja jest absolutnie rozczulająca.

Nocne pisanie o baśniach też chroni przed smutkami. Nurzam się z lubością w opowieściach o macochach, wilkach, złych siostrach, piórkach, gadających kotach itd. a wszystko cudownie dosadne, jak to u Grimmów. 

No i mam w domu swoją osobistą Buddę - trudno się smucić, gdy ktoś się TAK uśmiecha :)


poniedziałek, 3 grudnia 2012

I dobry nastrój szlag trafił

Bo przyszła Ona. Nikt jej nie zapraszał, przynajmniej ja nie, może wy? Wcale nie tęskniłam, zwłaszcza że jeszcze jest w zasadzie jesień. Po cholerę sypnęła śniegiem? Nic na to nie poradzę, nie znoszę zimy. Nie wiem, czy bardziej śniegu, czy mrozu. Dzisiaj bardziej śniegu. I wiem już, czemu zima co roku zaskakuje drogowców. Mnie też dziś zaskoczyła, choć od kilku dni słyszałam i widziałam wyraźnie w prognozach, że będzie śnieg. Ale nie przyjmowałam tego do wiadomości, bo nie chciałam, żeby się prognozy sprawdziły (podobnie jak kiedyś w maju, gdy wybraliśmy się w Tatry, bo wydawało nam się, że meteorolodzy bredzą mówiąc o 2-metrowych zaspach. Nie bredzili). Drogowcy pewnie mają podobnie. Dlatego zima zawsze zaskakuje i nigdy nie przychodzi, lecz atakuje ;) Jak dla mnie masakra. Rośliny nie okryte, róże, wrzosy, budleje pod śniegiem, ciekawe, jak je teraz okopiemy albo przykryjemy. Ja poproszę zmianę scenerii, a śnieg niech sobie pada tam, gdzie go chcą i lubią.

Brrr...

środa, 28 listopada 2012

Mieć dynię i zjeść dynię

Zakochałam się tej jesieni. Nie jest to miłość od pierwszego wejrzenia, bo najpierw obiekt mej miłości wzbudzał we mnie dużą nieufność: z czym to się je? jak toto przyrządzić? Wysialiśmy w tym roku na próbę i ... wpadłam jak śliwka w kompot, albo jak dynia w zupę. Zakochałam się w dyni. Co prawda dopiero Bea oświeciła mnie, że jest bardzo wiele gatunków, bo żyłam w przekonaniu, że dynia jest pomarańczowa i ma dwie odmiany: dużą i ogromną ;))) Już wiem, że jest inaczej i zamierzam w przyszłym roku posiać jej trochę więcej i trochę innej. Choć klasyczna jest super. Po przejrzeniu przepisów - w internecie, a jakże - okazało się bowiem, iż dynię można jeść na słodko, słono i pikantnie. Jedliśmy w tym roku dyniowe zupy-krem z adżyką, dynię na mleku z zacierkami, trzy rodzaje dyniowych ciast, pasztet z dyni, zapiekankę makaronową z dynią, rozmarynem (bardzo pasuje!) i podsmażoną piersią kurczaka. Nie starczyło mi dyni na marynaty i na dziesiątki innych fascynujących potraw. Aktualnie mam w lodówce dwa małe kawałeczki dyniowej kuli i... szkoda mi ich jeść. A najbardziej kocham dynie za kolor! Jak się zrobi taką zupkę-krem z jasnymi warzywami to jej barwa jest absolutnie energetyzująca, rozgrzewająca i rozweselająca! Kto wie, może to jest mój patent na walkę z depresją? To znaczy był, bo dynia się niemal skończyła. I co ja teraz pocznę?
Pierniczki już z Córą piekłyśmy, połowa została "wyżarta", więc upiekłyśmy drugą porcję, z innego przepisu. Znalazłam go tu, i bardzo polecam, bo są to ciastka na mące razowej! Bardzo, bardzo słodkie i bardzo miodowe, więc można trochę pogmerać w proporcjach, jak ktoś lubi nieco bardziej wytrawne. 

A poza tym grabimy liście. I grabimy. I grabimy. Miły kończy studnię. Przekopuje kompost. Przesadza jedne drzewa i mocno przycina drugie (tak naprawdę są do całkowitego wycięcia, ale jeszcze dajemy im szansę). Nie okrywamy jeszcze roślin na zimę, bo wiele z nich ma jeszcze zupełnie zielone liście, np. róże czy budleja. Czekamy więc na konkretny mróz, który zresztą nadejść ma już niebawem...

W tzw. międzyczasie zajmuję się małą córką, ćwiczę z Dużą rolę Marii Panny do Jasełek a nocami piszę książkę o baśniach - i sprawia mi to ogromną przyjemność...

czwartek, 22 listopada 2012

Krew z krwi, kość z kości

Zawsze uważałam, że to cudownie mieć dwie, trzy albo nawet cztery córeczki, ale dla siebie planowałam tylko jedną.

No więc mam dwie ;) Kocham obie i ciekawa jestem, jakimi będą ludźmi. Temperamentalnie mamy przesrane (sorry). Córki nasze są dziećmi dominującej choleryczki i dominującego choleryka. Starsza już jest dominującą choleryczką, ciekawe jaka będzie młodsza ;)))


Najskuteczniejsze antydepresanty :)

wtorek, 20 listopada 2012

A czas sobie biegnie jak szalony

Nie pisałam od prawie dwóch tygodni, to niebywałe! Ale wcale nie dlatego, że mam depresję. Bo nie mam. Zawzięłam się i nie mam. Może będzie w styczniu ;))) A czas leci mi trochę na pracowaniu (urlop macierzyński niezupełnie "urlopowy"), na goszczeniu różnych gości (jak zwykle) i na matkowaniu. Niemowlak będzie miał za chwilę 4 miesiące, jak to się stało??? Najgorsze, że wkrótce święta, nie cierpię no i finansowy dół taki, że czasem brakuje na chleb. Cholernie mnie to martwi ale wciąż się nie daję - trzymam gardę! Tylko jak długo jeszcze wytrzymam?

czwartek, 8 listopada 2012

Polubić listopad

Lubię listopad, pisze Anna Wrońska, naczelna miesięcznika "Kuchnia". Listopadowe wieczory w Warszawie, kiedy zawijam się w koc i patrzę jak za oknem leje. Listopadowe weekendy we wsiowym domku w fotelu przed kominkiem (...) w listopadowe wieczory lubię wracać do przeczytanych już książek (...) A już listopadowe spotkania ze znajomymi i leniwe plotkowanie przy dobrym winie lubię najbardziej na świecie. wszyscy jakoś mają czas, nigdzie się nie śpieszą, bo przecież co to za różnica: szósta po południu czy pierwsza w nocy, tak samo ciemno.

Bardzo mi się ta argumentacja podoba, szczególnie ostatnie zdanie, podkreślone przeze mnie. Nigdy nie starałam się polubić jesieni, ani listopada, po prostu ODRUCHOWO, bezrefleksyjnie wpadałam w depresję. Jednak ostatnio stwierdziłam, że tyle samo energii pochłania bycie w depresji co nie-bycie. No dobra, w listopadzie może trzeba się bardziej wysilić, żeby się nie załamywać, ale wiecie co? Szkoda mi życia na snucie się po domu z grobową miną. I choć mam zarówno genetyczne jak i nabyte skłonności do depresji, to dziś mówię jej NIE. I muszę powiedzieć, że odkąd zaakceptowałam życie na wsi, to mniej mnie przeraża jesień i zima. Gdy się mieszka w bloku, w mieście, te pory roku wydają się bezsensowne, ale tutaj widzę ich wartość, sens zimowego odpoczynku i wiosennego odradzania się. Cztery pory roku są bardzo logiczne i człowiek w swoich cyklach umierania i odradzania się też bardzo do tych pór roku pasuje. W każdym razie taki człowiek jak ja. A jakie mam sposoby na utrzymanie dobrego nastroju, gdy na dworze szaruga? Bardzo proste. Po pierwsze, wyglądam przez okno i patrzę na pięknie przebarwione liście. Gdy zabraknie liści, będę się jak zwykle zachwycać ptakami. Wieczorami oglądamy wspólnie fajne filmy, ostatnio "Harry Pottera" (moja 5-latka się nie boi). Gramy w Jengę. Produkuję ciasta drożdżowe i pizze. Pijemy z Miłym nalewki naszej produkcji. Albo dobre wino. Uśmiechamy się do niemowlaka, który śmieje się do nas całą "gębą", nie mając pojęcia o listopadowej chandrze. Na początku grudnia zrobimy z Dużą Córką pierniczki. Potem będziemy łapać atmosferę świąt (przyrzekam, że w tym roku się postaram). Sylwestra spędzimy z przyjaciółmi. A potem będzie styczeń i luty, dla mnie miesiące najgorsze, ale coś na pewno wymyślę. Przede wszystkim dzień będzie coraz dłuższy. I jako matka karmiąca wciąż nie myślę o odchudzaniu - to jest dopiero przyjemne ;) A wy, jakie macie sposoby na jesienne smutki?



wtorek, 6 listopada 2012

Listopadowy las

Wciąż piękny, ale już wyraźnie przygotowuje się do zimowego snu. Zmarzliśmy strasznie, choć było plus 5 i ubraliśmy się porządnie. Ale ciała jeszcze nie przyzwyczajone do zimna. Prognozy tvnmeteo pocieszają, że do 20.11 będzie stosunkowo ciepło, więc może jeszcze jakieś grzyby się pojawią. Ostatnio były głównie niejadalne, choć parę podgrzybków znaleźliśmy. Przynajmniej mieliśmy co jeść...

poniedziałek, 5 listopada 2012

Prognozy na zimę


Amerykańscy meteorolodzy twierdzą (źródło: tvnmeteo.pl), że zima u nas będzie taka jak zwykle. Tylko co to znaczy??? Bo dla mnie typowa polska zima to ciepły i bezśnieżny grudzień, mroźny styczeń i luty ze śniegiem niewielkim. Dwa lata temu było śniegu po pachy. Rok temu bardzo ciepło przez dwa miesiące i bardzo mroźno w lutym. Jak będzie teraz? Wierzycie amerykańskim meteorologom? A może nie chciało im się robić dla Polski pomiarów i dlatego piszą, że będzie "normalna" zima?

sobota, 27 października 2012

Nagła zmiana scenerii


W taką pogodę trudno nie stracić ducha, szczególnie że to dopiero preludium. Ale na razie się nie daję. Jestem szczęśliwa, bo tak postanowiłam. Grzane piwo i drożdżowiec z rodzynkami wspierają mnie w tym postanowieniu ;)

Jeszcze wczoraj Miły był w lesie na grzybach, w jakimś przebłysku intuicji uparł się, że pojedzie. No i okazało się, że to był dosłownie ostatni moment! Wrócił z pełnymi siatkami, głównie podgrzybki i opieńki. Przez parę bitych godzin te grzyby czyścił, gotował i marynował, no ale cóż, sam chciał ;)

Nie załamujcie się. To dopiero październik, więc prawie na pewno zima zrobi odwrót! Pamiętacie 3-4 lata temu dziki śnieg na początku października, śnieg, który połamał wiele drzew bo nie zdążyły jeszcze zgubić liści? Ja pamiętam. Więc teraz nie jest AŻ TAK źle.
Najbardziej z tego wszystkiego nie podoba mi się zmiana czasu, nie rozumiem, czemu ma służyć ten archaiczny zabieg i nie znoszę, gdy nagle robi się ciemno. Cóż, przeżyłam już tyle zim, że pewnie przeżyję i kolejną. Czego i wam życzę :)

czwartek, 25 października 2012

Profilaktyka antydepresyjna 1 - moja nowa firanka

Ponieważ już wkrótce świat pogrąży się w egipskich ciemnościach, poszukuję rozwiązań zwiększających ilość światła w domu. To rozwiązanie jest też praktycznym sposobem na suszenie pepperoni ;)


Zresztą, grzechem byłoby zasłanianie takich widoków, prawda?

Kolejne czynności antydepresyjne - wkrótce.

Kiedyś - nie do pomyślenia

Wczoraj rano pojawił się na naszej działce wiejski koń z furmanką wypełnioną po brzegi obornikiem i wysypał go u nas pod stodołą za naszą wiedzą i zgodą. Obornik, czyli gnój, czyli słoma z krowią (a może i końską) kupą. Kiedyś nie do pomyślenia, bo Miły brzydzi się obornika najbardziej na świecie (a niewielu rzeczy się brzydzi). Mój Miły w poprzednim, mieszczuchowatym wcieleniu nie był w stanie przejechać samochodem obok nawożonych obornikiem pól bez wydawania odgłosów obrzydzenia, manewrowania przy szybach, klimatyzacji... A wczoraj wziął widły i rozrzucił tę cenną kupę na naszych grządkach. I jeszcze mówił, że nie cuchnie ;) Faktycznie, po powrocie z tej pracy nie cuchniał. Albo i ja straciłam powonienie. W każdym razie skarb jeszcze nie cały rozrzucony, leży sobie malowniczo pod stodołą. Wyobrażam sobie miny co poniektórych naszych znajomych, gdyby nas teraz odwiedzili...
Ze względu na czytelników o słabszych nerwach sfotografowałam obornik bez zbytniego zbliżenia i wraz z piękną studnią ;)

Druga nie-do-pomyślenia kiedyś sprawa, to fakt, iż wzięłam do ręki narzędzie mechaniczne w celu oszlifowania mebli tarasowych. Miły mówi, że to szlifierka oscylacyjna, wierzę na słowo, ale nie znam się kompletnie:
W każdym razie do ręki wzięłam, meble oszlifowałam a potem zaolejowałam. Przy okazji oddając się refleksjom pod tytułem "Jak to się stało, że się stałam taką pierdołą". To chyba brak okazji do używania tak zwanych męskich sprzętów spowodował, że mam wobec nich spory dystans. Jednocześnie wiem, że jestem osobą na tyle zaradną i sprytną, że jestem w stanie nauczyć się obsługiwać kosiarkę, szlifierkę, zmienić butlę gazową... Choć trochę się boję. Zresztą swego czasu bardzo mi w głowie utkwiło tzw. przysłowie mężatek "Pokaż, że umiesz coś robić, a będziesz to robiła cały czas". Jest w tym trochę prawdy, ale unikanie prac 'niekobiecych' sprawia, że stajesz się kaleką. A co, jeśli mąż odejdzie albo zejdzie? Zostajesz z ręką w nocniku. Może więc moja potrzeba uczenia się prac do tej pory mi niedostępnych wynika nie tyle z chęci rozwoju, co z neurotycznego lęku przed bezradnością kobiety samotnej? W sumie nieistotne, ważne że nabywam nowe umiejętności.

A wieczorem byliśmy z niemowlęciem na szczepieniu. I nie zaszczepiliśmy dziecka przeciwko rotawirusom, ponieważ nie było nas na to stać. Kiedyś nie do pomyślenia. Ale z tym akurat czuję się cholernie źle.

poniedziałek, 22 października 2012

Cudowny jesienny weekend

Sobotę spędziliśmy na własnym podwórku. Niektórzy z nas uprawiali sport:

Inni ćwiczyli się w układaniu gontu na daszek studni:

Ja biegałam po działce i cykałam jesienne fotki,
na naszej działce:

i za płotem też, okazało się bowiem, że we wsi też jest jesień ;)))

A w niedzielę byliśmy w naszym lesie. Las o tej porze roku jest prze-prze-przepiękny, zresztą zobaczcie sami:

Nazbieraliśmy nawet grzybów!


A dziś jest tak:

Też pięknie!