jesień

jesień

środa, 30 listopada 2011

Co tam, panie, na wsi słychać

W sumie nudy, ale jest fajnie!

Zaliczyliśmy wiatrodzień:
Do listy zajęć nieulubionych zdecydowanie dopisuję okrywanie drzew na zimę. Robota może nie trudna, ale żmudna i jak widać, syzyfowa...

Na szczęście wciąż nie ma śniegu, zresztą słusznie, w końcu trwa astronomiczna jesień; i choć poranne skrobanie szyb zaliczam, to na temperatury nie narzekam (no ja wiem że w Poznaniu albo Wrocławiu jest plus 10, ale proszę pamiętać że mieszkam na Wschodzie):


Irgi się pięknie rozrastają, i choć młodziutkie to owocują; mam nadzieję że ptactwo raczy się poczęstować. A na czarnych porzeczkach (których mam 10 krzaków nie wiadomo po co - spuścizna po poprzednikach) pojawiły się pąki - normalne to?

Ponadto: w ostatniej Werandzie Country są świetne przepisy na ciasteczka dla ptaków - ze smalcu i ziaren. Smalec kupiłam i jedzonko skrzydlatemu towarzystwu zrobię, ale jeszcze nie teraz. Póki co, kupiłam im tzw. kule zimowe, podobno się nimi zajadają:
(zdjęcie nie moje, ale nie będę pisać skąd, bo nie chcę reklamować firmy w której nie kupowałam)
Kule kupiłam w sklepie zoologicznym, 500gramowa kosztowała 5,99 zł.
Oczywiście jeszcze tych kul nie wywieszam, niech sobie ptaszki radzą same, póki jest to możliwe, nie wolno ich rozleniwiać, bo sobie potem bez ludzi nie poradzą (jeśli zastąpić słowo ptaszki słowem dzieci, to wyjdzie niezła sentencja dla rodziców - a do tego prawdziwa).

W wolnych chwilach pieczemy pierniczki i je ozdabiamy:

Mnie się bardziej podobają w wersji saute ale czego się nie robi dla dziecka... Robię tak wcześnie, bo z mojego ulubionego przepisu wychodzą twarde i muszą mieć czas, żeby zmięknąć (zamknięte w szczelnym pojemniku); możliwe jest też, że zostaną wyjedzone, a w końcu są po to, żeby je jeść; i wtedy jak już się moje łasuchy nimi nasycą, zrobię drugą porcję która już pewnie do świąt przetrwa ;)

Lubię robić pierniczki, bo można się wyżyć - ciasto jest twarde i trzeba użyć siły żeby je zagnieść; ponadto pięknie pachną - generalnie praca odstresowująca pod warunkiem, że mamy dużo czasu i nie przeszkadza nam potworny bałagan w kuchni - bo tak je się robi z dzieckiem.

Ale w najlepszej formie jest nasz kret, zwany pajacem:

Nie zaprzyjaźnimy się z nim, o nie, zbyt duże sieje zniszczenia. Zresztą, zważywszy na ilość kretowisk, wygląda na to, że pajac sprowadził całą swoją rodzinę, wrrr...

A poza tym wszyscy zdrowi. Czego i wam życzę, jak i równie pięknych zachodów słońca (za tą częścią działki mam znak, że kończy się teren zabudowany; jakoś mnie to cieszy)!

czwartek, 24 listopada 2011

Mgły osadzające szadź

Mgłę uwielbiam o każdej porze roku; nadaje ona otoczeniu - i życiu - taki nierzeczywisty wymiar, takie pogranicze snu i jawy. Im gęstsza mgła, tym bardziej piszczę z radości. Dziś było szczególnie pięknie i niesamowicie - jazda samochodem "znikąd" do "nikąd". Czadowo.

wtorek, 22 listopada 2011

Kazimierz listopadowy

Są tacy ludzie, przy których po pięciu minutach znajomości ma się wrażenie, że się ich zna od zawsze. Są tacy ludzie, z którymi po spotykasz się raz na kilka lat i masz wrażenie, że minął tydzień. Tacy ludzie byli u nas przez 4 dni i z nimi właśnie pojechaliśmy do Kazimierza.
Kazimierz w listopadzie podoba mi się chyba bardziej niż latem... A wam?














Info dla tych, którzy chcieliby się wybrać a nigdy nie byli: jeśli chcecie obejrzeć "sztandarowe" miejsca Kazimierza czyli zamek i basztę, to poczekajcie aż skończą je remontować. Będę w Kaziku zapewne wiosną (może jeszcze zimą) i latem, to dam znać, jak tam budowa ;)

A propos tych Znajomych, to popłakałam się po ich wyjeździe. Zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu. Rozmiękam, czy co?


środa, 16 listopada 2011

Szarości ciąg dalszy

Malowania nadszedł koniec. Wszystko, co było w moim domu żółte, każdy żółty skraweczek ściany został przemalowany na szaro.
Część została zatapetowana, o taką tapetą:


I moim zdaniem jest cudnie! Tak bardzo mi się podoba ta szarość, że potrafię stać kilka minut na schodach i patrzeć, patrzeć, cieszyć się tą srebrzystą otuliną. W te białe i czarne ramki włożyłam czarno-białe nasze zdjęcia. I zrobiło się znacznie bardziej przytulnie i znacznie bardziej po naszemu. Brakowało mi jakiegoś pieprzyka w moim domu, w wieżowcu były to czerwone ściany, a tutaj to co do tej pory urządziliśmy było jakieś takie zbyt gładkie, zbyt nowe (choć często ze "staroci"), idealne... I w końcu ta tapeta, stara gazeta, szkoda że napisy nie-polskie, że nie "Trybuna Ludu", ale jest ten element zaskoczenia czy szaleństwa o jaki mi chodziło.
Oczywiście nie koniec na tym ;) Już rozmyślam nad kolejnymi zmianami, ale jestem naprawdę szczęśliwa z tą szarością.
I mam w gabinecie nowe biurko. To znaczy stare, znaczy się ze sklepu ze starociami. Oboje kochamy bowiem starocia. Powstrzymujemy się siłą, żeby cały dom nie był "starociowy", ale jakoś słabo nam to powstrzymywanie się wychodzi. Bo starocia mają duszę, stare meble są piękne i wykonane porządnie. Pisząc 'starocia' nie mam bynajmniej na myśli art-deco, zdecydowanie bardziej przemawia do mnie styl XIX-wieczny. I choć nie znam się na tym, to odróżniam ładne od brzydkiego, albo tak mi się wydaje ;)

No dobra, nie wszystko jest z XIX wieku:
Kupiliśmy ostatnio na targu staroci dwa takie krzesła, w cenie 50 zł za oba :) Będą przemalowane na biało. Czy tylko my uważamy, że są piękne???

Pozdrawiam listopadowo, ciesząc się że nie ma śniegu!

czwartek, 10 listopada 2011

Praca wre

No i skończyła się ładna pogoda. Zimno u nas jak diabli, i szaro. W sumie - w końcu porządny listopad :) A u mnie praca wre, i w domu, i w ogrodzie.
W domu postanowiłam zmienić niektóre kolory ścian. Odmówiłam dalszego funkcjonowania w żółtym otoczeniu. Może i żółty jest słoneczny, optymistyczny itp. ale w dużej ilości wzbudza agresję. W wieżowcu mi nie przeszkadzał, tutaj bardzo. Zamiast żółtego będzie... szary. Trochę czasu mi zajęło, żeby Miły uświadomił sobie, iż jest to jego ulubiony kolor ;) Ale jak już sobie uświadomił, to wszystko chce malować na szaro. Bo szary, proszę Państwa, jest śliczny, ciepły i wszystko do niego pasuje - oczywiście pod warunkiem że wybierzemy odpowiedni odcień. Trzeba uważać, bo wiele szarych farb zalatuje błękitem albo fioletem, a to nie o to chodzi. My wybraliśmy Szarotkę Beckers'a". Pomocnych rąk jak widać nie brakowało:

A oto efekt końcowy (oczywiście w rzeczywistości jest ładniej, bardziej... srebrzyście)


Teraz jeszcze "tylko" cały hall, klatka schodowa i hall na piętrze. Na szaro.

A w ogrodzie - okopywanie, obsypywanie i opatulanie:


Chociaż niektóre rośliny wcale nie zamierzają spać, wręcz przeciwnie (i całe szczęście, chcę więcej takich):


A, i jeszcze jedno: deweloper już zbudował stołówkę, ale catering jeszcze nie dotarł :)


Pozdrawiam ciepło! Aby do wiosny :)

wtorek, 1 listopada 2011

Jesień na tak, zima na nie

Nie pamiętam, kiedy ostatnio padał większy deszcz. Tyle już dni świeci słońce, że nie robię w domu tego, co sobie zaplanowałam - skupiam się na pracach ogrodowych, póki jest ładnie. Teraz wprawdzie dzień będzie krótszy, ale na razie zupełnie nie mamy powodu do narzekań, prawda? Za to z niepokojem oglądam prognozy długoterminowe, na razie nie zapowiadają śniegu, uff. Nie chcę śniegu, nie chcę śniegu, niechcęśniegu, niechcęśnieguniechcęśniegu... Perspektywa zimy wciąż mnie przeraża, owszem, przeżyliśmy poprzednią, nie mieszkamy na odludziu ani w lesie, mamy blisko drogę wojewódzką, ale to i tak był koszmar. Dlatego nikomu nie doradzę by miał dom w dziczy. Chyba że ma własną odśnieżarkę i samochód z napędem na 4 koła. Ja nie mam ani jednego ani drugiego. Za to mam dom oddalony od ulicy o co najmniej 60 metrów. Jest to świetne przez 3/4 roku, ale ta jedna czwarta... Nie rozumiem tych, którzy lubią zimę ani tych, co utknięcie w hałdzie śniegu traktują jak zabawną przygodę. Mnie to, cholera, nie bawi. Jeśli zatem niebiosa ogłoszą jakieś głosowanie, to ja optuję za zimą bezśnieżną. Wolę dżdżystą i mglistą, najlepiej brytyjską, żeby można było ją przechodzić w pantoflach. Howgh, powiedziałam.
A tymczasem parę widoczków z ogrodu. Znaczy, ekhm, przypadkowych acz hurtowych nasadzeń w obrębie zakupionej działki.

Od lewej: przekwitnięty powojnik, przebarwiony rozchodnik okazały, pośrodku miskant, z prawej dwa berberysy i rozchodnik mały :) Miskant chiński ale nie olbrzym, przynajmniej mamy taką nadzieję. Jednakże po obejrzeniu kolejnego odcinka "Roku w ogrodzie", zamarzył nam się również i ten kilkumetrowy wielkolud. Mamy go gdzie posadzić przecież. No i zakochałam się w rozplenicy japońskiej, muszę ją mieć, bo jest przepiękna!

Od lewej: zbrązowiałe liście magnolii, strona zachodnia domu z kilkuletnimi sosnami, czarne kikuty rudbekii (okazałej, zdaje się), które tak wyglądają odkąd ciocia z Olsztyna wykopała kwitnące i mi dała a było to w sierpniu; dalej huśtawka z córką albo córka z huśtawką, poniżej hortensja i przebarwiony modrzew. Hortensje na działce mam dwie, ale chyba im się u nas nie podoba. Nie wyglądają tak, jak hortensje "u ludzi". Marnie kwitną, liście im szybko brązowieją, i w ogóle stroją fochy. Może w przyszłym roku się poprawią, a może nie.

A tu widoki południowo zachodnie plus kawałek naolejowanego mebla. Olejowanie się udało, więc nadal uważam, że to świetna robota.

Faaajna jest ta jesień, niech więc trwa jak najdłużej...