jesień

jesień

czwartek, 29 września 2011

Rozpaliłam dziś w piecu...

... pierwszy raz w tym sezonie. Zajęło mi to czterdzieści długich minut, podczas których uwędziłam się dymem, wykonałam dwa telefony do Miłego w celach konsultacyjnych, przypomniałam sobie czemu chciałam zmienić ogrzewanie na gazowe oraz dokonałam analizy składu współczesnych papierowych kartek (mniej papieru w papierze - nie chcą się palić).
Zatem z niechęcią przyznaję, iż sezon grzewczy właśnie został otwarty. A prognozy długoterminowe nie dają nadziei na to, iż grzanie będzie tylko sporadyczne. (I tak się łudzę, że się nie sprawdzą).



Pozdrawiam CIEPŁO.


środa, 28 września 2011

Koniec września w moim ogrodzie

Wrzesień... niby koniec lata, a właściwie początek jesieni. Jeszcze są gorące dni, ale poranki i wieczory już wyraźnie chłodne. Nawet komary stacjonujące w domu nie mają ochoty na naszą krew. A w naszym ogrodzie jest tak:

- kwitną wytrwale dalie, cynie i aksamitki, choć te pierwsze już wyraźnie kończą; przekwita ostróżka ale jeszcze świeżo wysiana naparstnica pokazuje swoje piękne oblicze; i wysiały mi się jednak rudbekie:


- berberysy cudownie się przebarwiają, dojrzewają owoce ogników a grujecznik wcale nie jest śliczny i nie pachnie piernikiem (może w przyszłym roku?)


- jeszcze można znaleźć świeżo zakwitłą malwę, jedna z krzewuszek obsypała się kwiatami lepiej niż wiosną, druga piękna i bez kwitnienia; powojniki kwitną bądź pokazują swoje "pędzelki"; a rozchodnik stał się barwną plamą i ulubionym miejscem pszczół; hibiskus jeszcze nie wie czy mu się u nas podoba... a fuksja zakwitła po raz czwarty albo piąty, wariatka! (pamiętać, żeby na zimę wykopać; wiosną kupić więcej)

- iglaki zachowują się różnie: sosny pięknie się przebarwiają, modrzewie zaraz zrzucą igły, białobok jakby bardziej srebrny a świerki serbskie... takie same ;)

- zadomowiły się trawy i azalie, mięta szaleje (trzeba jej będzie założyć "betonowe buty") a maliny wciąż dojrzewają:

- ale są takie miejsca, gdzie bezapelacyjnie rządzi jesień:

I wiecie co? pięknie jest! I naprawdę lubię ten mój niedoskonały ogród!

Na koniec jak zwykle pytanie - co to jest? Krzaczor zielony, na każdej gałązce ma po 3 listki; pozostałość po dawnych właścicielach. Ciocia-ogrodniczka (amatorka) mówi, że to podkładka pod coś, co tu było zaszczepione ale nie przetrwało. W każdym razie ten "trójlist" nie kwitł tej wiosny i w ogóle nic oprócz liści nie ma. Zostawić, czy wywalić?

Edit: Już wiem, że to ZŁOTOKAP, czyli ciocia-ogrodniczka nie miała racji - dzięki, Aneta! Natomiast problem "zostawić czy wywalić" wciąż jest aktualny, a nawet stał się większym problemem, ponieważ złotokap jest silnie trujący. Podobno dawka śmiertelna dla dziecka to kilka nasionek. Pytanie brzmi: czy 5-letnie dziecko będzie jeść nasiona? Chyba nie, ale czy warto ryzykować? Kurczę, a miało być łatwiej po rozwiązaniu zagadki...


Na dziś tyle. Biegnę sadzić cebulowe; od dziś do piątku można.




czwartek, 22 września 2011

Doniesienia z ogrodowego frontu

Nadszedł czas na jesienne prace ogrodowe. We wrześniu wiele jest do zrobienia, o czym każdy szanujący się ogrodnik czy działkowiec wie. Miotamy się więc z Miłym od początku miesiąca po różnych częściach działki, bo jako ludzie zatrudnieni na etatach czasu mamy jak na tak zwane lekarstwo. Zajmowanie się ogrodem i warzywnikiem raz na tydzień, w soboty, nie wystarcza, nawet jeśli pomagają nam wezwane w desperacji mamy.
Dziś miałam wolne 3 godziny, więc zajęłam się dziwaczkami. Postanowiłam je wyrwać, bo zamiast rozwijać wieczorami aromatyczne kielichy, zaczęły zasypywać podłoże nasionami wielkości mysich bobków. Zrobiłam jeszcze pamiątkowe zdjęcie dziwaczkowych krzaczorów:

 i raźno zabrałam się do pracy. Poległam od razu przy pierwszym krzaczku, ponieważ okazało się, iż WYRWAĆ to się ich z całą pewnością nie da.
To po lewej to łodyga, to po prawej - korzeń. Wzięłam więc szpadel, co mi bardzo pomogło na nerwy :)

Ponadto mam na działce pewną roślinkę, która mi spędza sen z powiek. Panie i panowie, może wiecie, jak się nazywa ten śliczny kwiatek?

To po prawej to ziemia zadarniona przez siewki tego cholerstwa. Mam go w całym starym ogrodzie i wyrywam w tym sezonie już trzeci raz, a on się rozrasta jak zaraza. Jak się tego pozbyć???


I na koniec jesienne klimaty, bo już się nie upieram z tym późnym latem przecież :)
Wrzosy niestety tylko w doniczce. Nie założę w tym roku wrzosowiska z prozaicznego powodu - nie mam za co. Bardzo żałuję, ale cóż, bywa i tak.


A drugi klimat to klimat chwastowy, oczywiście wiem że widok dmuchawców na trawniku źle wróży, ale zaprawdę powiadam wam, to nie są najgorsze chwasty, jakie mogą rosnąć w ogrodzie.

Zresztą, są urocze, i za każdym razem jestem pod wrażeniem geniuszu, jakim wykazała się Przyroda w temacie rozmnażania się tej rośliny.


W sobotę kolejna odsłona akcji "prace ogrodowe". Ciekawe, ile uda się zrobić.

poniedziałek, 19 września 2011

Jak nie urok to s..., jak nie chlewik to stodoła

Wspominałam wam już o chlewiku, prawda? I o tzw. pochlewiku również. Nie pochwaliłam się stodołą, na którą mam widok po wyburzeniu chlewika. Jest wprawdzie trochę dalej, ale jest stara i paskudna, ogromna i pokryta eternitem. Nie wyburzymy jej, bo trzymamy tam węgiel, może też służyć za garaż którego przecież nie mamy (chociaż zimą opcja garażu w stodole kompletnie się nie sprawdziła), no i jest to kawał przestrzeni, ze 200 mkw, która może się przydać.
Omamieni tego typu zdjęciami (stąd i stąd):


wpadliśmy na pomysł, żeby ją obsadzić winobluszczem pięciolistkowym. No i na razie wygląda tak:


czyli bez rewelacji, oględnie rzecz ujmując. Niby winobluszcz szybko rośnie - 50cm sadzonki wsadziliśmy w marcu albo kwietniu tego roku. Ale znacznie gorzej rosną te same sadzonki po stronie lewej stodoły, niż po prawej. A ściślej - gorzej na północnym wschodzie niż na północnym zachodzie. Fakt, że od strony lewej światło zasłaniała gęstwina złożona z leszczyn, chwastów i świerków, które zostały usunięte bądź przycięte. Ale nie wiem, czy to pomoże. Zresztą, stodoła nadal jest paskudna. Macie jakieś pomysły na zaaranżowanie tego przodu, poza banalnym winobluszczem?


edit: zbliżenie dla Anety - pięciolistkowy, nieprawdaż?

środa, 14 września 2011

Koliber ;-)

Kolejną zmianą w porównaniu z moim dawnym życiem jest to, że permanentnie mam na wsi problemy z zasięgiem. Trudno mi się do ludzi dodzwonić, trudno dogadać gdy oni dzwonią - wszyscy narzekają na buczenie, rzężenie, szumienie i inne dźwięki telefonu. Jako-takim rozwiązaniem, nie tyle usprawniającym co po prostu umożliwiającym komunikację przez komórkę, jest wychodzenie na taras. Niestety, operator sieci nie ma litości i na taras wychodzić trzeba niezależnie od pory dnia, pory roku czy pogody.
No i wczoraj, stojąc na tarasie i rozmawiając z mimo-zą zauważyłam dwa dziwne latające wokół moich dziwaczków stwory. Stwory owe miały co najmniej 10 cm długości (na oko), 3 cm grubości, bardzo szybko poruszały skrzydłami i zachowywały wobec dziwaczków pozycję pionową, wysysając nektar swoimi trąbkami. A może dziobami? Bo pierwsze, co mi przyszło do głowy to myśl, że jest to... koliber! Zostawszy jednak haniebnie wyśmiana przez mimo-zę, zaczęłam szukać innego, bardziej prawdopodobnego wyjaśnienia. Na ćmę owe stworzenia nie wyglądały - z racji rozmiarów i ruchów ciała (o dziobie nie wspominając). Wyszło więc na to, że to nietoperze. Myśl ta zatrwożyła mię na tyle, że postanowiłam się z tarasu ewakuować. Ciekawość moja była jednak tak silna, że wysłałam na plac boju Miłego, który po wstępnych oględzinach stwora orzekł, iż jest to... koliber ;) Nie ma to jak zgodność w związku... Resztki naszego zdrowego rozsądku spowodowały jednak, iż nie przyjęliśmy owej hipotezy. Jakimś rozwiązaniem wydawało się zrobienie stworom zdjęcia, ale celowanie aparatem w ciemność okazało się niełatwym zadaniem. Coś tam jednak mi wyszło:

Przyznajcie, że trochę jak koliber ;)
No ale już wiem, że to ćma. Naprawdę wielka. Ktoś wie, jak się taka ćma zwie?

piątek, 9 września 2011

365 dni na wsi

Dokładnie dziś mija rok, odkąd wbiliśmy łopatę... wróć, odkąd ostatecznie wprowadziliśmy się do DOMU. Nie zbudowaliśmy go, kupiliśmy już zbudowany. Przeprowadzka trwała ponad tydzień, bo okazało się, że mamy mnóóóóóstwo rzeczy! Ale 9. września 2010 roku, po 3 miesiącach oczekiwania na klucze doczekaliśmy się. Zamieniliśmy na dom TO:
... czyli śliczne 51metrowe mieszkanie w ohydnym wieżowcu, mieszkanie, z którego na piechotę chodziliśmy na Starówkę, z którego wszędzie było blisko, ale nienawidziliśmy tego bloku, smrodu, wycia cudzych psów, komunistycznych placów zabaw, życia niczym szczury w klatkach, więc zamarzyliśmy o domu...
... to znaczy ja zamarzyłam i zaraziłam tym marzeniem Miłego...
... po czym się okazało, że domy w Mieście kosztują majątek i nigdy nas nie będzie na nie stać...
...zaczęliśmy więc szukać pod Miastem, tak tylko, żeby się zorientować w ofertach.
I niemal od razu znaleźliśmy ten dom:
Spodobało nam się w nim wszystko: wielkość, rozkład pomieszczeń a nawet kolory ścian (człowiek w emocjach niewiele widzi). Ale wtedy, a było to ponad 3 lata temu, spłacaliśmy jeszcze kredyt za mieszkanie, więc z żalem odjechaliśmy i porzuciliśmy poszukiwania domów na następne półtora roku. Przez ten czas śniłam o tym domu, a im bardziej o nim śniłam, tym bardziej mi się podobał. Modliłam się żeby dom na nas poczekał, żeby nikt go nie kupił. I choć modły o to były zupełnie irracjonalne, to się spełniły. Dom na nas czekał. Tyle, że był znacznie droższy. Ale my już byliśmy w amoku i postanowiliśmy go kupić niemal za wszelką cenę. Po drodze okazało się, że właściciele to paranoiczni popaprańcy a formalności związane z kolejnym kredytem są niczym w porównaniu z użeraniem się z tymi ludźmi. W końcu jednak wszystko się skończyło dobrze, to znaczy podpisaliśmy umowę notarialną, zaprzedając duszę diabłu czyli bankowi ... i wtedy powrócił zdrowy rozsądek. Ale było już za późno. Okazało się, że posiadanie domu wiąże się z mnóstwem pracy, że dodatkowy stary dom na działce stanowi tylko kłopot, że nic nie możemy znaleźć, bo mamy za dużo pokojów, że te pokoje trzeba urządzić a to kosztuje, itd. itp. Zanim się z nową sytuacją oswoiłam, spadł śnieg. 30 listopada, 2 i pół miesiąca po przeprowadzce. A dokładniej - spadło pół metra śniegu naraz. I tak zostało do lutego. Nie wiem, jakim cudem nie zwariowałam albo nie popełniłam samobójstwa, w każdym razie byłam blisko. Na szczęście wiosna w końcu przyszła a wraz z nią nadzieja, że będzie dobrze. No i jest coraz lepiej, choć wciąż miewam chwile zwątpienia. Ratuje mnie to:

Przyrodę kochałam zawsze, więc jest szansa, że się zaaklimatyzuję.

Już nie przynudzam.

Tylko jeszcze pozwólcie, że umieszczę w tym miejscu APEL do wszystkich, którzy chcą się przeprowadzić do domu - nie róbcie tego jesienią!
Do domu należy się wprowadzać wiosną, wtedy wszystko wydaje się łatwiejsze!

Pozdrawiam ze Wsi. Jeszcze ze 2 lata i powiem - z MOJEJ wsi ;)

wtorek, 6 września 2011

Przegląd fauny wiejskiej (in order of appearance)

Ponieważ wielkimi krokami zbliża się rocznica naszego „zwieśniaczenia”, naszło mię przeto na podsumowania i wspomnienia. Najsampierw podsumowanie zwierzyny jaka zamieszkuje na stałe bądź czasowo nasz ogród. Trochę tego było.

  1. Pędraki – protoplaści chrabąszczy majowych. Zwierz tłusty, biały i wijący się, a z przodu szczęki posiadający. Obrzydliwy i niebezpieczny – podgryza rośliny. Niekoniecznie da się go wytępić.
  2. Kret, zwany pajacem (inne określenia nie nadają się do publikacji). Jak wygląda każdy wie, choć rzadko daje się fotografować. Miłośnik pędraków (podobno), najbardziej lubi się podkopywać pod świeżo założony lub skoszony trawnik, ewentualnie pod cenne egzemplarze roślin, co powoduje atak apopleksji u właścicieli ogrodu. Jak dotychczas próbowaliśmy go wykurzyć za pomocą aparatu generującego dźwięki (skutek: jeszcze gorliwiej robione podkopy), próbując się z nim zaprzyjaźnić (nie wyszło) oraz próbując zignorować jego działalność, licząc na to, że mu się znudzi (nie wyszło). Ponieważ jesteśmy ludźmi miłosiernymi, nie zastosowaliśmy sposobu z saletrą ani tym bardziej z trucizną, więc pajac pajacuje nadal a nasz trawnik wygląda tragicznie.
  3. Myszy. W domu znalazła się jedna, a paniki było na dziesięć. Prawdopodobnie mieszkają u nas w stodole, o ile nie wyjadły ich koty. Nie sprawdzałam na wszelki wypadek.
  4. Ptaki. Sikory, wróble, dzwony, kopciuszki, kosy, rudziki, jaskółki… Zimą dokarmiamy, wiosną posialiśmy dla nich słoneczniki i zasadziliśmy ogniki. Chyba nas lubią. Jednak największą radość mają z tego koty – w dowód wdzięczności jeden z nich zostawił mi na tarasie ptasiego nieboszczyka.
  5. Koty. Własnych nie mamy, choć lubimy. Ale ponieważ nie mamy też psów, to odwiedzają nas koty cudze. W ilości dość znacznej. Mam nadzieję, że żywią się myszami ze stodoły, choć możliwe że wolą ptaki – jeden z nich stacjonuje na wszelki wypadek w karmniku, zwłaszcza w słoneczne dni, choć i przed deszczem jako tako można się tam schronić. Widok kociego dupska wystającego z karmnika jest naprawdę bezcenny.
  6. Mrówki. Mają dobrą prasę, bo niby takie pracowite. W rzeczywistości zdrajcy i kolaboranci – współpracują z mszycami, chroniąc je przed biedronkami bo im się to opłaca. Ponadto drążąc podziemne tunele są w stanie sporo zniszczyć. Włażą do domu, jak się straci czujność. Z domu wykurzyłam je jakąś trucizną (nie jestem z tego dumna), spod róż – inną trucizną (jw.) oraz proszkiem do pieczenia. Pomogło, i wydatnie zmniejszyło ilość mszyc.
  7. Mszyce. Podobno jest ich w Polsce 700 gatunków. Zatem walka z nimi to walka z wiatrakami. Jako przeciwniczka chemii stosowałam wodę z sodą, ale chyba było ich na różach za dużo, i musiałam kupić jakiś shit. Który pomógł. Pomogło też wykurzenie mrówek z rabatki różanej. Mam spiskową teorię, że mszyce pojawiają się po zastosowaniu nawozu, po to, żeby musieć zastosować preparat na mszyce. U mnie róże podsypane nawozem były oblepione mszycami, zaś róże nienawożone nie miały ani jednej mszycy. Przypadek?
  8. Chrabąszcze majowe. Wykształcają się z pędraków, najeżdżają sady, wsie i miasta faktycznie w maju, gdzie tną wszystko co popadnie, a najchętniej drzewa i krzewy owocowe. Majowe wieczory przypominają więc atak bombowców – niebo jest od nich niemal czarne (wcale nie przesadzam!). Sposobu na nie nie ma, bo nawet opryski nie dają gwarancji.
  9. Pszczoły, osy i trzmiele. Zapraszamy w nasze progi, bo podobno coraz mniej na świecie a przecież bez nich zginiemy. Mamy więc na działce mnóstwo kwiatów kwitnących od lutego (prymule) po marzec i kwiecień (tulipany, hiacynty), maj (róże), czerwiec i lipiec (budleja, róże, kosmosy, słoneczniki, dalie itd.), sierpień (róże, aksamitki, rudbekie, facelia), aż po wrzesień i październik (aksamitki) a nawet listopad (chryzantemy). Mamy też kwitnące drzewa i krzewy. Nasze owady szczególnie lubią maliny, słoneczniki, aksamitki i facelię.
  10. Motyle. Niepożyteczne ale i nieszkodliwe. Sprawiają że ogród ożywa i pięknieje. Korzystają z pyłku naszych kwiatów, a szczególnie lubią budleję (czyli to prawda, co o budlei piszą).
  11. Muchy i muszki. Muchy paskudnie brzęczą, muszki rozmnażają się chyba przez pączkowanie, bo z jednej nagle robi się dziesięć. „Dzięki” muszkom nawet banany trzymam w lodówce, co im oczywiście nie sprzyja (bananom, muszki wlatują nawet do lodówki). Małe toto, a strasznie upierdliwe.
  12. Komary: no comments. W czerwcu i lipcu ich nie było, odbiły sobie tę nieobecność później – i to z nawiązką.
  13. No i psy. Na działce nie ma, ani nas nie odwiedzają cudze, ale mieszkają po sąsiedzku. Małe, głupie, jazgotliwe. Szczekają za każdym razem, jak się podchodzi do własnego płotu, szczekają prawie cały czas w nocy. Od czasu do czasu przypominają sobie, że są kuzynami wilków i wyją. A ja warczę pod nosem słowa nie nadające się do druku.
Oczywiście ta lista obejmuje tylko zwierzęta najczęściej u nas występujące, bądź wzbudzające najwięcej emocji. Nie wymieniłam pająków, gąsienic, ślimaków, koników polnych, ciem i wielu innych robali.
Krótki wniosek na koniec, żeby nie przedłużać – mieszkanie na wsi nie jest dla paniuś, co to piszczą na widok pająka. Twardym trzeba być, nie miękkim ;) Jednocześnie ta dzika ilość zwierzyny uświadamia, że jesteśmy tylko częścią przyrody i to wcale nie najważniejszą. Mnie ta myśl uspokaja.

czwartek, 1 września 2011

Podsumowanie tzw. wakacji


Nie lubię słowa wakacje, bo kojarzy mi się ze szkołą, a do szkoły to ja wracać nie mam zamiaru, nawet mentalnie. Ale jest to niestety najbardziej trafne słowo, gdy chce się podsumować lipiec i sierpień, bo urlop trwa krócej a lato dłużej. W każdym razie bilans jest następujący:

Stan konta: lepiej nie mówić
Opalenizna: rolnicza (czarne ramiona, dekolt i plecy, brązowe łydki, reszta biała)
Stopień odpoczynku: 8 w skali od 1 do 10
Bilans kilogramów: na szczęście nie sprawdzałam
Stan psychofizyczny: rozleniwienie, a dziś "jaskółczy niepokój" (może trauma ze szkoły)
Ilość nowych roślin: co najmniej 30 (mam też ciocie ogrodniczki, choć amatorki)
Poziom wnerwienia na dziecko: nie większy niż zwykle (poza paroma kryzysami wyjazdowymi)
Poziom wnerwienia na męża: mniejszy niż zwykle
Ilość włosów: większa niż zawsze, bo z powodu stanu konta odwołałam fryzjera ;)
Stopień zadowolenia z domu i ogrodu: coraz większy.

Wychodzi na to, że bilans na plus, mimo wszystko :)

A powojniki mam takie:

Trzy kwitną, trzy już nie. Te niekwitnące są niebiesko-fioletowe, różowe i granatowe. Świetne. Mam też dwa powojniki od cioci, które lada chwila będą kwitły - ich barwa jest na razie niespodzianką, bo dostałam je w postaci 2 listków. Łącznie mam 8 powojników. Szał ciał po prostu.

I jeszcze chciałam przedstawić roślinę, którą się nawet zachwyca mój Miły, zatwardziały miłośnik "tylko iglaków i ostatecznie róż":




Kwiatek nazywa się dziwaczek - bo rozchyla płatki wieczorem i w nocy. Pachnie słodko, wyhodowałam go z nasion, jest wielkim pięknym krzakiem, to znaczy kilkoma krzakami. Ma jedną wadę: jest jednoroczny. Ale będę kupować co roku!

Szczęśliwego nowego (pracowego i szkolnego) roku życzę! I oby humory was nie opuszczały!