jesień

jesień

wtorek, 30 sierpnia 2011

Późne lato

Nie żadna tam jesień. Ja jesieni nie czuję. Widzę za to i czuję, że jest późne lato - pora roku, za którą przepadam. Wyobrażam je sobie jako piękną, dojrzałą kobietę o pełnych kształtach, kobietę która urodziła i wykarmiła wiele dzieci, kobietę ogorzałą, spełnioną i gotową do obdarowywania innych. Taki miks Wenus z Milo, Jennifer Lopez i włoskiej Mammy :) W każdym razie jest cudownie. Roślinnym symbolem późnego lata jest w tym roku ta róża, uginająca się pod ciężarem kwiatów:

Późne lato to obfitość plonów. U mnie także obfitość kwiatów. Róże, dalie, dziwaczki, kosmosy, nagietki, lawendy, rozchodniki, ostróżki (po raz drugi, hurra!), słoneczniki - radują mnie od rana do nocy. A jedna z krzewuszek wypuściła dwa nowe kwiatuszki - kwitnie już trzeci raz w tym sezonie.



Ponadto melduję, iż ogniki jeszcze nie zaczerwienione/zażółcone, słoneczniki w większości niedojrzałe a winobluszcz nie przebarwiony.


A zatem lato - i tej wersji będę się trzymać, póki się da :)

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Drugie Gdzie Indziej przeszło do historii :(

Drugie Gdzie Indziej było w przeciwnym kierunku niż pierwsze. Byłam krócej, przeżyłam więcej. Za domem nie tęskniłam.

No, ale czas wrócić do rzeczywistości. Dostałam od Wujka "kilka" roślin (6 powojników, świerk Białobok, śnieguliczka, miskant, kostrzewy, funkja i parę takich, których nazw już nie pomnę), którym trzeba znaleźć miejsce na działce, co oznacza mnóstwo pracy. A czasu jak zwykle nie mam.

sobota, 20 sierpnia 2011

Powrót z pierwszego Gdzie Indziej

Dobrze jest czasem wyjechać z domu. Szczególnie, gdy się na ten dom narzeka - że za mały, źle urządzony, z niewygodnymi łazienkami, za daleko od miasta, z kiepskim ogrodem... Znalezienie się gdzie indziej pozwala na złapanie oddechu, dystansu, na odpoczynek od tego, co we własnym domu wkurza czy męczy. Gdzie Indziej jest zawsze inaczej - czasem lepiej a często gorzej, bo nie "po naszemu". Dzięki temu powrót do domu, na który się narzekało, jest powrotem radosnym.
Mnie wystarczył tydzień bycia Gdzie Indziej - i to niedaleko, 360 km od domu, by za domem zatęsknić. I to już drugiego dnia po wyjeździe. Tęskniłam bardziej niż sądziłam. Właściwie o wiele bardziej - bo nie sądziłam, że w ogóle będę tęsknić. A gdy wróciłam, zobaczyłam ładny ogród, świetną kuchnię, przytulny salon. Zobaczyłam dom, w którym dobrze się czuję, mimo wszystko.

Warto było wyjechać.




Za półtorej doby wyjeżdżam do innego Gdzie Indziej. Ciekawe, czy też będę tęsknić za domem.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Warszawa da się lubić...

Suchość w ustach, przyspieszony puls i ból brzucha i stan, który nazwać mogę ogólnym rozedrganiem. Tak reaguje moje ciało, gdy przejeżdżam przez Warszawę. Za każdym razem. I choć nie kocham stolicy, bo kocham Lublin, to przyznaję, że jest między mną a Nią jakaś chemia. Warszawa mnie pociąga, mami, podnieca, kusi. Mam z nią związanych parę przepięknych wspomnień, ale to chyba nie o to chodzi. Chemia i już.

A tak w ogóle, to jestem Gdzie Indziej. I jest tu strasznie wolny komputer, więc blogowanie mam mocno utrudnione. Odwyk. Ale przyjemny :)

sobota, 13 sierpnia 2011

Ku pamięci - ogród w lipcu

Strona północna, przed domem:











Strona północno-zachodnia, czyli przy podjeździe:











Strona południowa, za domem, przy tarasie, jednoroczne posadzone na miejscu wiosennych tulipanów i róża na pniu od Miłego. A, i zaplątał się też szczawik (ten z fioletowymi liśćmi) a to bylina przecież, bardzo fajna:











Widok na taras, jaki mają nasi sąsiedzi, jeśli wejdą do swojego warzywniaka i staną przy płocie ;)














Strona, yyy, południowo-zachodnia, zwana przeze mnie wsiową rabatką:










No i strona wschodnia, oraz tzw. środek czyli pochlewik, południowe-południe:












Celowo nie ma rzutów na plan dalszy, bo bieda z nędzą. Nie znamy się zupełnie na projektowaniu ogrodów, nie mamy kasy na fachowca, więc w tym roku wszystko jest tworzone metodą prób i błędów (głównie błędów, jak sądzę). Nie pokazałam jeszcze tzw. starego ogrodu, ale to dlatego, że go nie ogarnęłam w tym roku. Wyrwałam tylko, co było zbędne i zostały róże, piwonie i ostróżki oraz niestety maliny (lubię, ale w tym miejscu nie pasują, a Miły nie pozwala wyrwać choć mamy jeszcze wiele innych krzaków). Niestety, odwiedziłam ostatnio bloga Gai, więc już mi się nic w moim ogrodzie nie podoba. Pocieszam się, że mój mam dopiero od 11 miesięcy.
Trzymajcie kciuki, żeby za rok wyglądało to o niebo lepiej. I żebyśmy znaleźli pomysł na te i pozostałe metry kwadratowe, bo zarówno przed domem, jak i za domem mamy jeszcze duuużo ziemi. No dobra, inni mają więcej (Gaja ma 7000m2), ale większość ma mniej (800-1000m2). Ja mam 2700.

Hm, ale i tak się cieszę że mam tyle ziemi, wiecie?

czwartek, 11 sierpnia 2011

Nie chwal dnia przed zachodem słońca...

Wietrzny, zimny, nudny dzień sierpniowy spędzony pod znakiem gotowania (zupa koperkowa, leczo) i pieczenia (ciasto marchewkowe), urozmaicany od czasu do czasu występami małoletnich - podczas gdy inni ciężko pracowali,

znienacka - w wyniku mojego szalonego pomysłu oraz szalonej zgody Miłego - uprzyjemnił się wieczorną wycieczką do Kazimierza, który o tej porze (19.30-20.30) był niemal wyludniony, dzięki czemu wyraźniej widać było jego urok.




Ale żeby dzień ów stał się niezapomnianym, w drodze powrotnej auto nasze nagle całkowicie odmówiło posłuszeństwa. Perspektywa spędzenia nocy w środku lasu, 20 km od domu nie wydawała się atrakcyjna, zwłaszcza dla małoletnich a i my nie mieliśmy na to szczególnej ochoty. Pchanie auta w całkowitych ciemnościach pod górkę nie było najprzyjemniejszą częścią wycieczki, z górki było lepiej ale i tak bezowocnie. Atakowi paniki u córek zapobiegła moja oscarowa kreacja pt. "Nic się nie stało, wszystko będzie dobrze". Na szczęście rzeczywiście wszystko dobrze się skończyło, ale ciało zmęczone rolą Oazy Spokoju zemściło się okrutnym skurczem żołądka. A córki, zwłaszcza Duża, nie mogły zasnąć z emocji.


Zatem nie nazwałabym tego dnia nudnym, oj nie.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Córki

Aktualnie na stanie posiadam dwie. Swoją i cudzą. Rodzoną i cioteczną. Małą i dużą. Między Małą i Dużą jest 5 lat różnicy. Mała jest jedynaczką, Duża ma dwóch młodszych braci. Mała chodzi do przedszkola, Duża do szkoły. Mała jest zodiakalnym Baranem, Duża też. Dlatego te 14 dni, które razem spędzą, dla każdej z nich jest w pewnym sensie obozem przetrwania. Dla Małej - poznanie swojego "miejsca w szeregu", rozpoznanie granicy pomiędzy uwielbieniem starszej siostry a pozostaniem sobą, nauka dzielenia się i ustępowania. Dla Dużej - próba samodzielności, przetrwania kilkunastu dni bez mamy, taty i braci, szkoła asertywnego wyrażania swoich potrzeb i przystosowania się do zwyczajów opiekunów.

A dla nas, czyli opiekunów - próba cierpliwości, nauka układania fryzur, szkoła sprawiedliwego traktowania i podwójnego rodzicielstwa. Zapowiada się więc co najmniej interesująco ;)


piątek, 5 sierpnia 2011

Sianokosy i chwastobranie

Sianokosy, czyli cotygodniowe koszenie trawy, były przedwczoraj. Kosił mój Miły. Dziś za to stosy suchej trawy czekały na zgrabienie i wrzucenie do kompostownika. Zgrabiłam. Wrzuciłam. Zajęło mi to absurdalną ilość czasu, jakieś 6 godzin, dzięki czemu ułożyłam Pierwsze Prawo Niedoświadczonego Ogrodnika. Brzmi ono tak: Wszelkie prace ogrodowe zajmują nieskończenie więcej czasu niz jesteś to sobie w stanie wyobrazić. Nie myślcie sobie, ze mamy jakiegoś fioła na punkcie trawnika. Nie, nie. Nasz trawnik nie wygląda bynajmniej jak pole golfowe. Trawa ma służyć temu, zeby mozna było po niej chodzić boso, żeby rozłożyc koc, żeby biegać. Zresztą, zważywszy na skład owego trawnika, bardziej adekwatną nazwą byłaby "chwastnik". No ale kosić toto trzeba. I zgrabiać. I wyrzucać do kompostownika. Którego zresztą nie mamy. Zamiast niego jest pryzma rozkładających się roślin. Wielka pryzma, na szczęście bezwonna - albo tak mi się wydaje :)
Na kompost wyrzuciłam dziś 10 takich taczek siana. W związku z czym boli mnie teraz kazdy centymetr ciała. Tak to jest, jak się mieszczuch chwyta za grabie :)

Przy okazji zgrabiania dokonałam wstrząsającego odkrycia:
chwasty mogą rosnąć naprawdę wszędzie! No ja wiem, że wszyscy to wiedzą. Ale nie wiecie, co jest na tym zdjęciu! Otóż jest to druga część "pochlewika" pozostałość fundamentu, czekająca na postawienie na niej altany. Ów fundament składa się zatem z betonu i cienkiej warstwy żółtego piachu. To wystarczy komosie, czy jak się zwie ta roślina, aby zapuścić korzenie. Jakie więc szanse w walce z TAKIMI chwastami ma ogrodnik taki jak ja - czyli nie używający chemii? Żadne, proszę państwa.




Ale tak naprawdę, to dzisiaj było baaaardzo sielsko...

Posted by Picasa

czwartek, 4 sierpnia 2011

Wyróżnienie

Taka ze mnie blogowa świeżonka, a już dostałam wyróżnienie od aradhel. Wywołało ono we mnie mały atak paniki (o rety, co teraz powinnam zrobić???), ale już doszłam do siebie. Po pierwsze więc, bardzo dziękuję, aradhel. Po drugie, trzeba teraz się wziąć do roboty - napisać 7 rzeczy o sobie i wyróżnić kolejne osoby/blogi.

A zatem:

1. W dzieciństwie marzyłam o zostaniu pisarką, bibliotekarką lub nauczycielką. Dorosłość przyniosła mi - w pewnym sensie - spełnienie tych marzeń, wszystkich jednocześnie. Szkoda tylko, że nie marzyłam o byciu bogatą...
2. Przez siedem lat mojego życia byłam wegetarianką, przez 4 całkowitą, to znaczy nie jadłam również ryb. Teraz mięsa jadam, ale tylko od wielkiego dzwonu a wegetariańska dieta jest bliska mojemu sercu.
3. Jako owa wegetarianka byłam bardzo aktywna społecznie - na przykład uczestnicząc w manifestacjach przeciwko męczeniu zwierząt w cyrkach. Ach, te ulotki rozdawane pod cyrkowym namiotem, ta konsternacja cyrkowych treserów i policjantów... Wielka była moja naiwność, ale wzrusza mnie to wspomnienie.
4. Lubię jeździć samochodem, choć trochę się boję - odkąd mieszkam na wsi, zaliczyłam już dwie stłuczki (z mojej winy). Ale samochód daje mi uczucie wolności i chwile samotności, o które niełatwo jak się jest żoną i mamą.
5. Najbardziej ze wszystkich rzeczy na świecie kocham książki. Kupować i czytać. Kupuję więcej niż jestem w stanie przeczytać, ale nie potrafię książki wypożyczyć, muszę mieć na własność. Lubię też wracać do tych, które już czytałam - "Dumę i uprzedzenie" czytałam już na pewno 7 razy, a myślę że więcej.
6. Jestem kawoszem. Przez lata wolałam herbatę, teraz jedno i drugie, choć kawa bardziej działa na moje zmysły. Ale musi być z ekspresu albo z kawiarki. Należę do tych szczęśliwców, którzy mogą ją pić nawet o godzinie 17.00.
7. Jestem nocnym markiem. Kładę się spać między 1.00 a 2.00, nawet gdy muszę wcześniej wstać. Na szczęście mam taką pracę, że to "wcześniej" to 7.00. Jednak nawet gdy się nie wyśpię i przez cały dzień ziewam, o godzinie 23.00 ożywam (może jestem wampirem).

Teraz nominacje:
- mimo-za-monika: za niesamowite przepisy, cudowne zdjęcia, hart ducha i wieloletnią znajomość, która jest nienazwaną przyjaźnią chyba
- ZiŁ: jestem waszą fanką, to co robicie jest niezwykłe tak jak wasza miłość, którą widać "między słowami"
- zimno: jesteś dla mnie jak siostra, choć Cię nie znam, ale tak jakbym znała - czytam od samego początku czyli od jakichś 10 lat!
- Green Canoe: za najpiękniejszy blog, jaki do tej pory widziałam, wspaniałe zdjęcia i długie wpisy, które nie nudzą!
- oczywiście White Plate: sztuka kulinarna przez wielkie SZ, a do tego piękne zdjęcia, fascynujące opowieści i pasja!
- Lasche Junk: znam Cię z forum muratora, w blogu podziwiam kreatywność, spontaniczność i wielką miłość do rodziny
- Szycie jest piękne: wbrew nazwie nie tylko o szyciu, piękny blog o pięknym domu i bardzo interesująca gospodyni

Więcej nie dam rady - będąc młodą blogerką nie znam zbyt wielu blogów. Nie wiem, czy można wyróżnić osobę od której dostało się wyróżnienie, w każdym razie chciałam powiedzieć, że aradhel jest fajna ;)

wtorek, 2 sierpnia 2011

Z notatnika rolnika

Fasolkę szparagową trzeba siać porcjami - nie wolno wysiać wszystkich nasion naraz, bo się latem będzie miało do zebrania codziennie parę kilo. Kalendarz działkowca (prezent od mamy) radzi, by wysiewać jeden-dwa rządki co 2 tygodnie. Jak zauważyłam, rzecz dotyczy równie mocno sałaty, rzodkiewki, kopru, szpinaku ...

Pomidory do rozwoju potrzebują dużo słońca i dużo wody. Jeśli jest samo słońce bez wody, to uschną i nic z nich nie będzie; jeśli sama woda bez słońca, to zaczynają gnić (płakać mi się chce, jak na nie patrzę). W przyszłym roku muszę pomyśleć o jakimś daszku. Chyba że nie będzie tak lało. 

Warto posadzić dużo cebuli i czosnku
(podejrzewam, że cebulę też porcjami), bo dodaje się toto do wielu potraw, a przy okazji chronią one inne warzywa przed szkodnikami i chorobami (warzywa doskonałe!). Aha, podczas deszczowego lata pilnować, żeby czosnek nie zaczął gnić, sprawdzać i jeśli tak, to czym prędzej wyrywać i suszyć.






Podobno między grządkami ma też sens sianie lub sadzenie kwiatów, takich jak aksamitka i nagietki. Aksamitki przeważnie są paskudne, ale ta jest świetna, bo nie dość że urodziwa, to jeszcze cała pachnie cytrynowo. Wniosek - nie uprzedzać się do żadnych roślin.

Sens życia



Jedyne życie jakie ma sens, to życie towarzyskie. Tak podobno mawiał Edward Dziewoński. Odkąd mieszkam w domu, zaczynam się ku tej tezie przychylać. Ostatni weekend był szczególnie bogaty pod względem towarzyskim. Mam w związku z tym dwie refleksje:

1. Dzięki Ci, Panie, za przyjaciół.

2. Dzięki Ci, Josephine Cochrane, za wynalezienie zmywarki :)))))



Posted by Picasa