jesień

jesień

sobota, 30 lipca 2011

Czy wspominałam, że na wsi jest fajnie?


Sztukmistrz(e) z Lublina

Festiwal trwa do niedzieli. Kto żyw i może, niech przyjeżdża, bo warto!

http://www.sztukmistrze.eu/pl/home

Pochlewik

Pamiętacie jeszcze paskudny chlewik? Wyglądał tak.

A teraz - uwaga, uwaga, werble grają - tadam!!!













I niektóre szczegóły:

Juka karolińska



















Sosna himalajska (mam nadzieję, że przetrwa zimę)
















Rozchodnik kupiony na wyraźne życzenie Córy












I trawy - turzyce i koeleria













Jest jeszcze klon palmowy i 3 berberysy. Będzie kiedyś altanka.

Cieszę się.

piątek, 29 lipca 2011

Sielskie śledztwo cz.3

Nie bez winy jest i Chełmoński, a właściwie to, że najlepiej znamy te dwa jego obrazy:

"Babie lato"













"Bociany"












No i czy wygląda to nie-sielsko???

Obrazy znalazłam tu.

Sielskie śledztwo cz.2

Nie może zabraknąć i wieszcza:

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
(…)
Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.

Oczywiście Mickiewicz, I księga Pana Tadeusza

czwartek, 28 lipca 2011

Sielskie śledztwo cz. 1

Zaczęłam się zastanawiać, a właściwie sobie przypominać, kto nam zrobił pranie mózgu na temat wsi. Znalazłam pierwszego winnego:

"Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć za raz wszytki?

Człowiek w twej pieczy uczciwie
Bez wszelakiej lichwy żywie;
Pobożne jego staranie
I bezpieczne nabywanie.
(...)
Oracz pługiem zarznie w ziemię;
Stąd i siebie, i swe plemię,
Stąd roczną czeladź i wszytek
Opatruje swój dobytek.

Jemu sady obradzają,
Jemu pszczoły miód dawają;
Nań przychodzi z owiec wełna
I zagroda jagniąt pełna.
(...)
A gospodarz wziąwszy siatkę
Idzie mrokiem na usadkę
Albo sidła stawia w lesie;
Jednak zawżdy co przyniesie.

W rzece ma gęste więcierze,
Czasem wędą ryby bierze;
A rozliczni ptacy wkoło
Ozywają się wesoło.

(...)
Dzień tu, ale jasne zorze
Zapadłyby znowu w morze,
Niżby mój głos wyrzekł wszytki
Wieśne wczasy i pożytki.


Jan Kochanowski - Pieśń świętojańska o Sobótce, fragmenty.

O świerzopie

Konstanty Ildefons Gałczyński

Ofiara świerzopa


Jest w I Księdze "Pana Tadeusza"
taki ustęp, panie doktorze:
"Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała..."
I właśnie przez ten świerzop neurastenia cała...
O Boże, Boże...

Bo, gdy spytałem Kridla, co to takiego świerzop,
Kridl odpowiedział: - Hm, może to jaki przyrząd?
Potem pytałem Pigonia,
a Pigoń podniósł ramiona.

Potem ryłem w cyklopediach,
w katalogach i w słownikach,
w staropolskich trajediach,
i w herbarzach, i w zielnikach...

Idzie jesień i zima.
Ale świerzopa ni ma.

Już szepcą naokół panie:
- cóż się zrobiło z chłopa!
Dziękuję, panie Adamie!!!
Jestem ofiara świerzopa.

Wiersz ten rozbawia mnie od lat. A w tym roku nabrał szczególnego znaczenia, odkąd plewiąc chwasty widzę pola malowane "zbożem rozmaitem".
Też się czuję chwilami "ofiarą świerzopa", tylko w trochę innym sensie.

...

Aż się sama zaciekawiłam, czym jest świerzop. Otóż Wikipedia twierdzi, że:

"Świerzop - dawna regionalna nazwa niektórych gatunków roślin. Wg większości XIX-wiecznych autorów, nazwa świerzop stosowana była na Litwie dla rzodkwi świrzepy, świerzopem nazywano również gorczycę polną, tzw. ognichę, o złocistożółtych kwiatach. Prawdopodobnie w tym ostatnim znaczeniu użył tej nazwy Mickiewicz w Panu Tadeuszu:
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała
Nazwą świerzop określano niekiedy dziki, żółtokwitnący gatunek koniczyny."


A dzięcielina? Voila:
"Dzięcielina – dawna regionalna nazwa różnych gatunków roślin pastewnych z rodziny bobowatych (motylkowatych), zwłaszcza koniczyny białoróżowej, lucerny i sparcety.
Według Geralda Wyżyńskiego tajemniczo dziś brzmiąca nazwa dzięcielina to koniczyna białoróżowa, którą właśnie pod koniec XVIII w. wprowadzono na Litwie do uprawy. Jej kwitnące łany miały z daleka widoczny, przypominający rumieniec białoróżowy kolor w różnych odcieniach" (też Wikipedia).




Sielsko nie-anielsko czyli PRAWDZIWE życie na wsi

Problem z nami, mieszczuchami zmęczonymi miastem polega na tym, że idealizujemy wiejskie życie. Marząc o domku na przedmieściach/wsi skupiamy się tylko na własnych, sielskich i bardzo naiwnych fantazjach, nie słuchając żadnych głosów krytycznych. Wydaje nam się, że mieszkanie w domu to pasmo szczęśliwości - picie kawy na tarasie, dużo miejsca na wszystko, piękny ogród i - co słyszałam wielokrotnie - cisza, spokój. W rzeczywistości jest trochę inaczej...

Kawa na tarasie... najczęściej jest na nią za zimno albo za gorąco lub zbyt deszczowo; często też nie ma na nią czasu. Ale jak już jest, to oczywiście smakuje cudownie.

Dużo przestrzeni... metraż przeciętnego domku jest zdecydowanie większy niż metraż przeciętnego mieszkania w bloku, ale... sprzątnięcie 120 czy 160 metrów kwadratowych to nie lada wysiłek. Warto wiedzieć, że w domu jest ZAWSZE brudno. Jak się mieszka w bloku na piętrze wyższym niż najniższe, to wszelki brud z butów zostawiamy na klatce schodowej albo w windzie. Mieszkając w domu, wszystko wnosimy do swojego wiatrołapu albo hallu, skąd roznosi się w tajemniczych okolicznościach na resztę domu. Oczywiście można mieć "panią do sprzątania" ale tak naprawdę powinna ona przychodzić codziennie. Stać was na to?

Ogród... cudownie mieć piękny, ale to ciężka praca od marca do listopada. Gdy pracuje się zawodowo i wraca do domu nawet o 16.00, to staje się przed wyborem: zająć się ogrodem czy domem? Nie da się jednocześnie ogarnąć jednego i drugiego.

Cisza i spokój... W zasadzie jest, poza chwilami gdy przez wieś jedzie traktor, tir albo samochód. I przygotujcie sobie zatyczki do uszu na lato, bo jazgot wiejskich psów nie daje spać.

Posiadanie własnego domu to jak zarządzanie przedsiębiorstwem. W bloku wszystko za nas robią krasnoludki. W domu musimy sami zadbać o wszystko, to znaczy:
- podpisać umowę ze "śmieciarzami" i co tydzień lub miesiąc wystawiać odpowiednio przygotowane śmieci w odpowiednie miejsce. Problem jest wtedy, gdy planujemy dłuższy wyjazd, bo mamy do wyboru: wystawić śmieci 2 tygodnie wcześniej żeby śmierdziały w całej wsi, albo ominąć kolejkę (ale trzeba i tak zapłacić).
- załatwić sobie szambiarza i co jakiś czas zaglądać, czy szambo już pełne czy jeszcze nie. Potem dzwonić do człowieka żeby przyjechał, podeptał nasze rośliny i nasmrodził w całej okolicy (punkt ten nie dotyczy oczywiście szczęśliwców podłączonych do kanalizacji/oczyszczalni)
- zadbać o ogrzewanie. Do wyboru jest gazowe, elektryczne albo węglowe. Gazowe możliwe, jeśli mamy dociągnięty gaz. Jeśli nie, trzeba nieźle zapłacić. Elektryczne drogie jak cholera a węglowe strasznie upierdliwe - kupić węgiel, miał i drewno, dostarczać regularnie do kotłowni, rozpalać w piecu i kombinować, co zrobić z dziką ilością popiołu. No i czyścić całe mieszkanie z czarnego brudu.
- zadbać o ciepłą wodę. Jeśli mamy piec węglowy to zimą/jesienią trzeba w nim napalić, żeby się wykąpać zaś wiosną i latem korzysta się z bojlera, który trzeba włączyć (my stale zapominamy).

Ponadto życie na wsi niesie za sobą takie prace, jak:
- odśnieżanie zimą, i to codziennie albo kilka razy dziennie; użeranie się z błotem pośniegowym i modlenie się, żeby nie spadło więcej śniegu. Oczywiście w mieście z osiedla też trudno wyjechać, ale przynajmniej można dotrzeć do pracy pieszo.
- wiosną, latem i jesienią odchwaszczanie ogródka, w zasadzie codziennie
-  codzienne dojazdy do pracy: musimy mieć zawsze zdrowy kręgosłup i kolana, oraz sprawne auto; oczywiście można też jeździć do miasta busem, ale jak się ma dzieci i pracę to jest to cokolwiek trudne
- wymiana butli gazowej, jeśli nie mamy gazu ziemnego; problem w tym, że na butli nie ma kontrolki i nigdy nie wiadomo, kiedy gaz się skończy
- czyszczenie kominów, samodzielnie albo z pomocą kominiarza; punkt zupełnie nieistniejący w rzeczywistości blokowej
- chodzenie po schodach kilka/kilkanaście razy dziennie (jeśli mamy dom piętrowy); poprawia nieco wygląd pośladków ale przede wszystkim powoduje ból ud
- użeranie się z dziką ilością much i muszek, których jest więcej niż w mieście, łatwo im wlecieć do domu oraz są bardzo upierdliwe
- użeranie się z wiejską zwierzyną: krety, nornice, pędraki, gąsienice, chrabąszcze, i milion innych szkodników
- podlewanie ogródka, przy suchym lecie codziennie, przy mokrym modlimy się żeby nam rośliny nie pogniły
- koszenie trawnika, co najmniej 2 razy w tygodniu
- wszelkie naprawy i sprawy okołodomowe musimy załatwić sami - od braku prądu po zniszczony dach - nie da się zadzwonić do spółdzielni, która wszystko załatwi.

Na pewno jeszcze coś pominęłam. Z tego wynika, że najlepiej byłoby mieć dom w mieście, metraż maksymalnie 100m2, a w ogrodzie wyłącznie tuje i beton. Tylko że nijak się to ma do sielskości.

Zatem jeśli chcesz mieć sielsko, drogi mieszczuchu, to przygotuj się na całoroczne zapierniczanie. Albo wynajmij ogrodnika, sprzątaczkę, elektryka i hydraulika.

I żeby było jasne: nie tęsknię za wieżowcem. Ale widzę, jak bardzo byłam naiwna w tych marzeniach o sielskości. I z całą pewnością nie jestem w tym jedyna.

wtorek, 26 lipca 2011

Na pocieszenie - plony z własnego ogródka

Pory najpierw siałam do doniczek, mają piękne turkusowe błyszczące nasionka. Potem przesadziłam do ziemi, za wcześnie bo były grubości wykałaczki a powinny ołówka. Ale i tak się przyjęły. Marchewka, pietruszka i buraki siane wprost do gruntu. Pietruszkowy korzeń rośnie baaardzo długo (nać nie, w związku z tym mam łany naci, komu, komu?)

Cebulka dymka, w przyszłym roku posadzę znacznie więcej.










Cukinia, moja wielka radość. Nieodmiennie mnie zachwyca fakt, że z nasionka może wyrosnąć coś takiego. Cud stworzenia, porównywalny z narodzinami dziecka.


No i własny czosnek. Będę chyba musiała wyrwać cały z grządek, bo mi zgnije przez tę pogodę. Też muszę posadzić znacznie więcej i to już w tym roku, w październiku.


Ok, troszkę się pocieszyłam. Ale tylko troszkę, bo zgadnijcie, kto się natyrał w ogródku, żeby mieć takie warzywka?

Duma i uprzedzenie

Pisze u siebie aradhel o tęsknocie za wsią. Otóż we mnie takiej tęsknoty nie ma. Wychowałam się w mieście, wprawdzie niewielkim. Mieszkałam w domu przy ostatniej ulicy w owym mieście i bardzo tam było... wiejsko w zasadzie. Wielu sąsiadów miało swoje świnie, kury, konie, krowy, króliki, że nie wspomnę o gołębiach. Ale... w mojej rodzinie słowo "wieś" zawsze miało negatywne konotacje. "Wyglądasz jak baba ze wsi", "wsiowy chamek", "ale z Ciebie wieśniara", "wiochmen" to jedne z najbardziej obraźliwych określeń, jakie słyszałam w dzieciństwie, oczywiście nie tylko w mojej rodzinie tak się mówiło. Wcale nie jestem z tego dumna, ale poczułam się mocno dotknięta, gdy moja ciotka na wieść o naszej przeprowadzce tutaj powiedziała do mnie "to teraz już jesteś kobietą ze wsi". Obraziłam się niemal. Przez ten negatywny matrix wsi jest mi bardzo trudno się tu zaaklimatyzować. We wrześniu minie rok, a ja wciąż się emocjonalnie miotam. Wykonuję różne psychologiczne sztuczki, żeby się nie czuć kobietą ze wsi. Na przykład wytłumaczyłam sobie we wrześniu, że nie mieszkam na wsi, tylko pod miastem. Oraz przez osiem miesięcy nie przerejestrowywałam auta, żeby nie mieć wiejskich tablic. Moje dziecko jeździ do przedszkola w Mieście, poważnie zastanawiam się nad szkołą. Lekarza mamy w Mieście, zakupy też robimy głównie tam.

Czy zawsze będę się czuć jak źle przesadzona roślina?

poniedziałek, 25 lipca 2011

Fauna



I jeszcze dzisiejszy zwierz na nagietku, bom bardzo dumna ze zdjęcia.
Jak widać, czytnik kart juz posiadam. Zadzwoniłam do Miłego i kupił. Całe szczęście ;)
Posted by Picasa

Lublin, kochany Lublin...




Nic na to nie poradzę - kocham to miasto miłością bezwarunkową. A Starówka piękna w kazdą pogodę, tutaj chwilę przed burzą.
(To przede wszystkim dla Ciebie, paellos)
Posted by Picasa

I znów piosenka z dzieciństwa...



Lato, deszczowe lato,
na przekór ludziom, na przekór kwiatom
la la la
lato, deszczowe lato,
ze nawet świerszcze nie mogą grać.


Śpiewałam tę piosenkę przy ognisku, w czasach harcerskich czyli jakieś 20 lat temu. Jest to dowód na to, ze deszczowe lata się zdarzały. Obecnie jest nawet lepiej, bo moje świerszcze grają jak szalone.
Posted by Picasa

Nornica story

Posted by Picasa

Nienajlepszy początek tygodnia

W moim wypieszczonym lawendowo-różanym ogródku nornica dziś w nocy urządziła sobie niezłą imprezę. Naliczyłam 11 dołów, a właściwie korytarzy. Podkopane lawendy, dziury tuż przy korzeniach. Niech ją szlag trafi. Pojechałam do ogrodniczego i kupiłam truciznę. I tak oto ja, była wegetarianka i aktualna ekolożka, przeciwniczka wszelkiej chemii w ogrodzie, z pełną premedytacją zakupiłam i użyłam trującej substancji w celu zamordowania niewinnego zwierzęcia (bo co ono winne, że zachowuje się tak, jak je stworzyła natura?).

To dopiero porażka.




Nornica wygląda tak:


Śliczne małe zwierzątko, które chcę zamordować. Zdjęcie stąd.

Chciałam jednocześnie z tego miejsca zapytać te siedem kotów, które odwiedzają stale naszą działkę - gdzie wy, kocury, byłyście, gdy nornica masakrowała moją rabatkę, hę?


A druga porażka jest taka, że zdjęć nie będzie, bo zepsuł mi się czytnik kart. A tak chciałam wrzucić zdjęcia pewnej Starówki! Mam, owszem, kabelek do bezpośredniej łączności aparatu z kompem, ale wsiąkła gdzieś płyta z programem. Do sklepu elektronicznego mam daleko, ale i tak jest bardziej prawdopodobne, że ten czytnik kupię, niż że znajdę płytkę. Nie dlatego, że jestem jakąś spektakularną bałaganiarą. Wręcz przeciwnie, tyle że niektóre rzeczy w moim domu nie zostały posegregowane od czasu wprowadzenia się tutaj. Wrzuciłam je gdzieś, opróżniając przeprowadzkowy karton, i od września sobie gdzieś są. Dlaczego nie sprzątam? Oczywiście z powodu permanentnego braku czasu.

Na szczęście zdarzyły się też dwie rzeczy, które poprawiły mi humor.

Pierwsza - szczery uśmiech kasjera w pewnym sklepie dla ubogich. Kasjer uśmiechał się tak do wszystkich klientów. Oczywiście mogłabym sobie pomyśleć z przekąsem "ciekawe, jak długo będzie się tak uśmiechał", ale jego szczera gęba rozjaśniła mnie od środka.
Druga - kupiłam rudbekię dwubarwną, o taką, bo skoro już byłam w ogrodniczym...

Wolę tę całkiem żółtą, ale nie było. Kiedyś ją znajdę...

I pomyśleć, że jako dziecko nie cierpiałam tych kwiatów. Później zresztą też, zachwyciły mnie dopiero w tamtym roku, kiedy zobaczyłam ich łany na olsztyńskich działkach we wrześniu. Wrzesień to początek mojej depresji, więc bardzo mi trzeba roślin, które kwitną albo przebarwiają się właśnie jesienią. Myślę też o kupieniu oczaru oraz kaliny bodnanteńskiej, bo one kwitną zimą!

piątek, 22 lipca 2011

Co je komar?

Z racji pojawienia się komara - pana komara - na podłodze w salonie i po uspokojeniu dziecięcia, że pan komar na pewno ludzi nie gryzie, bo nie żywi się krwią, pojawiła się następująca kwestia "mamusiu, a co robi komar?" Komar, powiedziałam, sobie lata i szuka żony. "Tylko tyle?" Zdziwiła się Córka. Przytaknęłam, powstrzymując się od seksistowskich uwag na temat ogólnego udziału mężczyzn w wychowaniu dzieci. Córa, przyjrzawszy się Panu Komarowi bardzo uważnie, policzywszy odnóża, z radością zakrzyknęła, że zobaczyła komarzą trąbkę! Świetnie, córeczko, dobrze że ten komar taki wielki, to można wszystko zobaczyc, bo pani komarzyca jest malutka a poza tym jak usiądzie na człowieku to człowiek się nie przygląda na trąbkę, tylko tłucze owada żeby nie użarł. Skoro pan komar nie pije krwi, to CO JE KOMAR? Obiecałam dziecku, że się dokładnie dowiem. Bo oczywiście zupełnie tego nie pamiętałam, moja wiedza o świecie jest znikoma (dobrze że mam dziecko, to się podszkolę).
I sprawdziłam:


Dorosłe komary żywią się pokarmem płynnym. Samce odżywiają się nektarem kwiatów, a samice krwią, która jest im niezbędna do produkcji zdolnych do rozwoju jaj.
Informacja stąd, więc wiarygodna jak mniemam.


A Pan Komar wyglądał dokładnie tak:
 Zdjęcie stąd.

Oczywiście całe zamieszanie związane z Panem Komarem wydarzyło się dziś RANO.

czwartek, 21 lipca 2011

Próby cierpliwości

Zwykle najgorsze były poranki. Najpierw nie mogłam jej dobudzić. Po kilkunastu zdaniach typu "Halo, dzień dobry, wstajemy", po jej wstawaniu po to by się znowu położyć i wierzganiu nogami na oślep ze złości że jest budzona, zaczynałam być zła. Tak troszeczkę, bo wstawanie poranne ma po mnie - a to zawsze jakoś narcystycznie cieszy. Potem spektakl pt. "w co się dziś ubierzesz" i próba cierpliwości, bo dziecię ma czas oraz próba dyplomacji, gdy wybiera coś, co ewidentnie nie pasuje - do pogody albo do ogólnych założeń estetycznych. Następnie śniadanie. Albo nie chce nic jeść, albo się bez końca zastanawia, który serek wybrać a po przygrzaniu wybranego stwierdza "Jednak nie będę go jadła", "Zrób mi rosół" itp. Zaczynam być zła troszkę bardziej, zwłaszcza że minęło pół godziny a ja do pracy potrzebuję się nie spóźnić. W międzyczasie dziecię ogląda bajki i zaszantażowana ich wyłączeniem wmusza w siebie 3 łyżeczki serka. Po kolejnych 15 minutach zaczynam się stresować, że nie zdążę. Poganiam Córkę, by się ubrała. Ubiera się - albo siedzi w nieskończoność za zasłonką i "nie podglądaj mnie mamusiu, sama się ubiorę" albo się złości, gdy nie umie czegoś założyć. Uff, ubrana. Teraz siku i mycie zębów. Ale jej się właśnie nie chce siku a zęby umyje sobie sama. W tempie żółwim i gryząc szczoteczkę. Zaczyna mnie trafiać szlag. Krzyczę na nią, żeby się pośpieszyła i grożę, że jak zaraz się nie wyszykuje, to jadę bez niej (zastanawiając się jednocześnie, kiedy nadejdzie taki dzień, gdy powie "to jedź, ja zostaję"). Ona na to - z płaczem albo prawie - że jak będę na nią krzyczeć, to w ogóle nie założy butów oraz nie będzie mnie lubiła (juz nigdy!). Ufff... Czuję, że ciśnienie mi zdrowo skoczyło.


A teraz gorsze są wieczory. O 21.00, gdy kończą się "czytanki MiniMini", Córka stwierdza, że jest głodna. "Ugotuj mi makaron penne". Gotuję. 8 minut. Zjada, we właściwym sobie (żółwim) tempie. Nie poganiaj dziecka, bo się zakrztusi, mówię sobie i cierpliwie czekam. Następnie seans pt. Sprzątanie zabawek. Najpierw mówię 10 razy, żeby sprzątnęła po sobie bałagan i to szybko, bo już jest późno. Potem tłumaczę, czemu jej nie pomogę w sprzątaniu. Dziecię zaczyna wrzucać klocki do pudełka/ układać pluszaki na półce/ chować lalki do domku mniej więcej w tempie 1 na minutę. Mówię, żeby zagęszczała ruchy. Ona na to, że musi przecież lalki ubrać/ rozebrać lub powiedzieć lalce Zuzi, że jutro idzie do szkoły albo Wielbłądowi, żeby nie uczył Bolka być niegrzecznym itp. Trochę mnie to rozśmiesza ale jednocześnie robię się zła. Popędzam. Córka nadal sprząta w swoim tempie. Grożę więc, że wyrzucę zabawki do kosza na śmieci. Wywołuje to (udawany) atak rozpaczy i w żadnym razie nie przyspiesza akcji. Zaczynam wychodzić z siebie. Mówię, że jak zaraz nie posprząta, to nie będę jej czytać na noc książki. Pomaga na 3 minuty, następnie znowu tempo się obniża. Ciśnienie mam coraz wyższe a jednocześnie chce mi się śmiać, zupełnie nie wiem czemu, bo przecież jestem zła. Robi się 22.00. Jutro znowu nie będę mogła jej dobudzić.


O matko, bycie matką nie jest na moje nerwy!!!


I jednocześnie - uwielbiam to ;) To chyba masochizm.

środa, 20 lipca 2011

Zdrowe życie i samo życie

W ramach (własnej) akcji "zdrowa przekąska dla przedszkolaka" upiekłam muffinki. Czekoladowe, z małym dodatkiem porzeczek.

Po wyjęciu z piekarnika wyglądały spektakularnie...













Zaś minutę później okazały się spektakularną katastrofą. I po co zmieniałam przepis???














Dziecku do przedszkola zawiozłam herbatniki. To tyle na temat zdrowych przekąsek, rzekłam z przekąsem do siebie ;)

....

W drodze z przedszkola do domu cudem uciekłam przed zderzeniem czołowym z samochodem, który debilnie wyprzedzał. Życie cudem jest, czasem dosłownie.

...

Z serii "trudne pytania do mamy" dziś było: A co to jest płeć? Ufff, poradziłam sobie... Cholera, od płci do seksu niedaleko ;)

Koeleria glauca

Kupiłam wczoraj taką trawkę, a teraz szukam, co to jest i co lubi. Wiem, że to nieracjonalne, to tak jakby kupować ubrania, które nam się podobają a w domu je dopiero przymierzać. Ale jak ja się w coś angażuję, to całą sobą a wtedy raczej rządzi moje serce a nie rozsądek. No więc od września, a tak mocno to od tej wiosny się zafascynowałam roślinami i zamarzyłam o romantyczno-rustykalnym ogrodzie. I kupuję rośliny jak szalona, a że mam je gdzie posadzić, to nic nie jest w stanie mnie powstrzymać.

A zatem:

Koeleria glauca to po polsku strzęplica sina (ale nazwa!)


termin kwitnienia:maj - lipiec
wysokość w cm:25
kolor kwiatów:trawa
stanowisko:słoneczne
wymagania wodne:gleba sucha
odczyn gleby:obojętna
typ gleby:piaszczysta
mrozoodporność:4 grupa -34,4 do - 28,9


Należy do rodziny Poaceae-wiechlinowate. Zasięg naturalnego występowania tego gatunku obejmuje Europę Środkową, wąski pas środkowej Azji, aż do Jeziora Bajkał oraz dorzecze Jeniseju. Bytuje masowo w lasach iglastych, zawsze na stanowiskach suchych, piaszczystych. Jest to trawa niska, 25 cm wysokości, zwarta o prostych, szmaragdowo-niebieskich liściach, wyglądem przypominająca gatunek Festuca glauca. Niebieski odcień liści utrzymuje się przez cały rok. Kwitnie od czerwca do lipca. W uprawie wymaga gleby ubogiej, piaszczystej, z niewielką ilością próchnicy. Dobrze rośnie na stanowiskach suchych, słonecznych z wystawą południową. Na glebach żyznych traci swoje walory ozdobne i szybko ginie.
Źródło informacji tutaj.

Właśnie ją wsadziliśmy do próchniczej ziemi :/ Choć Miły mówi, że w tej próchniczej ziemi jest mało próchnicy ;) Się zobaczy. Najwyżej podsypię jej piachu z córkowej piaskownicy (której jeszcze nie ma, tak swoją drogą).

A wygląda ta koeleria tak:

Trudne pytania

"Mamusiu, a co to jest bóg?" zapytała mnie Córka przy okazji wieczornego czytania Jasia i Małgosi, usłyszawszy tekst "dobry Bóg nie opuści nas" (czytam dziecku oryginalne wersje baśni braci Grimm).

Co to jest Bóg, dobre pytanie. Myśli przemknęły przez moją głowę z szybkością błyskawicy, jak to się malowniczo mówi. Pierwsza myśl była taka, że moja babcia natychmiast by dostała zawału, gdyby się dowiedziała, że czteroletnie dziecko nie wie, kim jest Bóg. Druga myśl - czy mam powiedzieć dziecku to, w co ja wierzę, czy to "powinna" usłyszeć (a co powinna?). Myśl trzecia - w co ja właściwie wierzę? No więc się zaplątałam. Powiedziałam, że Bóg to ktoś, kto się nami opiekuje, że niektórzy w to wierzą (źle, przecież powinnam powiedzieć o starcu z brodą patrzącym dobrotliwie na nas z nieba!). Potem się zapultałam dalej, bredząc coś o niebie ale i o tym, że Bóg jest wszędzie. Córka z całą otwartością przedszkolaka przyjęła moje słowa ze spokojem. Zapytała tylko, pokazując na siebie, czy Bóg jest też tutaj. (Ach, Bóg jest właściwie przede wszystkim Tutaj, moja ukochana córeczko, Ty jesteś największym dowodem na to, że On istnieje!) Powiedziałam że "tutaj" też jest. Córce to wystarczyło. Na razie.

Uświadomiłam sobie, że mój problem polega na tym, że chcę ją wychować na osobę myślącą, otwartą i tolerancyjną, co oznacza, że nie jestem w stanie udzielić jej prostych odpowiedzi. Czy to dobrze, czy źle? Może jednak powinna usłyszeć o brodatym starcu? Albo o tym, że ślub się bierze, bo to największe szczęście dla kobiety jeśli ma męża i dzieci? Ale jeśli szanuję moje dziecko i uważam za pełnoprawnego człowieka, to czy nie uwłaczałoby jej godności to, że plotłabym jej farmazony czyli coś, w co sama nie wierzę?

Z kolejnej strony - a może dziecku trzeba dawać proste i standardowe odpowiedzi, nawet jeśli myśli się inaczej?

I jeszcze przyszło mi do głowy, że lepiej bym sobie poradziła z pytaniem o seks niż o Boga. Choć na razie, droga Córko, nie zadawaj mi pytań o seks. Muszę sama to sobie poukładać w głowie ;)


poniedziałek, 18 lipca 2011

Klimaty zwierzynieckie

Nie przyjezdzajcie,
bo będzie za tłoczno ;)))
Posted by Picasa

Zamojskie klimaty...


Zamość. Polecam. Starówka przepiękna i naprawdę zadbana. Lepsza od lubelskiej, niestety ;)
Posted by Picasa

niedziela, 17 lipca 2011

Fast-foodowy slow food czyli nic nie jest oczywiste

Jako zwierzę knajpiane uwielbiam przesiadywać w różnego rodzaju kafejkach i restauracjach (upodobanie mocno ograniczone z racji posiadania Małoletniej oraz domu na wsi, że nie wspomnę o horrendalnym kredycie). Nie lubię natomiast, ba! nawet nie uznaję żadnego fast foodu, czyli amerykańskich paskudztw podawanych w 3 minuty. Niemniej jednak przyznać muszę, iż knajpa samoobsługowa i niewykwinta również może mieć swój urok, pod warunkiem, że jedzenie jest prawdziwe i - polskie. W Mieście jest takich kilka, dziś jedliśmy tu: http://pyzatachata.pl/menu/

Polecam.

sobota, 16 lipca 2011

Eko-żarcie

Własne, osobiście posiane, osobiście niepryskane niczym, warzywka. Bezcenne.

Nie-pryskanie niesie za sobą ryzyko, ze trzeba się dzielić np. rzodkiewką z robalami, ale ja myślę, ze jak robale coś jedzą to znaczy ze to jest dobre :)))
Posted by Picasa

Działkowe metamorfozy

Mieliśmy na środku działki paskudny budynek, widoczny z okien salonu. Nazywałam go chlewikiem, i chyba rzeczywiście nim był.

Na całe szczęście, juz go nie ma. Dziękuję Ci, mój Miły, za Twoją krew, pot i łzy, które wylałeś by chlewik zniknął.

Dziś juz zdązyliśmy zasadzić w tym miejscu klona palmowego, jukę, turzycę, rozchodnika i trzy berberysy. Ale o tym innym razem.
Posted by Picasa

czwartek, 14 lipca 2011

Chwilo, trwaj!

Ciepły wieczór na tarasie.
Księzyc w pełni, świerszcze grają jak szalone.
Pijemy czerwone wino. Bliskość odnaleziona.
Nawet komary się nie pojawiły, chyba nie chciały przeszkadzać ;)
Posted by Picasa

wtorek, 12 lipca 2011

Socjalizacyjne dylematy i refleksje nad życiem

"Mamo, a ja nie chcę mieć ślubu" - zastrzeliła mnie rano moja 4-latka. Powiedziałam, że nie musi, że w naszych czasach każda kobieta może zdecydować czy chce mieć ślub, czy nie. I że każdy człowiek może żyć tak, jak chce. Tak oto wychowuję sobie małą buntowniczkę, która będzie miała kłopoty w szkole i na religii (a może religia wyniesie się ze szkół? prooooszę!). Przyczyniam się także prawdopodobnie do ujemnego wskaźnika demograficznego, bo przecież osoby żyjące w wolnych związkach rzadziej się rozmnażają. Ale nie będę przecież wciskała dziecku czegoś, w co sama nie wierzę - otóż nie wierzę w małżeństwo, uważam że jest to instytucja przestarzała i niepotrzebna. (Tego na razie dziecku nie powiedziałam). I mam już w tym momencie w sobie zgodę na to, żeby moja córka nie wychodziła za mąż. Może nawet nie mieć dzieci. Albo mieszkać z kobietą. Najważniejsze, żeby była dobrym i mądrym człowiekiem.

......

W drodze z Miasta do domu mijałam hordy straży i policji. Wypadek. Jedna ciężarówka, jeden człekopodobny czarny worek. Był człowiek, nie ma człowieka. To robi wrażenie. Chyba każdy kierowca mijający "wypadek ze skutkiem śmiertelnym" przez jakiś czas jedzie wolniej niż zwykle. To znaczy przez jakieś 300 metrów, a potem życie wraca do "normy". Z punktu widzenia Wszechświata jedna śmierć nic nie znaczy. Jakoś mnie to nie uspokaja.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Najłatwiejsze ciasto w świecie

Szklankę mąki, cukru szklankę
zaraz wsypię do miseczki
potem proszku do pieczenia
dodam jeszcze dwie łyżeczki.
I dwa jajka i na koniec
pół stopionej margaryny
i zamieszam tylko tyle,
by się rzeczy połączyły.
Ref. Najłatwiejsze ciasto w świecie tak, tak, tak
       nic a nic się go nie gniecie, tak, tak, tak
       Ty potrafisz także upiec, tak, tak, tak
       nawet gdy nie jesteś zuchem, tak, tak, tak.

To słowa piosenki z mojego dzieciństwa. Naprawdę robię ciasto według tego przepisu i naprawdę za każdym razem nucę sobie tę piosenkę. Oryginalnie to ciasto jest ze śliwkami, ale nie pamiętam słów drugiej zwrotki ;-) w każdym razie nadaje się do wszystkich owoców. Tu wersja z porzeczkami, czerwonymi i czarnymi, z własnych krzaków.



Ciasto wychodzi zawsze, pod warunkiem, że nie gmeramy w przepisie - niestety każda zmiana powoduje zakalca-giganta. Nie można więc dodać cukru brązowego, ani trochę mąki razowej, ani oleju zamiast margaryny... Trochę szkoda - dla mnie - bo w kuchni lubię przede wszystkim tworzyć. Ale przepis jest pewny i szybki, więc coś za coś.

(Drugie) śniadanie na poprawę nastroju


Przepis wzięłam stąd, jest pod nazwą "zdrowy deser porzeczkowy z chrupiącą owsianką". Zrobiłam (prawie) wszystko jak w przepisie.
Chyba zrobię sobie jeszcze niejeden raz. Trzeba się śpieszyć, bo porzeczki nie trwają wiecznie...

To porzeczkowe muesli jest pyszne, ale wygląda trochę lepiej niż smakuje - a myślałam, że będzie odwrotnie...

Posted by Picasa

sobota, 9 lipca 2011

...

Najpierw jęknęłam z zachwytu. Potem z zazdrości. A potem z rozpaczy, że ja nigdy tak mieć nie będę. A potem znowu z zachwytu - że odkryłam tego bloga. Już wiem, że będzie moim ulubionym.

http://mygreencanoe.blogspot.com/

piątek, 8 lipca 2011

kulinarnie - chleb na zakwasie

Żeby nie było, że tylko mimo-za umie gotować a ja nie. Ja też umiem. Nie tak dobrze jak Ona, ale radzę sobie. Proszę bardzo:

Chleb na zakwasie

1 kg mąki pszennej
0,5 kg mąki żytniej razowej (typ 2000)
1 szklanka płatków owsianych
1 szklanka otrąb pszennych
1 szklanka siemienia lnianego lub sezamu
1 szklanka pestek słonecznika
2 łyżki soli
1,5-2 l ciepłej wody
zakwas (najlepiej wziąć od kogoś, kto ma, albo sobie zrobić. Przepis u Liski, tu i tu)

Składniki wymieszać, odłożyć 2 łyżki na następne pieczenie chleba (w ten sposób mamy własny zakwas), a resztę ciasta włożyć w blaszki keksowe i pozostawić do wyrośnięcia na co najmniej 8 godzin. Piec w temperaturze 190st. jakieś 75 minut.

Wydaje się to skomplikowane, ale nie jest. Nie trzeba odmierzać składników z aptekarską dokładnością, można też użyć innej kombinacji mąk, np. użyć mąki orkiszowej typ 1850, albo tzw. mąki chlebowej (specjalne mieszanki dostępne w supermarketach). Ważne, by było trochę tej mąki żytniej bo gwarantuje ona, że chleb ma smak chlebowy a nie bułkowy. I bardzo ważne jest to, aby użyć płatków owsianych i otrąb. Jeśli nie ma otrąb, można wrzucić 2 szklanki płatków, nic się nie stanie, ale bez nich chleb będzie zbyt mokry w środku a przez to gliniasty. Ostatnio pestki słonecznika uprażyłam na suchej patelni, są wtedy bardziej kruche i aromatyczne, ale nie jest to konieczne.

Mnie ten chleb smakuje najbardziej ze wszystkich.
Posted by Picasa

środa, 6 lipca 2011

Ku pamięci - ogród w czerwcu cz. 2

Szyszki jodły kaukaskiej (jodła jest śliczna a igły ma miękkie, nie kłujące!)







Jaśminowiec wonny










Krzewuszka cudowna (wyjątkowo trafna nazwa!)







Macierzanka







Rozchodnik






Kolejna róża, śliczna, herbaciana 









Słoneczniki (dlaczego u sąsiadów już kwitną???)









Wiesiołek







Koniecznie chcę mieć jeszcze: czosnek ozdobny, lilie królewskie, berberysy. Muszę przesadzić piwonie, kosaćce i róże. Tylko, cholera, niech już przestanie padać! Tydzień to już naprawdę dość!