jesień

jesień

wtorek, 28 czerwca 2011

Ogrodowe wzloty

Po pierwsze - północna część działki. Udało mi się taką ładną kupić :)

 
Ale już ta część północnej rabatki to moja zasługa.


I róże mam niczego sobie...

Te też niezłe, co?


Mam też różne warzywka, na przykład pomidory...


I na przykład sałatę.


Mam też kilka ugorów i lasy kopru, ale o tym następnym razem :)


Jedziemy na wycieczkę...



Bierzemy misia w teczkę (dosłownie)...

Mijamy nieczynną knajpę ale za to z drogowskazem...

Napastuje nas motyl...


Szumią nam różowe trawy...

A na końcu i tak lądujemy tam, gdzie zwykle :)


poniedziałek, 20 czerwca 2011

wieś na "nie"

Oczywiście wcale nie jest tak różowo. Po pierwsze, nie lubię wsi. Po drugie, moja wieś wydaje mi się czasami złowroga. Po trzecie, wiejskie wesela napawają mnie wstrętem i grozą. Po kolejne, mój śliczny domek wcale nie jest śliczny. Wewnątrz nie-ślicznego domku są dwie paskudne łazienki i różne durne rozwiązania. I szambo zamiast kanalizacji. Zimą trzeba palić w piecu. Działka jest za duża i jej nie ogarniam. Mam na działce drugi, stary dom, który jest mi niepotrzebny i tylko z nim kłopot. Mój dom jest odsunięty od ulicy jakieś 60 m, co jest cudowne latem ale dramatyczne zimą.

Ponadto dziecko mi zdziczeje. Nie ma knajp. Nie mogę pójść pieszo na Starówkę. I chwilami myślę, że to wszystko jest do dupy.

sobota, 18 czerwca 2011

Chłodnik

Mój śliczny domek na wsi stoi sobie na działeczce wielkości 27 arów. Czyli 2700 mkw. Nie jest to mało a nawet nieco za dużo. Ale o tym innym razem. Dziś o tym, że spełniło się moje wielkie marzenie o własnych warzywach! No i mam otóż własne buraki, marchewkę, pietruszkę, pory, dymkę, fasolę szparagową, cukinię, pomidory, rzodkiewkę, sałatę. O matko, dopiero widzę, jak dużo tego! No i koper w ilościach przemysłowych. Oczywiście warzywka jeszcze niegotowe, w fazie wzrostowej. Ale zestaw na chłodnik jest. Garść liści buraka, garść szczypiorku, garść koperku. Pół litra kefiru, przyprawy. Mrzonki o tym, że wychodzę na podwórko, rwę zieleninę z pola i z tego gotuję obiad - całkowicie spełnione. Chłodnik jest! W 100% z produktów własnych! (no dobra, kefiru nie robiłam) Super ekologiczny chłodnik!



Dość obrzydliwy w smaku :)

środa, 15 czerwca 2011

Wiejskie sprawy i sprawunki

W pobliskiej, większej Wsi jest jeden duży sklep o szumnej nazwie "Delikatesy Centrum". Delikatesy to normalny supermarket, nie hiper- i nie mega-, w związku z tym nie bolą mnie nogi po przejściu wszystkich pięciu alejek. Nie ma w nim trupiego światła, bo są normalne okna. Jest zbudowany z cegły, a nie z blachy, więc nie martwię się zimą, że dach się zawali. Nie sączy się z głośników żadna muzyka ani reklamy. Ludzie chodzą między półkami z koszykami w ręku bądź z wózkami normalnej wielkości. Sprzedawczyni zapytana przeze mnie o groszek ptysiowy ochoczo i z uśmiechem prowadzi mnie do odpowiedniej półki. Klienci i sprzedawcy gawędzą sobie o tym i o owym. Delikatesy są też cywilizowane - można płacić kartą.

W tym samym budynku mieści się pawilon AGD, który z pewnością pamięta czasy Gierka. Przestrzeń duża, skandalicznie niewykorzystana. Można tu kupić buty, słoiki, płyn do mycia naczyń, zasłonki, dziecięce ubranka... Ale najważniejsze jest to, że panie kasjerki są miłe, i potafią same policzyć, ile mają wydać reszty.

Jak mogłabym tęsknić za Tesco???

...

Urząd Gminy to paskudny, zaniedbany budynek po drugiej stronie ulicy. Tyle, że wymiana dowodu osobistego trwa chwilę, a panie są nie dość, że kompetentne, to jeszcze miłe. Cud.

...

Starostwo Powiatowe jest w Mieście. Mimo to, wymiana dowodu rejestracyjnego to niezwykle budujące doświadczenie - trwa stosunkowo krótko, a wszyscy obsługujący są mili, usłużni i kompetentni.

....

Jak to możliwe???

Daleko czy blisko?

Z mojej wsi do granic Miasta jest 11 km. Do przedszkola córki - 13. Do pracy - 18. Jadę więc 10-12-30 minut (bo do pracy przez Centrum). Znajomi z Warszawy, gdy im o tym mówię, wzdychają: "ale masz blisko...". Znajomi z Miasta wzdychają "no, to masz kawałek".

No to daleko mam, czy blisko?

Oczywiście - to zależy. Daleko mam zimą, gdy śniegiem zasypane drogi. I gdy jadę po ciemku. Albo we mgle. Daleko, gdy mam doła, że mieszkam poza Miastem. Daleko, gdy Kudłata płacze na tylnym siedzeniu. I gdy zapomniałam czegoś, po co muszę się wrócić. I gdy Panowie malują pasy - oczywiście w środku dnia.

Blisko jest wiosną i latem, i gdy mam dobry nastrój. Blisko, gdy mam wolny dzień i wracam sobie do domku po odwiezieniu córy do przedszkola. Blisko, gdy mam czas wstąpić do ogrodniczego, który jest po drodze. I generalnie jakoś bliżej gdy jadę z pracy, niż gdy jadę do niej ;)

wtorek, 14 czerwca 2011

czas...

Czas to pieniądz. W poszukiwaniu straconego czasu. "Nie mam czasu na seks, a tak bardzo chciałabym mieć". Oszukać czas. Znaleźć czas. Czas wolny. "Czas nas uczy pogody". Zarządzanie czasem. Nadgryzione zębem czasu. Mieć czas, nie mieć go.

Jak to jest z tym czasem? Przecież tak naprawdę nie jesteśmy jego właścicielami. Nie możemy go mieć, albo nie mieć. Czas mija, a może to tylko my przemijamy? Czy bez kalendarza i zegarka czas upływa inaczej? Czy zdrowiej czas kontemplować czy nim zarządzać? A może daliśmy sobie wmówić, że wszystko trzeba robić na czas?

Aktualnie - to znaczy od czasu przeprowadzki - mam poczucie, że czas przecieka mi między palcami. W każdej wolnej chwili pracuję, co sprawia, że nie mam czasu ani siły na nic innego, a praca jest oczywiście mało efektywna.

A może to starość?

środa, 8 czerwca 2011

strawberry fields forever...

Pierwszy wpis miał być o tym, jak cudownie mieszkać na wsi. Jaka to była wspaniała decyzja, by się przeprowadzić. I że wcale nie kupiliśmy drogo tego domu, bo przecież działka duża, oraz - co najważniejsze - kupiliśmy nie tylko dom, ale też (m.in.) pole truskawek! Truskawkowe pole! Nie mogłam sobie nic lepszego wymarzyć! Kocham truskawki, mogę je jeść kilogramami. To najsmaczniejsze owoce na świecie, zupełnie niepodrabialne i niepowtarzalne. Ich krótki żywot jeszcze dodaje im smaczku! Mieć dom i własne truskawki, to po prostu raj na ziemi!


.... Tylko że właśnie się okazało, że mam alergię na truskawki. Oczywiście nigdy w życiu nie miałam. To już nie jest ironia losu, to najwredniejsza złośliwość losu.

I po cholerę mi to truskawkowe pole?