jesień

jesień

czwartek, 21 lipca 2011

Próby cierpliwości

Zwykle najgorsze były poranki. Najpierw nie mogłam jej dobudzić. Po kilkunastu zdaniach typu "Halo, dzień dobry, wstajemy", po jej wstawaniu po to by się znowu położyć i wierzganiu nogami na oślep ze złości że jest budzona, zaczynałam być zła. Tak troszeczkę, bo wstawanie poranne ma po mnie - a to zawsze jakoś narcystycznie cieszy. Potem spektakl pt. "w co się dziś ubierzesz" i próba cierpliwości, bo dziecię ma czas oraz próba dyplomacji, gdy wybiera coś, co ewidentnie nie pasuje - do pogody albo do ogólnych założeń estetycznych. Następnie śniadanie. Albo nie chce nic jeść, albo się bez końca zastanawia, który serek wybrać a po przygrzaniu wybranego stwierdza "Jednak nie będę go jadła", "Zrób mi rosół" itp. Zaczynam być zła troszkę bardziej, zwłaszcza że minęło pół godziny a ja do pracy potrzebuję się nie spóźnić. W międzyczasie dziecię ogląda bajki i zaszantażowana ich wyłączeniem wmusza w siebie 3 łyżeczki serka. Po kolejnych 15 minutach zaczynam się stresować, że nie zdążę. Poganiam Córkę, by się ubrała. Ubiera się - albo siedzi w nieskończoność za zasłonką i "nie podglądaj mnie mamusiu, sama się ubiorę" albo się złości, gdy nie umie czegoś założyć. Uff, ubrana. Teraz siku i mycie zębów. Ale jej się właśnie nie chce siku a zęby umyje sobie sama. W tempie żółwim i gryząc szczoteczkę. Zaczyna mnie trafiać szlag. Krzyczę na nią, żeby się pośpieszyła i grożę, że jak zaraz się nie wyszykuje, to jadę bez niej (zastanawiając się jednocześnie, kiedy nadejdzie taki dzień, gdy powie "to jedź, ja zostaję"). Ona na to - z płaczem albo prawie - że jak będę na nią krzyczeć, to w ogóle nie założy butów oraz nie będzie mnie lubiła (juz nigdy!). Ufff... Czuję, że ciśnienie mi zdrowo skoczyło.


A teraz gorsze są wieczory. O 21.00, gdy kończą się "czytanki MiniMini", Córka stwierdza, że jest głodna. "Ugotuj mi makaron penne". Gotuję. 8 minut. Zjada, we właściwym sobie (żółwim) tempie. Nie poganiaj dziecka, bo się zakrztusi, mówię sobie i cierpliwie czekam. Następnie seans pt. Sprzątanie zabawek. Najpierw mówię 10 razy, żeby sprzątnęła po sobie bałagan i to szybko, bo już jest późno. Potem tłumaczę, czemu jej nie pomogę w sprzątaniu. Dziecię zaczyna wrzucać klocki do pudełka/ układać pluszaki na półce/ chować lalki do domku mniej więcej w tempie 1 na minutę. Mówię, żeby zagęszczała ruchy. Ona na to, że musi przecież lalki ubrać/ rozebrać lub powiedzieć lalce Zuzi, że jutro idzie do szkoły albo Wielbłądowi, żeby nie uczył Bolka być niegrzecznym itp. Trochę mnie to rozśmiesza ale jednocześnie robię się zła. Popędzam. Córka nadal sprząta w swoim tempie. Grożę więc, że wyrzucę zabawki do kosza na śmieci. Wywołuje to (udawany) atak rozpaczy i w żadnym razie nie przyspiesza akcji. Zaczynam wychodzić z siebie. Mówię, że jak zaraz nie posprząta, to nie będę jej czytać na noc książki. Pomaga na 3 minuty, następnie znowu tempo się obniża. Ciśnienie mam coraz wyższe a jednocześnie chce mi się śmiać, zupełnie nie wiem czemu, bo przecież jestem zła. Robi się 22.00. Jutro znowu nie będę mogła jej dobudzić.


O matko, bycie matką nie jest na moje nerwy!!!


I jednocześnie - uwielbiam to ;) To chyba masochizm.

1 komentarz:

  1. Na moje Młode działały czasem strażackie poranki - zrywamy się jak do pożaru (bo zaspaliśmy). Za kilka lat pomyślisz - jaka szkoda, że już minęło to słodkie droczenie się. Starsze dzieci też ma się czasem ochotę wydusić i jednocześnie zrobiłoby się dla nich wszystko, żeby(dobrze)żyły. Macierzyństwo to ciągły absurd.

    OdpowiedzUsuń