jesień

jesień

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nienajlepszy początek tygodnia

W moim wypieszczonym lawendowo-różanym ogródku nornica dziś w nocy urządziła sobie niezłą imprezę. Naliczyłam 11 dołów, a właściwie korytarzy. Podkopane lawendy, dziury tuż przy korzeniach. Niech ją szlag trafi. Pojechałam do ogrodniczego i kupiłam truciznę. I tak oto ja, była wegetarianka i aktualna ekolożka, przeciwniczka wszelkiej chemii w ogrodzie, z pełną premedytacją zakupiłam i użyłam trującej substancji w celu zamordowania niewinnego zwierzęcia (bo co ono winne, że zachowuje się tak, jak je stworzyła natura?).

To dopiero porażka.




Nornica wygląda tak:


Śliczne małe zwierzątko, które chcę zamordować. Zdjęcie stąd.

Chciałam jednocześnie z tego miejsca zapytać te siedem kotów, które odwiedzają stale naszą działkę - gdzie wy, kocury, byłyście, gdy nornica masakrowała moją rabatkę, hę?


A druga porażka jest taka, że zdjęć nie będzie, bo zepsuł mi się czytnik kart. A tak chciałam wrzucić zdjęcia pewnej Starówki! Mam, owszem, kabelek do bezpośredniej łączności aparatu z kompem, ale wsiąkła gdzieś płyta z programem. Do sklepu elektronicznego mam daleko, ale i tak jest bardziej prawdopodobne, że ten czytnik kupię, niż że znajdę płytkę. Nie dlatego, że jestem jakąś spektakularną bałaganiarą. Wręcz przeciwnie, tyle że niektóre rzeczy w moim domu nie zostały posegregowane od czasu wprowadzenia się tutaj. Wrzuciłam je gdzieś, opróżniając przeprowadzkowy karton, i od września sobie gdzieś są. Dlaczego nie sprzątam? Oczywiście z powodu permanentnego braku czasu.

Na szczęście zdarzyły się też dwie rzeczy, które poprawiły mi humor.

Pierwsza - szczery uśmiech kasjera w pewnym sklepie dla ubogich. Kasjer uśmiechał się tak do wszystkich klientów. Oczywiście mogłabym sobie pomyśleć z przekąsem "ciekawe, jak długo będzie się tak uśmiechał", ale jego szczera gęba rozjaśniła mnie od środka.
Druga - kupiłam rudbekię dwubarwną, o taką, bo skoro już byłam w ogrodniczym...

Wolę tę całkiem żółtą, ale nie było. Kiedyś ją znajdę...

I pomyśleć, że jako dziecko nie cierpiałam tych kwiatów. Później zresztą też, zachwyciły mnie dopiero w tamtym roku, kiedy zobaczyłam ich łany na olsztyńskich działkach we wrześniu. Wrzesień to początek mojej depresji, więc bardzo mi trzeba roślin, które kwitną albo przebarwiają się właśnie jesienią. Myślę też o kupieniu oczaru oraz kaliny bodnanteńskiej, bo one kwitną zimą!

5 komentarzy:

  1. U mnie mieszka kret. Regularnie niszcząc trawnik, wykopuje kopce kościuszkowskie i labirynt podziemnych korytarzy, w które co i rusz wpadam... Walczyłam z nim przepłaszając karbidem - niestety nie pomogło. Ostatnio dałam za wygraną, ech niech sobie żyje może mu się znudzi i się wyprowadzi :/
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie nie ma kreta ani nornicy. Doły kopie mi pies. Trawnika też nie ma, bo go pies wdeptał. Podobnie tulipanów i konwalii, choć słowo daję, że były. Psa nie otruję, bo by mi się kret i nornica wprowadziły.
    Zostają Ci czary, potrafisz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kreta też mam. Psa nie. Koty chętnie odwiedzają działeczkę, bo nie ma psów, ale jak się okazuje, są zupełnie nieprzydatne. Z tego wynika, że jak nie urok to s...

    Kreta mogłabym ewentualnie polubić, ale nornica robi straszne szkody...

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie pociesza myśl, że przynajmniej szczurów tu niema. Miasto - szczury, wieś - krety i nornice lub psy ;) Widać już tak koegzystować musimy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdaje się, że żółtą rudbekię widziałam na Zemborzyckiej :)

    OdpowiedzUsuń