jesień

jesień

poniedziałek, 17 listopada 2014

Niedorzeczna myśl mię naszła i odczepić się nie chce

Przyszła sobie owa myśl dziwna w pewien szary i mglisty poranek, jakich ostatnio nieco więcej. 

A może to było popołudnie. 

Zrazu odrzuciłam ją najdalej jak mogłam, ale franca wróciła. Krążyła wokół mego zmęczonego jestestwa tak długo, że aż wpuściłam ją ponownie. I zadziwiłam się znowu. Ale łaskawiej na nią tym razem spojrzałam, raz i drugi, aż powiedziałam do siebie na głos to, co ona próbowała mi od kilkunastu dni przekazać.

"Mam za dużo książek". 

Nie przypuszczałam nigdy, że myśl taką kiedykolwiek zechcę rozważyć. Wiadomo przecież było od zawsze, że nie można mieć zbyt wielu książek. Ani butów. Tak jak nie można być zbyt chudym i zbyt bogatym.

A jednak.

Zdaje się, że można.

Moja dusza naukowca nie mogła jednak przyjąć tak radykalnej tezy bez marnej choćby, próby weryfikacji. Wtaszczyłam więc swe ciało zbolałe na stołeczek nieopodal książkowej półki, aby sprawdzić, czy jakieś książki mogłyby ewentualnie okazać się niekoniecznie potrzebnymi w moim niewielkim księgozbiorze. Oraz - co gorsza - w życiu. I nawet trochę takich znalazłam. Więc - znowu niedorzecznie - pomyślałam, by je policzyć.

Wyszło 60.
Słownie: sześćdziesiąt. Policzyłam znowu, ale stan się jakoś radykalnie nie zmienił. Z góry na dół, z dołu do góry, z przodu do tyłu i od tyłu do przodu stale wychodziło mniej więcej sześćdziesiąt (raczej więcej niż mniej, jeśli mam być całkiem szczera).


60 książek mogę oddać w dobre ręce a moja półeczka nadal nie wygląda pusto.

Wygląda więc na to, że wcale mi się nie zdawało, że mam za dużo... Nieee, niemożliwe.


wtorek, 4 listopada 2014

Na smutki najlepszy spacer... niekrótki ;-)

Dzisiaj znowu byłam w lesie, tym razem sama. To znaczy, chłe, chłe, jakie sama, sama to bywam tylko w samochodzie w drodze do i z pracy...Byłyśmy w lesie we dwie - ja i Budda. Która już nie bardzo buddowo wygląda, więc chyba przestanę ją tak nazywać. Ja i Młodsza. 

W lesie było tak cicho, że jedynym źródłem dźwięku byłyśmy my. Było cudownie, bo ja bardzo cenię sobie ciszę, potrzebuję jej i tęsknię za nią. Nie było ludzi, milczały ptaki, nawet dzięcioły. Było wręcz uroczyście. Las jest wciąż piękny, choć nie tak szaleńczo kolorowy jak miesiąc temu.

Słońce już całkiem nisko, zdjęcia robiłam o 13.30 a światło nie wygląda na wczesnopopołudniowe.
Spacer do lasu i z powrotem zajął mi półtorej godziny, w lesie byłam troszkę ale niedługo. Trochę się zmęczyłam, ale na smutki pomogło. Jakie smutki? Cóż, walczę z depresją i wygrywam, ale ostatnie święta i ostatnie śmierci oraz nadchodzące urodziny zmuszają mnie niejako do podejmowania w głowie tematów ostatecznych. A te wesołe nie są, zwłaszcza że nie mam na nie wpływu. To jest najgorsze - że nic nie mogę zrobić w kwestii przemijania. Jeśli więc mam sobie z nim radzić, to nie mogę za dużo myśleć.

Okolice przed lasem także przepiękne. Zabawne jest to, że mieszkam w samym środku wsi, a wystarczy że przejdę przez skrzyżowanie (na siagę, bo pasów nie ma) a wieś zamienia się prawie w odludzie. Dobrze, że tak blisko domu. A szkoda, że nie tam mieszkamy.


piątek, 31 października 2014

Zimno, ciemno, wszystko nagle

Ech, zaczęły się przymrozki i krótkie dni. Po zmianie czasu wciąż nie mogę się pozbierać, choć wydawało mi się, że polubiłam jesienne ciemności. Fajnie, że dni są słoneczne, choć w naszym ogrodzie, położonym nieco w dołku, szybko pojawia się cień. Sporo jeszcze jest pracy w ogrodzie, choć nie mamy wielu drzew liściastych, no ale parę brzóz jest i orzech. A jeszcze trzeba przyciąć maliny, zdjąć folię, przekopać grządki, zebrać fasolę, za chwilę okopać róże i lawendy, położyć gałęzie świerkowe na wrzosowisku, założyć kilku(nastu) drzewkom ubranka z agrowłókniny...  Dużo pracy, mało czasu. Budda nie bardzo daje coś zrobić, wymaga 100% uwagi a jeszcze jest Starsza, którą trzeba pilnować przy lekcjach i z nią rozmawiać, a tu obiady do gotowania, dom do sprzątania i jeszcze cholerna praca zawodowa, która wykańcza mnie fizycznie i psychicznie. A do tego nikt mnie nie rozumie, bo przecież jako nauczyciel akademicki mam życie jak w Madrycie. G... prawda. W każdym razie "nie ogarniam, Jezus Maria".


Dobrze, że chociaż udało się pójść na spacer do lasu. Mamy do niego niecałe dwa kilometry i zupełnie prostą drogę, a naprawdę rzadko bywamy. W lesie było przepięknie.



A dla tych, których łapie depresja - zdjęcia pokazowe pt. "jak można jeść spaghetti".


czwartek, 23 października 2014

Pierwsze pieca odpalenie

Nie dało się już dłużej tego odkładać. Jest tak zimno i mokro, że trzeba było włączyć piec. Włączyć, nie rozpalić! Wciąż nie mogę się nacieszyć ogrzewaniem gazowym... I wciąż nie mogę pojąć, dlaczego uchodzi ono za takie drogie. Poprzedniej zimy wydaliśmy 2000 zł, mniej niż za węgiel. Oczywiście zima była łagodna, ale oprócz węgla zawsze kupowaliśmy jeszcze miał i drewno, no i mnóstwo było przy tym roboty: Miły wstawał o 6.00 żeby rozpalić, potem trzeba było dokładać a i tak wygasało jeśli nas nie było w domu, więc wieczorem znowu trzeba było rozpalać. W związku z tym w nocy nie mogliśmy zasnąć z gorąca a rano szczękaliśmy zębami z zimna, póki Miły nie wstał i znowu nie rozpalił. Nie mogłam tak po prostu umyć włosów ani się wykąpać, bo ciepła woda nie zawsze była dostępna. No i nie radziliśmy sobie z przeogromną ilością popiołu. 

Tak więc, absolutnie nie żałuję. Uczciwie jednak muszę dodać, że pojawiły się dodatkowe koszty - musimy znacznie częściej (co miesiąc a nie co 2-3) wołać pana od szamba, Z kolejnej strony, zapłaciliśmy za prąd o jakieś 600 zł mniej na przestrzeni roku i rachunki wciąż maleją (bo nie grzejemy wody prądem w sezonie wiosenno-letnim).

Jestem zatem wielką zwolenniczką ogrzewania gazowego. Jednocześnie, jako naukowiec z zawodu i zamiłowania, zastanawiam się głęboko skąd powszechne przekonanie o tym, że ogrzewanie gazowe jest drogie. I tak sobie myślę, że to pewnie jest też kwestia wielkości domu, grubości ścian, czy preferowanej temperatury. My mamy niewielki, 120-metrowy dom bez piwnicy i z grubymi ścianami. No i przyzwyczailiśmy się do 21 stopni w dzień, zresztą tak jest zdrowiej niż 23-24, albo - jak u mojej mamy w bloku - 26 stopni! Ale jeśli robi nam się zimno, oczywiście zwiększamy temperaturę. W każdym razie ogrzewanie gazowe polecam, ale każdy musi podjąć decyzję sam.

Pomimo tego radosnego tonu, nie cieszy mnie jakoś szczególnie dzisiejsza aura. Ale też i niespecjalnie smuci. Będę miała pretekst, żeby upiec jakieś drożdżowe ciasto ;) Lubię też w taką pogodę zrobić zupę-krem, na przykład z dynią, albo lekko pikantną zupę z soczewicą. Mniam. No i nigdy czerwone wino lepiej nie smakuje, podobnie jak naleweczki. 

Oczywiście najfajniejsze z dzisiejszego dnia jest to, że nie muszę iść do pracy - pan rektor ogłosił dzień wolny. Z domu jednak będę musiała na chwilę wyściubić nos, żeby odebrać Córę ze szkoły. Nie jestem zachwycona ale droga zajmuje mi 10 minut w obie strony, więc da się przeżyć ;)

Idę podkręcić piec i zrobić sobie herbatkę. Trzymajcie się ciepło.


sobota, 18 października 2014

Najpiękniejsza pora roku (foto-story)






Na pisanie nie mam czasu. Codziennie kładę się o 2.00 a wstaję o 7.00, ledwo zaczął się semestr a ja już mam zaległości. No i oczywiście jestem wyczerpana. Najchętniej rzuciłabym robotę i poświęciła się pracy w ogrodzie.

Od paru lat uwielbiam jesień, także listopadowe pluchy. Starzeję się chyba. A jak polubię zimę, to będzie to oznaka zdziecinnienia ;) Nie wiem, co lepsze.

piątek, 19 września 2014

Wesoło-smutno (z tym, że mi raczej wesoło)


Pierwszy smutny obrazek. Żałośnie wygląda ten dmuchany rekin na zwijanym (nareszcie!) basenie. Jak prawdziwa ryba wyrzucona na brzeg i umierająca z braku możliwości oddychania. 

Jednak wkrótce okazało się, że rekin bez basenu radzi sobie jak ryba bez roweru, zwłaszcza z takimi asystentkami:

Zrobiłam osiem słoików powideł. Co mnie bardzo cieszy. Szkoda tylko, że śliwki nie z naszych śliw (jakiś grzyb zniszczył) i że spaliłam dwa garnki. Ale co tam. Garnki się domyły, odciski po drylowaniu zagoiły a słoiczki zawekowane stoją już w spiżarni. Mniam.

Ogród powoli nabiera barw jesieni, ale jeszcze nie przebarwia się całkowicie. Popatrzcie na winobluszcz, on wyraźnie ma "wojnę postu z karnawałem".

Cieszą własne dynie, wyrosły mimo zimnych nocy wiosną, częstych deszczy w sierpniu i naszej nieumiejętnej uprawy. Szału nie ma, ale dobrze że są. Przepiękne.Aż będzie szkoda jeść.
 
Pojawiły się też typowo jesienne chwasty. Te całoroczne mam przez cały rok, więc się chwalić nie będę. Ale te są całkiem urodziwe, choć nawłoci akurat nie lubię:
Walka z nimi to jak walka z wiatrakami.

Mamy zatrzęsienie malin, choć wydawało się, że słabe krzaki. Ale nie, jest ich naprawdę sporo. Gdybym była malkontentem, to musiałabym powiedzieć, że malin jest za dużo, bo ciągle muszę coś z nimi robić. Codziennie nowe porcje zasypuję cukrem, żeby zrobić.. soczek. Dla dzieci. Dla dorosłych też coś będzie. No i mnóstwo zjadamy na surowo.

Jesień idzie, nie ma na to rady, jak mówi piękna nostalgiczna piosenka. A mnie jakoś denerwuje przedjesienna nostalgia, choć jeszcze niedawno sama wpadałam w przygnębienie. Jesień jest cudna przecież.