zima

zima

sobota, 24 stycznia 2015

Super-w mordę-woman

Od kilku dni jestem człowiekiem wolnym, co w tym wpisie oznacza: mobilnym. Chyba każdy, kto dziś mieszka więcej niż 5 km od miasta wie, jak trudno jest funkcjonować bez samochodu. A właściwie - bez dwóch samochodów. Póki Miły miał samochód służbowy w znienawidzonej przeze mnie korporacji - czułam się wolna (choć nie-wolna od nienawiści). Gdy trzy lata temu zmienił pracę na inną a potem na niepłatną a potem na dorywczą, strasznie brakowało mi tej mobilności. Bo samochód brał ten, kto był w pracy, a drugie z nas zajmowało się dziećmi i nie miało auta. Nie wiem, jak to odbierał Miły, ale ja czułam się straszliwie uwięziona. Bo albo byłam tylko w pracy, albo tylko w domu, przy czym musiałam się błyskawicznie przemieszczać pomiędzy tymi rzeczywistościami, nie mając zupełnie czasu dla siebie. I wreszcie, od trzech dni - voila! Miły ma służbowe auto, co oznacza, że w dni kiedy jestem w domu, nie jestem w nim uwięziona. Mogę zawieźć Starszą na zajęcia plastyczne a z Młodszą pojechać na zakupy! Nareszcie znowu ja robię zakupy a nie zdaję się na (skądinąd rozsądnego i kumatego) Miłego! Hurra!

Coś mnie tknęło już przy wkładaniu Młodej do wózka na zakupy. Trzęsące się z wysiłku mięśnie i bolący kręgosłup zamieniły "Hura" na "Kurwa".

Potem sobie przypomniałam, jakim wysiłkiem są zakupy z dzieckiem. Nawet jeśli dziecko jest spokojne.

Po raz wtóry tknęło mię coś w kręgosłupie i nie tylko przy wyjmowaniu Kochanego Kloca z wózka na zakupy i wkładaniu zakupów do bagażnika.

A potem zrobiłam cztery rundy z samochodu do domu, najpierw wnosząc śpiącego Kloca a potem ciężkie zakupy.

Ja pierdolę taką wolność.





poniedziałek, 12 stycznia 2015

Zimno-ciepło, biało-czarno

Wigilia - plus pięć. Pierwszy dzień świąt - minus pięć i śnieg. Nowy Rok - odwilż. Kilka dni później - minus dwanaście. Od paru ostatnich dni - plus trzy. Tegoroczna zima ma ewidentne problemy emocjonalne. 

W tamtym roku cieszyłam się z ciepłej zimy, w tym - sama już nie wiem. Martwię się o rośliny. One jednak potrzebują chłodu, żeby zatrzymać wegetację. 

Dla mnie najgorszy jest chyba brak słońca, że o permanentnym stresie oraz przemęczeniu nie wspomnę (i o tym, że stycznia nie znoszę). Staczam się na samo dno depresji, choć obiecałam przecież sobie, że się nie dam. Ale o ile nad smutkiem umiem zapanować, to na bezsenność nie mam wpływu. Może będzie trochę lepiej w ferie. Pod warunkiem, że nie będę pracować nocami. 

Dobrze, że chociaż sikory nas odwiedzają. Tłumnie, naliczyliśmy ze czterdzieści sztuk. Nie są to wizyty bezinteresowne, ale to nie szkodzi. Sama robię im ciasteczka i widzę, że im bardzo smakują, a taki gość zawsze mile widziany ;)))

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Niezwykle punktualna zima

Zima przyszła w drugim dniu kalendarzowej zimy. Cóż za punktualność! Mam nadzieję, że wiosna też się nie spóźni. A nawet zachęcam, żeby przyszła wcześniej. Oj, nie jestem zbyt uprzejma - ledwo Biała Dama raczyła nas odwiedzić, ja już zapraszam konkurencję. Sorry, Zimo. Nie jesteś taka zła a nawet bywa z Tobą całkiem fajnie.

Święta były i minęły a ja jak pracowałam, tak pracuję. Każdego wieczora dziub, dziub, dziub przy komputerze. A i tak nie zdążę ze wszystkim. Styczeń szykuje się przerąbany. Jedyne - i to spore - pocieszenie jest takie, że z każdym dniem przybywa, nomen omen, dnia. Choć przy braku słońca na razie trudno to zauważyć. Ale cierpliwości, za chwilę będzie wyraźnie jaśniej.


sobota, 6 grudnia 2014

Jak zwykle zaskoczona

Jestem głęboko zaskoczona pojawieniem się grudnia.

Chwilę przed pojawieniem się grudnia zaskoczyły mnie listopadowe mrozy.

Ponadto zaskakuje mnie bliskość świąt.


Zdziwiła mnie także dość nieprzyjemnie zmiana w zakresie stanów emocjonalnych. Szlag gdzieś trafił dobry nastrój, jestem na zmianę przygnębiona i poirytowana. A bywa, że jednocześnie. Irytuje mnie moje poirytowanie i przygnębia przygnębienie. Oraz przygnębia poirytowanie i irytuje przygnębienie. Uch, trzeba to wytrzymać, choć aura sprawy nie ułatwia. 



A jutro moje dzieci zostaną zaskoczone prezentami od św. Mikołaja. Też bym chciała. Niestety w tej akurat kwestii nie da się mnie zaskoczyć.

Chociaż... gdy rozwieszałyśmy dziś skarpety na klamkach i układały na tacy pierniczki dla Niego, prawie uwierzyłam, że naprawdę istnieje ;)

zdjęcie stąd

A do poczytania, sobie i dzieciom, polecam legendę o św. Mikołaju u Kury z doktoratem


poniedziałek, 17 listopada 2014

Niedorzeczna myśl mię naszła i odczepić się nie chce

Przyszła sobie owa myśl dziwna w pewien szary i mglisty poranek, jakich ostatnio nieco więcej. 

A może to było popołudnie. 

Zrazu odrzuciłam ją najdalej jak mogłam, ale franca wróciła. Krążyła wokół mego zmęczonego jestestwa tak długo, że aż wpuściłam ją ponownie. I zadziwiłam się znowu. Ale łaskawiej na nią tym razem spojrzałam, raz i drugi, aż powiedziałam do siebie na głos to, co ona próbowała mi od kilkunastu dni przekazać.

"Mam za dużo książek". 

Nie przypuszczałam nigdy, że myśl taką kiedykolwiek zechcę rozważyć. Wiadomo przecież było od zawsze, że nie można mieć zbyt wielu książek. Ani butów. Tak jak nie można być zbyt chudym i zbyt bogatym.

A jednak.

Zdaje się, że można.

Moja dusza naukowca nie mogła jednak przyjąć tak radykalnej tezy bez marnej choćby, próby weryfikacji. Wtaszczyłam więc swe ciało zbolałe na stołeczek nieopodal książkowej półki, aby sprawdzić, czy jakieś książki mogłyby ewentualnie okazać się niekoniecznie potrzebnymi w moim niewielkim księgozbiorze. Oraz - co gorsza - w życiu. I nawet trochę takich znalazłam. Więc - znowu niedorzecznie - pomyślałam, by je policzyć.

Wyszło 60.
Słownie: sześćdziesiąt. Policzyłam znowu, ale stan się jakoś radykalnie nie zmienił. Z góry na dół, z dołu do góry, z przodu do tyłu i od tyłu do przodu stale wychodziło mniej więcej sześćdziesiąt (raczej więcej niż mniej, jeśli mam być całkiem szczera).


60 książek mogę oddać w dobre ręce a moja półeczka nadal nie wygląda pusto.

Wygląda więc na to, że wcale mi się nie zdawało, że mam za dużo... Nieee, niemożliwe.


wtorek, 4 listopada 2014

Na smutki najlepszy spacer... niekrótki ;-)

Dzisiaj znowu byłam w lesie, tym razem sama. To znaczy, chłe, chłe, jakie sama, sama to bywam tylko w samochodzie w drodze do i z pracy...Byłyśmy w lesie we dwie - ja i Budda. Która już nie bardzo buddowo wygląda, więc chyba przestanę ją tak nazywać. Ja i Młodsza. 

W lesie było tak cicho, że jedynym źródłem dźwięku byłyśmy my. Było cudownie, bo ja bardzo cenię sobie ciszę, potrzebuję jej i tęsknię za nią. Nie było ludzi, milczały ptaki, nawet dzięcioły. Było wręcz uroczyście. Las jest wciąż piękny, choć nie tak szaleńczo kolorowy jak miesiąc temu.

Słońce już całkiem nisko, zdjęcia robiłam o 13.30 a światło nie wygląda na wczesnopopołudniowe.
Spacer do lasu i z powrotem zajął mi półtorej godziny, w lesie byłam troszkę ale niedługo. Trochę się zmęczyłam, ale na smutki pomogło. Jakie smutki? Cóż, walczę z depresją i wygrywam, ale ostatnie święta i ostatnie śmierci oraz nadchodzące urodziny zmuszają mnie niejako do podejmowania w głowie tematów ostatecznych. A te wesołe nie są, zwłaszcza że nie mam na nie wpływu. To jest najgorsze - że nic nie mogę zrobić w kwestii przemijania. Jeśli więc mam sobie z nim radzić, to nie mogę za dużo myśleć.

Okolice przed lasem także przepiękne. Zabawne jest to, że mieszkam w samym środku wsi, a wystarczy że przejdę przez skrzyżowanie (na siagę, bo pasów nie ma) a wieś zamienia się prawie w odludzie. Dobrze, że tak blisko domu. A szkoda, że nie tam mieszkamy.


piątek, 31 października 2014

Zimno, ciemno, wszystko nagle

Ech, zaczęły się przymrozki i krótkie dni. Po zmianie czasu wciąż nie mogę się pozbierać, choć wydawało mi się, że polubiłam jesienne ciemności. Fajnie, że dni są słoneczne, choć w naszym ogrodzie, położonym nieco w dołku, szybko pojawia się cień. Sporo jeszcze jest pracy w ogrodzie, choć nie mamy wielu drzew liściastych, no ale parę brzóz jest i orzech. A jeszcze trzeba przyciąć maliny, zdjąć folię, przekopać grządki, zebrać fasolę, za chwilę okopać róże i lawendy, położyć gałęzie świerkowe na wrzosowisku, założyć kilku(nastu) drzewkom ubranka z agrowłókniny...  Dużo pracy, mało czasu. Budda nie bardzo daje coś zrobić, wymaga 100% uwagi a jeszcze jest Starsza, którą trzeba pilnować przy lekcjach i z nią rozmawiać, a tu obiady do gotowania, dom do sprzątania i jeszcze cholerna praca zawodowa, która wykańcza mnie fizycznie i psychicznie. A do tego nikt mnie nie rozumie, bo przecież jako nauczyciel akademicki mam życie jak w Madrycie. G... prawda. W każdym razie "nie ogarniam, Jezus Maria".


Dobrze, że chociaż udało się pójść na spacer do lasu. Mamy do niego niecałe dwa kilometry i zupełnie prostą drogę, a naprawdę rzadko bywamy. W lesie było przepięknie.



A dla tych, których łapie depresja - zdjęcia pokazowe pt. "jak można jeść spaghetti".