przedwiośnie

przedwiośnie

wtorek, 24 lutego 2015

No to przycięłam

Dzieci dały mi przepustkę z domu. 
W godzinę przycięłam 21 krzaczorów, czyli wszystkie pęcherznice. 
Daje to niecałe 3 minuty na krzak minus wędrówki do ogniska z taczką pełną patyków. Jedyne 80 metrów w jedną stronę, kilka razy. Oprócz tego wielokrotne kucanie i podnoszenie się, schylanie i prostowanie, nie wspominając o motoryce małej, czyli pracy mięśni dłoni prawej. 

Nadmieniam, że przycinanie krzewów nie polega na tym, że tniemy pod kreskę. Tak sobie można ciąć tuje, a i tak przeważnie nie jest łatwo (o w mordę, tuje też mam). Krzaczor natomiast ma to do siebie, że ma w swoim składzie wiele gałęzi, pomysłowo rosnących w przeróżnych kierunkach. Zatem każda gałąź to oddzielna decyzja do podjęcia. Ja lubię ciąć i jak zacznę to nie mogę przestać (całe szczęście że nie jestem fryzjerem; albo chirurgiem), jednakowoż to dość męczące zajęcie, zwłaszcza w wydaniu perfekcjonistycznym.

Może bym i jeszcze coś wycięła - mam w cholerę drzew, drzewek, krzewów i krzewinek w ogrodzie - ale coś zaczęło mi latać dookoła głowy. Nie były to nietoperze, lecz tzw. mroczki. Nie Mroczki, na szczęście, ale i tak przekonało mnie to do odwrotu. 

W każdym razie pęcherznice odfajkowane. Hurra!

(Design płotu - sąsiad; stylista gałęzi - ja)

Jestem fizycznie wykończona. Ale przynajmniej nie mam wyrzutów sumienia, że znowu nie poćwiczyłam z Chodakowską.


poniedziałek, 23 lutego 2015

Coś się powoli zaczyna dziać

Wprawdzie wiosny jeszcze nie widać, a cieplej jest od dwóch dni, to jakaś nowa energia wstąpiła w "nasze" ptaki, rośliny, koty i w nas też, choć ja akurat czuję potworne zmęczenie (oby to było przesilenie wiosenne). Nasze własne krokusy dopiero zaczęły wyglądać nieśmiało z ziemi, ale lepsze to niż nic.

Ostatnie dni były bardzo pracowite. Miły przyciął nasze jabłonie i śliwy, perukowca i wierzbę Hakuro, posiał pomidory i kto go tam wie, co jeszcze. Sikory nadal karmimy, jak widać.

A ja porobiłam rozsady pelargonii. Nie nadaję się na ogrodnika, żal mi było każdziutkiego listka, ale gdybym zostawiła wszystko, to potrzebowalibyśmy z sześciu skrzynek. Nie miałabym ich gdzie ustawiać ani teraz, ani latem. I kto by to podlewał. Więc są dwie skrzyneczki i trzy doniczki, reszta poszła na kompost. Odmłodziłam też pokrzywkę argentyńską, to akurat robi się cztery razy w roku.


Przycięłam też w ogrodzie powojniki. Jeszcze winorośl, zapomniałam, Nie wiem, czy już mogę ciąć pęcherznicę, muszę zapytać ogrodnika.
Odkryliśmy też wrzosy, ale jesteśmy czujni. Róże i budleje wciąż w zimowych ubraniach.

Najbardziej raduje fakt, że choćby zima miała nawet wrócić (tfu, tfu), to i tak nieuchronnie zbliża się jej koniec. A najzabawniejsze jest to, że co roku cieszę się z tego na nowo.

Znowu czuję, że się odradzam. Znowu mam ochotę na nową fryzurę i nową figurę ;)

Żebym tylko przestała być taka zmęczona.


czwartek, 5 lutego 2015

Właśnie czytam


Z bardzo wielką przyjemnością, choć (a może dlatego?) trup ściele się gęsto i wcale nie jest to łatwa i lekka lektura. 
Choć dla miłośników sagi Millennium to z pewnością słabizna. Ale mnie pasuje.

Nie wiem, jak ja to robię, bo czasu nadal nie mam... Ale widocznie wszystko jest kwestią organizacji. Można na przykład czytać zamiast zajmować się dziećmi albo zamiast robić obiad ;)))  Nie wzywajcie opieki społecznej, żartuję ;)

sobota, 24 stycznia 2015

Super-w mordę-woman

Od kilku dni jestem człowiekiem wolnym, co w tym wpisie oznacza: mobilnym. Chyba każdy, kto dziś mieszka więcej niż 5 km od miasta wie, jak trudno jest funkcjonować bez samochodu. A właściwie - bez dwóch samochodów. Póki Miły miał samochód służbowy w znienawidzonej przeze mnie korporacji - czułam się wolna (choć nie-wolna od nienawiści). Gdy trzy lata temu zmienił pracę na inną a potem na niepłatną a potem na dorywczą, strasznie brakowało mi tej mobilności. Bo samochód brał ten, kto był w pracy, a drugie z nas zajmowało się dziećmi i nie miało auta. Nie wiem, jak to odbierał Miły, ale ja czułam się straszliwie uwięziona. Bo albo byłam tylko w pracy, albo tylko w domu, przy czym musiałam się błyskawicznie przemieszczać pomiędzy tymi rzeczywistościami, nie mając zupełnie czasu dla siebie. I wreszcie, od trzech dni - voila! Miły ma służbowe auto, co oznacza, że w dni kiedy jestem w domu, nie jestem w nim uwięziona. Mogę zawieźć Starszą na zajęcia plastyczne a z Młodszą pojechać na zakupy! Nareszcie znowu ja robię zakupy a nie zdaję się na (skądinąd rozsądnego i kumatego) Miłego! Hurra!

Coś mnie tknęło już przy wkładaniu Młodej do wózka na zakupy. Trzęsące się z wysiłku mięśnie i bolący kręgosłup zamieniły "Hura" na "Kurwa".

Potem sobie przypomniałam, jakim wysiłkiem są zakupy z dzieckiem. Nawet jeśli dziecko jest spokojne.

Po raz wtóry tknęło mię coś w kręgosłupie i nie tylko przy wyjmowaniu Kochanego Kloca z wózka na zakupy i wkładaniu zakupów do bagażnika.

A potem zrobiłam cztery rundy z samochodu do domu, najpierw wnosząc śpiącego Kloca a potem ciężkie zakupy.

Ja pierdolę taką wolność.





poniedziałek, 12 stycznia 2015

Zimno-ciepło, biało-czarno

Wigilia - plus pięć. Pierwszy dzień świąt - minus pięć i śnieg. Nowy Rok - odwilż. Kilka dni później - minus dwanaście. Od paru ostatnich dni - plus trzy. Tegoroczna zima ma ewidentne problemy emocjonalne. 

W tamtym roku cieszyłam się z ciepłej zimy, w tym - sama już nie wiem. Martwię się o rośliny. One jednak potrzebują chłodu, żeby zatrzymać wegetację. 

Dla mnie najgorszy jest chyba brak słońca, że o permanentnym stresie oraz przemęczeniu nie wspomnę (i o tym, że stycznia nie znoszę). Staczam się na samo dno depresji, choć obiecałam przecież sobie, że się nie dam. Ale o ile nad smutkiem umiem zapanować, to na bezsenność nie mam wpływu. Może będzie trochę lepiej w ferie. Pod warunkiem, że nie będę pracować nocami. 

Dobrze, że chociaż sikory nas odwiedzają. Tłumnie, naliczyliśmy ze czterdzieści sztuk. Nie są to wizyty bezinteresowne, ale to nie szkodzi. Sama robię im ciasteczka i widzę, że im bardzo smakują, a taki gość zawsze mile widziany ;)))

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Niezwykle punktualna zima

Zima przyszła w drugim dniu kalendarzowej zimy. Cóż za punktualność! Mam nadzieję, że wiosna też się nie spóźni. A nawet zachęcam, żeby przyszła wcześniej. Oj, nie jestem zbyt uprzejma - ledwo Biała Dama raczyła nas odwiedzić, ja już zapraszam konkurencję. Sorry, Zimo. Nie jesteś taka zła a nawet bywa z Tobą całkiem fajnie.

Święta były i minęły a ja jak pracowałam, tak pracuję. Każdego wieczora dziub, dziub, dziub przy komputerze. A i tak nie zdążę ze wszystkim. Styczeń szykuje się przerąbany. Jedyne - i to spore - pocieszenie jest takie, że z każdym dniem przybywa, nomen omen, dnia. Choć przy braku słońca na razie trudno to zauważyć. Ale cierpliwości, za chwilę będzie wyraźnie jaśniej.


sobota, 6 grudnia 2014

Jak zwykle zaskoczona

Jestem głęboko zaskoczona pojawieniem się grudnia.

Chwilę przed pojawieniem się grudnia zaskoczyły mnie listopadowe mrozy.

Ponadto zaskakuje mnie bliskość świąt.


Zdziwiła mnie także dość nieprzyjemnie zmiana w zakresie stanów emocjonalnych. Szlag gdzieś trafił dobry nastrój, jestem na zmianę przygnębiona i poirytowana. A bywa, że jednocześnie. Irytuje mnie moje poirytowanie i przygnębia przygnębienie. Oraz przygnębia poirytowanie i irytuje przygnębienie. Uch, trzeba to wytrzymać, choć aura sprawy nie ułatwia. 



A jutro moje dzieci zostaną zaskoczone prezentami od św. Mikołaja. Też bym chciała. Niestety w tej akurat kwestii nie da się mnie zaskoczyć.

Chociaż... gdy rozwieszałyśmy dziś skarpety na klamkach i układały na tacy pierniczki dla Niego, prawie uwierzyłam, że naprawdę istnieje ;)

zdjęcie stąd

A do poczytania, sobie i dzieciom, polecam legendę o św. Mikołaju u Kury z doktoratem